Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sanetille. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sanetille. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 grudnia 2014

Toniesz.

[21.12.2014 r., - ]
***

[Polana w Lesie Śmierci: Rozmawiają Shun i Szera]

          - Hej, może podejdziesz i porozmawiasz z nami? – Shun zadał pytanie, kierując się w stronę Szery.
          Ta uniosła łeb i spojrzała na Niego. A jednak, została zauważona. - Dziękuję. Jednak wolę się nie pokazywać. -Mruknęła cicho.
          - Dlaczego?
          - Sama nie wiem. - Spojrzała na łapy, które miejscami pozbawione były futra. Westchnęła cicho i skuliła się, chowając za pniem.
          - Oh, no dalej, pokaż się. – Powiedział, posyłając ciepły uśmiech w stronę buszu, w którym chowała się samica.
          Przemilczała zaproszenie. Wiedziała, że nie powinna tam iść. I tak miało jej już nie być. Złożyła łeb na łapach i przymknęła ślepia.
          - A mogę chociaż ja podejść do ciebie? – samiec ponowił próbę.
          - Odradzam. - Mruknęła jedynie.
          - No dalej, nie wstydź się. – Powiedział, wstając powoli.
          - Nie o to chodzi. - Mruknęła, mimowolnie odsłaniając kły. - Wybacz. - Dodała szybko.
          - To o co chodzi? – Spytał zdezorientowany, stawiając powoli krok za krokiem w kierunku jej kryjówki.

          W trakcie ich rozmowy zwierzęta mogły wyczuć narastający spadek temperatury na polanie. Szara poczuła to dziwne ukłucie w żołądku. Ktoś się zbliżał. Czuła to poprzez emanujące rozdrażnienie, którego źródłem byli jej Towarzysze, skryci gdzieś w mroku puszczy.  
          Z lasu wylała się gęsta, mlecznobiała mgła. Chwilę potem dało się słyszeć przenikliwy, syczący szept. - Wstydzi się. - Głos zdawał się biec zza drzew prosto do uszu wilczura, okręcając się wokół niego, po czym podążając dalej ku sylwetce wychudzonej wilczycy, by zniknąć tuż u jej łap.
          Shun zatrzymał się i rozejrzał dookoła. - Kto idzie? Pokaż się. - Powiedział, skupiając zmysły na otoczeniu. 
          Szara wadera drgnęła i zesztywniała. - Zwyczajnie nie lubię... - Urwała, zaciskając kły. - Bez przyczyny. - Wbiła pazury w ziemię, czując jak drętwieje jej łapa.
          Odpowiedział jej chrapliwy chichot. Nim zdążył przebrzmieć, obok szarej samicy zmaterializowała się mglista sylwetka potężnego stworzenia. Nachyliła rozwarty pysk do jej ucha, a z gardzieli znów wydobył się chropawy szept. -  Czyżby? 
          Nie czekając na odpowiedź mara podniosła dwoje czarnych, bezdennych ślepi na samca, szczerząc ciemne kły w drapieżnym uśmiechu. Na chwilę straciła zainteresowanie waderą, postanawiając odpowiedzieć na wcześniejsze wołanie samca. - Jestem. 
          Teraz pozostaje tylko pytanie czym jesteś - pomyślał Shun. Jednak z jakiegoś powodu nie był pewien czy naprawdę chce to wiedzieć. Zamiast tego zadał inne, bardziej nurtujące w tej chwili pytanie. - Jesteś wrogiem czy przyjacielem?
          Samica ponownie zaniosła się głośnym chichotem, kierując spojrzenie ku samcowi. - Ty mi powiedz. - Wysyczała, oblizując się przy tym długim językiem. Lepkie krople śliny pociekły po jej pysku, nieuchronnie zmierzając w stronę ziemi.
          - To już chyba zależy od ciebie, wygląd twój wiele mi nie powie. - Odparł, obserwując bacznie stworzenie.
          Tymczasem szara wilczyca podniosła się, kierując spojrzenie ku intruzowi. - Ty. - Odsunęła się kilka kroków. Nie wiedziała co może oznaczać Jej obecność, jak i nie wiedziała jak może zareagować. - Co chcesz przez to powiedzieć? - Zamiotła nerwowo ogonem. Zdecydowanie wolała milczeć, jednak słowa demonicy odbijały się w jej głowie, tworząc mętlik i chaos.
          Zaśmiała się dziko. - Ja. - Przytaknęła, przekręcając łeb o całe dziewięćdziesiąt stopni. Szara mogła wyczuć świdrujący wzrok, czarnych jak smoła przepaści, skierowany wprost w jej sylwetkę. Wpatrywała się w nią przez kilka długich sekund, po czym nagle podniosła głowę, stawiając na sztorc uszy. Jej postać rozmyła się, tak, że przez chwilę w ogóle nie była widoczna, po czym znów stała się wyraźniejsza. 
          Szara zacisnęła kły. Spokój, który ją opuścił nie chciał powrócić. Dziwne. Powinna być przyzwyczajona do emanującego chłodu i dziwnego odczucia, które budziły w niej demony. - Co Cię sprowadza? - Wyrwało się z jej gardła, jakby sama przez dłuższy czas starała się powstrzymać zadanie pytania.
          - Wyliczanka. Kołysanka. Kto mi powie co oznacza deszcz z krwi wzięty i rozpaczy? - Zaczęła z wolna wycofywać się w głąb lasu. Psychodeliczna parodia uśmiechu wciąż nie schodziła z jej pyska, natomiast czarne studnie świdrowały zmarniałą sylwetkę szarej wadery. - TONIESZ. - Warknęła, kłapiąc szczękami i rozpłynęła się w powietrzu, zabierając ze sobą gęstą mgłę.

