wtorek, 30 grudnia 2014

Porcelanowa lalka.

[ 30.12.2014, HOTN]
Come little children, I'll take thee away
Into a land of enchantment
Come little children
The time's come to play
Here in my garden of shadows

Drobne łapy stąpały po zmrożonym śniegu z cichym skrzypieniem. Kryształowe drobiny skrzyły się w jasnym słońcu, przyozdabiały drzewa i krzewy, pokrywając je białym płaszczem. W lesie panował spokój. Jedynie jakiś ptak przelatywał od czasu do czasu z jednej gałęzi na drugą. Gdzieś z oddali dobiegło krakanie wron, które przyleciały wraz z nadejściem zimy.
Samica wędrowała niespiesznie leśną ścieżką, choć teraz przykrytą przez mleczny dywan. Rozglądała się dokoła, chłonąc wszystkie najdrobniejsze szczegóły. Jej czułe uszy łowiły z otoczenia wszelkie szmery i szelesty. Wciągnęła przez nozdrza rześkie powietrze, wyławiając kolejne kombinacje zapachów. Znajome wonie członków przeplatały się z tropami innych zwierząt, ale także z zapachem drzew i ziemi.
Przystanęła na moment, unosząc złote ślepia na czerwone owoce, pokryte szklistymi drobinami. Wyglądały jak rubiny, otoczone srebrzystymi diamentami. Przyglądała im się przez dłuższą chwilę z fascynacją. Natura zawsze zachwycała ją w swym pięknie.
Zamachała ogonem w powietrzu. Jej lewe ucho drgnęło, wychwytując jakiś szelest. Nagle wyczuła czyjąś nikłą obecność. Odwróciła się w tamtym kierunku, jednakże nic nie dostrzegła. Zachowując ostrożność, bezszelestnym krokiem skierowała się w stronę, skąd usłyszała szmery.
Po chwili spomiędzy drzew ukazała się drobna postać dziewczynki. Ciemnobrązowa zatrzymała się gwałtownie, spoglądając na ludzkie dziecko ze zdziwieniem. Skąd się tutaj wzięło? Zmrużyła ślepia, zdając sobie sprawę z tego, że nie wyczuwa jej zapachu. Sierść na jej grzbiecie mimowolnie się zjeżyła. Ignorując nagłe uczucie niepokoju, zbliżyła się jeszcze parę kroków, bacznie obserwując postać, która obserwowała ją parą jasnych ślipków.
Zmarszczyła nos, dostrzegając ciemne pnie drzew, poprzez ciało dziewczynki. Duch. No tak. Więc stąd brało się mrowienie w całym jej ciele. Zatrzymała się parę metrów od zjawy, nadal jej się przyglądając. Dziewczynka była naprawdę drobnej budowy. Ubrana była w jasnoróżową sukienkę z falbankami. Jasne, blond loki okalały okrągłą twarzyczkę, usianą delikatnymi piegami, tylko podkreślającymi mlecznobiałą cerę. Wyglądała jak porcelanowa lalka.
Złotooka przechyliła głowę, nie wiedząc co dalej począć. Wciąż nieufnie spoglądała na półprzezroczystą istotkę, która niezmiennie wpatrywała się w nią zaciekawioną parą dużych, błękitnych ocząt. Na twarzyczce dziewczynki malował się radosny uśmiech. Zdawała się być zadowolona z faktu, że spotkała kogoś, kto był w stanie ją dostrzec.
Mimo to samica wciąż nie mogła się przełamać. Duchy budziły w niej irracjonalny lęk, jeszcze zanim mogła je postrzegać. I choć minęły już prawie dwa lata, nadal nie potrafiła przyzwyczaić się do ich ciągłej obecności. Zazwyczaj starała się je ignorować, jednak nie zawsze było to takie łatwe. Po za tym, nie wszystkie wyglądały tak pięknie i niewinnie jak lustrująca się przed nią zjawa.
Potrząsnęła lekko głową. Wyzbywając się resztki wątpliwości postąpiła krok na przód. Źrenice dziewczynki rozszerzyły się gwałtownie, zalewając błękitne niebo tęczówek smolistą czernią. Jej usta rozwarły się w szerokim, dzikim uśmiechu. Po brodzie skapnęły strużki śliny. Malinowe wargi zaczęły pękać.
Zszokowana samica mrugnęła, ale nic się nie zmieniło.Jej umysł nie nadążał z przetwarzaniem rozgrywających się przed nią zdarzeń. Wszystko działo się zbyt szybko, w ciągu zaledwie ułamków sekund. Poczuła jak słabną jej nogi, a bicie serca mimowolnie przyspiesza, pompując krew do tętnic.
Usłyszała trzask rozrywanej skóry. Z opuszków dziecięcych palców wyrosły ostre jak brzytwa szpony. Po porcelanowej skórze lalki spłynęły rdzawe strużki krwi. Do uszy samicy dotarł cichy śmiech, wydobywający się spomiędzy popękanych warg i zaostrzonych, pokrytych smolistą cieczą kłów.
Jedyne co zdążyła to zaczerpnąć łyk powietrza. W następnej sekundzie twarde jak ołów szpikulce wbiły się w ciało, bez trudu rozrywając warstwy futra, skóry i mięśni. Polała się krew. Karmazynowa ciecz obryzgała ziemię, tworząc na białym śniegu barwną mozaikę. Świat zawirował, a samicy zdawało się, że leci. Zaczęła odpływać. Ból dławiący jej ciało, był niczym w porównaniu ze świdrującym jej czaszkę dzwonieniem. Wszystko spowiła biel.
***
Obudziła się z niemym okrzykiem na ustach, natychmiast podrywając się do pionu. Oderwała skostniałe z zimna dłonie od skalnego podłoża jaskini. Serce łomotało jej w piersi jak szalone, oddech był szybki i urywany.
Do zamglonego mgłą umysłu z opóźnieniem dotarły naglące impulsy, sygnalizujące ostry ból. Zacisnęła zęby, z trudem powstrzymując się od jęku. Zgięła się w pół, łapiąc się za brzuch. Szare oczy powędrował w dół. Oderwała na moment dłonie, by spojrzeć na rozkwitające plamy karmazynowej czerwieni. Na ułamek sekundy straciła ostrość widzenia. Zrobiło jej się słabo.
Napięła mięśnie, próbując wstać. Musiała opatrzyć rany. Albo dotrzeć do medyka. Dać komuś znać. Jednak przy próbie wysiłku zakręciło jej się w głowie. Bicie serca ponownie zadudniło jej w głowie, jakby ktoś walił w dzwon. Przed oczami zamajaczyły jej mroczki, które wkrótce przerodziły się w ciemną otchłań. Straciła przytomność.