***

[Na podstawie rozmowy z chatu. Autorzy: Shun, Szera, Sanetille]

piątek, 9 marca 2012

Klątwa Stada Nocy

[9.03.2012, HOTN]

"Klątwę rzuconą na Stado Nocy, 
Nim konie poranka na niebo wkroczą, 
Zdjętą musi zostać wedle waszej mocy, 
Nim czerń Wasz dom pochłonie z radością ochoczą.

Gdy klucze trzy znajdziecie, 
Każdy z osobna niewarty w zimnym mroku, 
Tam, gdzie serca Waszego Stada kwiecie, 
Elementy zespolicie wedle pór roku.

Pierwszy, drugi, trzeci, wedle kolejności: 
W zielonych ostępach czasu, koronie wieczystej drzewa, 
U stóp olbrzymów jałowych, przez milczącego strażnika strzeżony, 
W głębokich jaskiniach wodnych, tam gdzie drzewa śmierci są pośrednikami.

Pod osłoną nocy, z Duchów starożytnych pomocą, 
Idźcie nim kukułka kresu czas oznajmi."

poniedziałek, 13 lutego 2012

Wizyta w Królestwie Demonów

[? 2012, -]

Z niechęcią kryjąca się w jej ruchach przeniosłą swoje wychudzone cielsko o komnaty. Już od dłuższego czasu czuła wpływ jej mocy, jednak teraz miała wrażenie, jakby musiała się przedzierać przez nią siłą. O tak, była potężna. A teraz stała, jakby nigdy nic, z kieliszkiem krwi w bladych dłoniach, wyglądając przez jedno z wysokich okien.
Sanetille podeszła kilka kroków, stukając pazurami o kamienną posadzkę.
- Witaj. - Wychrypiała, posługując się ogólnym językiem Królestwa Demonów. Kiedyś, wiele wieków temu, każdy ród posługiwał się odrębnym językiem. To powodowało wewnętrzne wojny, które osłabiały Królestwo. Ponadto Władca bał się zdrady, toteż ustalił język, którym dziś posługiwali się nimal wszyscy.
Jednakże nie Ona.
- Witaj, Akeldamo. - Powtórzyła, nie dostrzegając jednak żadnej rekacji. Zniżyła nieco łeb, uginając łapy, w czymś w rodzaju ukłonu. Jej imię w ustach Sanetille zabrzmiało niemal obraźliwie.
- Khars ter, Verkerre. - Kobieta odwróciła się, wykrzywiając twarz w gniewnym grymasie. Jej wściekły syk zatrząsł całą komnatą, w kilku miejscach powstały cieniutkie rysy.
Sanetille podniosła łeb jak oparzona, z jej gardła wydobył się cichy warkot. Po chwili cofnęła się kilka kroków, na jej pysku wykwitł upiorny, wyzywający uśmiech.
- Jak każesz, Akeldamo, Najwyższa Bogini Ciemności, mordu i rozpaczy. Jedyna, która nie...-
W miarę jak Sanetille mówiła, oczy kobiety zaczynały jarzyć się płomiennym blaskiem, jej czarne jak smoła włosy uniosły się w naelektryzowanym powietrzu, okalając jej jasną twarz.
Nagle kieliszek pękł z trzaskiem, obryzgując jej suknię, twarz i ręce szkarłatnymi plamami. Kawałki szkła rozprysły się po posadzce, tworząc skomplikowane mozaikę czerwieni i srebrzystych rozbłysków.
Kobieta podniosła palce do ust. Powolnymi ruchami zaczęła oblizywać je z ciemnoczerwonej, gęstej cieczy. Uśmiechnęła się złośliwie, wodząc wzrokiem po wychudzonej sylwetce Sanetille. Samica przekrzywiła łeb, zniżając go przy tym trochę. Czarne, bezdenne ślepia wbiła w górującą nad nią kobietę. Czekała.
(...)

wtorek, 28 czerwca 2011

The Sound of Silence.

[28.05.2011, FK]




[Dla wolno czytających podkład najprawdopodobniej wyjdzie za krótki.]
.Muzyka.

          Drzwi uchyliły się powoli, wydając z siebie przeraźliwy jęk. Smukłe palce zacisnęły się w pewnym uchwycie na metalowej klamce. Właściciel, do którego należały skrywał się w półmroku klatki schodowej, wykorzystując nakładające się na siebie cienie. Tkwił w całkowitym bezruchu, obserwując niczego nieświadomych mężczyzn. W pomieszczeniu, mimo otwartego na oścież okna unosił się gęsty, papierosowy dym, utrudniając widoczność. Gorące, lepkie powietrze jeszcze bardziej nasilało wrażenie duchoty. Po pokoju walały się puste puszki po piwie, niedopałki, nieprzyjemnie szeleszczące opakowania po chipsach i innego rodzaju śmiecie. Jednak rozbawiona trójka zdawała się nie zwracać na te szczegóły uwagi. Rechotali głośno, poklepując się nawzajem po plecach, jakby gratulując kolegom kolejnego udanego dowcipu.  
          Drzwi trzasnęły głośno o ścianę, wprawione w nagły ruch. Przeciąg nasilił się, wpuszczając niespodziewanie mroźny, świszczący wiatr, który poderwał lekkie papiery z ziemi i poprowadził je w szalonym tańcu ku góry. Goła żarówka zwisająca z beżowego sufitu zamrugała nerwowo. Dał się słyszeć charakterystyczny trzask i w tym momencie zapadła ciemność, rozświetlana jedynie przez nikłe światło neonowych reklam, wpadające do wewnątrz z ulicy. W następnej kolejności wyłączyło się radio. Gwałtowna, wręcz nachalna cisza, która tak niespodziewanie ogarnęła wypełniony wcześniej głośnym dudnieniem pokój, uderzyła w otumanionych alkoholem ludzi niczym młot. Najwyższy z nich szturchnął swojego kolegę, najwyraźniej z zamiarem nawrzeszczenia na niego, z powodu przerwania zabawy, jednak w tym momencie spostrzegł postać stojącą w progu. Łysy od razu rozjaśniał na twarzy, myśląc zapewne, że to kumple zorganizowali mu ten prezent. W końcu dzisiaj były jego urodziny. Wszystkim mężczyznom zaświeciły się oczy, kiedy młoda dziewczyna postąpiła pierwszy krok. Była drobnej postury, szczupła, o regularnych kształtach. Jej niezwykle blada skóra, lśniła w niebieskawym świetle neonów, który nadawał jej upiornego odcienia. Długie pasma, idealnie prostych, białych włosów były luźno rozrzucone, zasłaniając jej twarz i dodając jej tajemniczości. Łysy facet oblizał się, wyginając usta w lubieżnym uśmiechu. Kobieta była dość nietypowo ubrana jak na dziwkę, pierwszy raz widział u takiej, prostą białą sukienkę. Jednak nie przeszkadzało mu to. Jej ciało samo w sobie było wystarczająco piękne, bez żadnych dodatkowych ozdób.
          Kiedy wyciągnął tłuste paluchy w jej stronę, ta jakby czytając w jego myślach wykonała kolejny płynny ruch, z kocią gracją powoli zmniejszając dystans pomiędzy nią, a coraz to bardziej podnieconą trójką. Położyła dłoń na ramieniu jednego z nich, bez problemu usadawiając go na kanapie. Drugą ręką sięgnęła ku jego twarzy. Musnęła delikatnie opuszkami palców jego policzek. Nim mężczyzna zdążył podnieść ramię, by chwycić za jej pośladki, ta uniosła twarz, rozciągając wargi w nienaturalnie szerokim uśmiechu, tym samym ukazując rząd ostrych jak brzytwa kłów. Wielkie, czarne, puste ślepia, w żaden sposób nie pasujące do ludzkiej twarzy, wlepiła w przerażone oczy, sparaliżowanej ofiary. Zanim zdążył zareagować zakryła mu usta dłonią, zarazem przechylając jego głowę na bok. Drugą ręką zaś bez większego wysiłku przytrzymując go na siedzeniu. Zbliżyła blade usta ku szyi, muskając chłodnym oddechem, kropelki potu, które wystąpiły mu na skórze. Przejechała językiem od obojczyka, kierując się ku uchu, rozkoszując się strachem bezradnego w jej uścisku mężczyzny. Z jej ust wydarł się ledwo słyszalny chichot, kiedy poczuła jak przez jej ciało przepływa fala ekscytacji. W tle, jak przez mgłę dochodziły ją zachęcające okrzyki, niczego nieświadomych towarzyszy człowieka.
          Zanurzyła kły w mięsie, z łatwością przebijając się przez wierzchnią warstwę tkanek. Łysy wydał z siebie stłumiony jęk. Z każdą sekundą z jego ciała uchodziły kolejne litry ciepłej krwi. Niemal czuł jak płyny znajdujące się w jego organizmie są siłą zasysane, odbierane mu przez tego potwora. Próbował się wyrwać, uciec… Jednak ona… to… było zbyt silne. A im więcej mijało czasu tym co raz bardziej słabł. Zamrugał powiekami, kiedy czarne plamki pokazały mu się przed oczami. Niewyjaśnione zimno nagle ogarnęło całe jego ciało. I nastała ciemność.
          Dziewczyna w końcu oderwała się od swojego posiłku. Po brodzie skapywały jej rdzawe krople cieczy, plamiąc białą sukienkę. Przetarła twarz szybkim ruchem ręki. Nienaturalnie wolnym ruchem głowy, przeniosła wzrok na dwójkę pozostałych ludzi, do których z coraz to większą siłą zaczęło docierać, to czego właśnie byli świadkami. Jej oblicze było bez wyrazu. Puste otchłanie, które umiejscowione były w miejscach oczu, wciągały świadomość dwójki nieszczęsnych istot, niczym kosmiczna, czarna dziura. Ich życie było już zaprzepaszczone. Nadzieja opuściła progi tego domu, w momencie w którym zjawiła się Ona.
          Demon przestąpił przez zimne ciało trupa jednym, szybkim krokiem. Zwiewne materiały białej sukienki zawirowały na wietrze, sprawiając, że krwiste wzory na jej powierzchni zdawały się wić niczym żywe węże. Jej drobną postać okalała Cisza, spleciona w miłosnym uścisku ze swoją kochanką – Ciemnością. Razem ze swoimi przyjaciółkami ruszyła pewnym krokiem przez pustą jezdnię, mijając szare, monotonne zabudowania. W oddali zawyły policyjne syreny. Nadchodził świt.

środa, 8 czerwca 2011

Oczekiwanie.

[8.05.2011, FK]

.Muzyka.

          Sanetille leżała na brzegu Varhoki. Za nią znajdowały się jaskinie mieszkalne. Zarysy jej półprzezroczystej sylwetki przez cały czas drgały, mimo że pozostawała w bezruchu. Od jej białego ciała wyraźnie odcinała się para czarnych ślepi, które skierowała na północ, w stronę majaczących nad horyzontem Przeklętych Gór. Od ich szczytów dzieliły ją Wzgórza i rozległe Równiny. Zafascynowana patrzyła jak widok rozpostarty przed nią zmieniał się od samego poranka. Gęsta mgła i pył z wolna zaczęły ustępować, z każdą godziną coraz to bardziej się przerzedzając. Kiedy Słońce stanęło w zenicie powietrze było już całkiem przejrzyste. Jedynie delikatny, chłodny wiatr, co jakiś czas, wprawiał w ruch luźne drobiny piasku.
          Demon podniósł się z miejsca nienaturalnie powolnym ruchem. Poruszając się nadal tym samym tempem, przeszedł kilka metrów, do zwalonego pnia drzewa, łączącego przeciwne brzegi. Wszedł na drewnianą kładkę, każdy krok wymierzając z perfekcyjną dokładnością. Sanetille mogła przemieszczać się z zawrotną prędkością, jednak dziesiątki lat spędzonych na ziemi nauczyło ją jak radzić sobie z nudą. Sposób takiego poruszania się wydłużał czas wolny od nic-nierobienia i zajmował jej umysł.
          Sanetille przystanęła i obejrzała się na Puszczę. Podobała jej się tajemniczość spowijająca drzewa tego miejsca. Płynące od niego złudne poczucie bezpieczeństwa i spokoju. Skierowała wzrok na ciemne wejście groty, znajdującej się pod ścianą gęstego lasu. Była pusta. Oprócz niej, jeszcze tylko jedna osoba zamieszkiwała tereny Zapomnianego Królestwa, a i tak rzadko się pojawiała. Jednak samica wiedziała, że wystarczy tylko poczekać by to się zmieniło. Sanetille się nie spieszyło , była niezwykle cierpliwą istotą. Po za tym wiedziała. Więc nie musiała się niczym martwić. Jedynym co należało do jej obowiązków było pozwolenie, by wydarzenia toczyły się we własnym tempie.
          Czekała. Jednak czekanie okazało się nie wystarczające. Dzisiaj w końcu postanowiła zmienić swoje miejsce położenia. Obrzuciła spojrzeniem czarnych otchłani południową część Królestwa, po czym skierowała pysk w przeciwną stronę.
          Niespodziewanie temperatura otoczenia gwałtownie zmalała. Wokół sylwetki demona zaczęły kotłować się wilgotne opary mgły.  Coraz to bielsza sierść zafalowała pod chłodnym podmuchem z Zaświatów. Samica przeciągnęła się, mrucząc z rozkoszą i wyginając grzbiet w łuk. Wróciła do poprzedniej pozycji i otrzepała się z resztek pary wodnej. Oblizała pysk szarym, szorstkim językiem i rozszerzyła wargi w psychodelicznym uśmiechu. Trzepnęła ogonem, a z jego końca uniósł się w przestrzeń gęsty dym. Poruszyła pazurami, ryjąc nimi w miękkiej glebie. Cudownie. Od dawna nie czuła ciepła Słońca, chłodu Wiatru, czy dotyku Ziemi. Z każdą upływającą sekundą przypominała sobie czym jest zmysł dotyku. W końcu. Zmaterializowała się całkowicie w tym świecie. Teraz mogła wyruszać.
         
          Łapy w równym rytmie uderzały o Glebę, wybijając pierwotną melodię. Długie trawy miękko uginały się pod demonem, mknącym w zawrotnej prędkości przez Równiny. Promienie Słoneczne odbijały się od jego, zmierzwionej przez Wiatr, nieskazitelnie białej sierści. Biegł, pozbywszy się wszelkich myśli. Teraz liczył się tylko zarys z każdym korkiem zbliżających się Gór i świst Powietrza wokół.
          Sanetille w końcu się zatrzymała. Dotarła do celu swojej wędrówki. Nad nią górował olbrzymi wodospad. Grzmot przelewających się litrów wody wprawiał podłoże w drżenie. Czuła jego moc i siłę każdą komórką ciała. Tylko kroki dzieliły jej od mrocznej toni jeziora. Zbliżała się do niego, czując narastające podniecenie. Intuicja podpowiadała jej, że za ścianą wodospadu coś się kryje. Być może była to tylko zwykła jaskinia, ale wierzyła, że jest to coś więcej. Czuła, że może tam znaleźć niezwykłą tajemnicę, mroczny sekret lub nawet bajkowy cud. Wystarczyło zajrzeć…
          Zatrzymała się, gwałtownie odwracając głowę na południe. Przekrzywiła łeb o dziewięćdziesiąt stopni, uważnie nasłuchując. Ktoś przybywał. A następne osoby były już w drodze. Musiała wracać.
          Spojrzała po raz ostatni na wodopój. Wróci tu kiedy indziej. Być może z towarzystwem. Miała nadzieję, że ta tajemnica na nią poczeka, zrozumie. Jednak mogła liczyć, tylko na jej dobre chęci. Teraz wzywały obowiązki. Jej zarysy zafalowały, zatarły się. W ułamku sekundy zniknęła, pozostawiając po sobie jedynie niewyraźne opary mgły.

środa, 10 marca 2010

"Czemu oni nas nienawidzą?"

[?, 2010, HOTN]

Wędrowałam w tę i z powrotem, machając nerwowo ogonem i mamrocząc przekleństwa pod nosem.
- Aldieb...
- Zamknij się! - Warknęłam, rzucając się na Demona z wściekłością. Ta niezwurzona, nie drgnęła nawet o milimetr i nie odrywała ode mnie spojrzenia czarnych ślepi. Wpatrywałam się w nie z takiego bliska, jak nigdy dotąd.
- Nic nie mów... - Wysyczałam przez zaciśnięte zęby. Mój cięzki oddech wypełniał cisze wokół nas.
- Ale to nie ma sensu. - Sanetille spróbowała poraz kolejny do mnie dotrzeć.
Warknęłam, ponownie dygocząc na całym ciele, od kotłujących się we mnie emocji.
- Łażenie w kółko Ci nie pomoże.
- A niby co mogę zrobić?! - Wydarłam się na nią już któryś raz z rzędu.
Wzruszyła barkami.
- Choćby się przespać, zapolować, cokolwiek byle nie siedzieć bezczynnie.
- Co za różnica? - Powróciłam do chodzenia, rzucając co chwila demonowi gniewne spojrzenia.
Sanetille westchnęła, już trochę zniecierpliwiona moim uporem.
- Rób coś, zacznij działać, wymyśl coś i przestań się użalać nad sobą i swoimi kompleksami.
Znów prawie się na nią rzuciłam, jednak w ostatniej chwili się powstrzymałam.
- Dla Twojej wiadomości to ja odpoczątku wszystko robię! Ja rozmawiam, wyjaśniam, próbuję się dogadać. Nikt mi nie pomaga, wolą olać mnie i całą sprawę!
- Jesteś ignorowana? To chyba nie za dobrze? - Uniosła jedną brew w kpiarskim uśmiechu.
Straciłam na chwilę oddech, wpatrując się w nią z osłupieniem, po czym wybuchnęłam.
- Nie Twoja pieprzona sprawa!!! Odwal się wreszcie ode mnie! - Nie wytrzymując, rzuciłam się jej do gardła. Jednak zanim zdażyła ją złapać, zostałam pociągnięta za łapę i zarzuciło mnie w bok. Wylądowałam w śniegu i natychmiast zerwałam się na równe łapy. Lewa przednia krwawiła.
Zmrużyłam ślepia, wpatrzona w Sanetille, której mina nie zmieniła się ani odrobinę. Przemknęło mi przez myśl, że robi to specjalnie, w końcu nigdy wcześniej mnie nie zaatakowała, ale szybko zostało to wyparte z mojego umysłu przez niesamowita wściekłość.
Ponownie ruszyłam do ataku. I tym razem był nieudany, a demon zranił mnie w udo, zostawiając długą, krwawą pręgę. Rzucałam się na nią, dopóki nie padłam ze zmęczenia jednak ani razu jej nawet nie dotknęłam.
Leżałam w śniegu, dysząc ciężko, niezdolna się poruszyć. Sanetille podeszła do mnie powoli. Nie zwróciłam na nią uwagi, wreszcie mogłam myślec.
- Dziękuję. - Powiedziałam, spoglądając na nic nie wyrażający pysk demona.
Nic nie odpowiedziała, czekając aż zacznę mówić.
Dzięki niej mogłam się wyładować. Wiedziała, że potrzebuję się wygadać i trochę ponarzekać, jak zwykle, ale nie mogłam tego zrobić, dopóki byłam zaślepiona gniewem.
- Po prostu nie rozumiem. - Zaczęłam patrząc się tępo w przestrzeń. - Czemu oni Nas tak nienawidzą? Co im zrobiliśmy? Za każdym razem, kiedy próbowałam cos bezstronnie wyjaśnić, oni oskarżali HOTN i mnie olewali. Nie chce wojny, to oni jej chcą. Czemu oni nas tak nienawidzą...? - Ostatnie zdanie wyszepałam, a po moim policzku spłynęła samotna łza.

niedziela, 22 listopada 2009

Rozmowa z demonem.

[? 2009, HOTN]

Leżałam na wielkim głazie, na szczycie jednej z gór znajdującej się na terenie HOTN i wpatrywałam się w spowitą blaskiem księżyca dolinę. Siedząca obok mnie Sanetille również patrzyła w tamtą stronę.
- Jak myślisz? - odezwałam się po długim czasie milczenia - Ten kryzys, kłótnie... w końcu miną? - wczoraj byłam jeszcze przekonana, że to koniec stada, dziś odnalazłam w sobie siłę, pozwalającą mi wierzyć, że się uda.
Demon przekręcił łeb, by omieść mnie spojrzeniem dwóch, czarnych ślepi.
- Cóż ja mogę o tym wiedzieć? - odpowiedziała pytaniem na pytanie, uśmiechając się nieco ironicznie.
Rzuciłam jej krzywe spojrzenie, jednak ona już nie patrzyła w moją stronę.
- Jestem samotniczką. Czy widziałaś kiedyś, żebym biegała ze stadem demonów?
- Umm... No nie, ale...
- Przecież bym mogła, czyż nie? W HOTN jest ich coraz więcej. Nie musisz się o mnie martwić Aldieb, umiem o siebie zadbać. - Zakończyła nieco drwiąco.
- Bo wiesz... - zaczęłam trochę zakłopotana - Tak sobie myślałam, że pewnie się tu ze mną nudzisz... i ten...
Spojrzała na mnie uważnie.
- Czasem bywa nudno, to prawda, ale jest to jakaś odmiana. Poza tym mam co robić... - wyszczerzyła śmiercionośne kły w coś na kształt uśmiechu. - W HOTN zawsze coś się dzieje, ciekawie się Was obserwuje...-
Przerwałam jej w połowie zdania, oburzona.
- Szpiegujesz Nas?! Jak możesz....?! -
Spojrzała na mnie pobłażliwie.
- Nie szpieguję, tylko obserwuję. Trudno nie usłyszać wrzasków co poniektórych, gdy ma się wyczulone zmysły.
- Hm... No może, w sumie racja.
- Idę zapolować. - Oznajmiła Sanetille z paskudnym uśmiechem na pysku, po czym odbiegła, zamazując mi się przed oczami i pod kilku sekundach znikła z pola mojego widzenia.
Westchnęłam i również wstałam. "Tak właściwie to ja też zgłodniałam...", pomyślałam i ruszyłam wolnym truchtem w dół zbocza.
(...)