piątek, 26 grudnia 2014

"And turn the white snow red"

[26.12.2014, HOTN]


I was following the pack,
All swallowed in their coats
With scarves of red tied 'round their throats
To keep their little heads
From fallin' in the snow
And I turned 'round and there you go.
And, Michael, you would fall,
And turn the white snow
Red as strawberries in the summertime.



Muzyka.

Bose stopy na zmarzniętej ziemi. Igliwie i szyszki wbijały się w podeszwy. Jednak nie miało to znaczenia. Gałęzie zahaczyły o koszulkę, skórę, pozostawiając drobne szramy. Nie szkodzi.

Zatrzymała się na skraju polany. Wzięła głębi oddech, potem wydech. Powietrze uformowało się w kłęby pary. Zamrugała powiekami, spoglądając na zimne palenisko. Zawiał lekki wiatr. Ozdoby zawirowały pod wpływem podmuchu. Dzwonki zaśmiały się perliście. Ornamenty rozbłysły diamentami, rozświetlając polanę plejadą barw. Zawiał wiatr.

Poczuła chłód na bladym policzku. Podniosła smukłą dłoń. Dotknęła opuszkami palców skóry, uniosła palce do oczu. Ze zdziwieniem spojrzała na śnieżynkę. Była piękna. Błyszczała przez moment na jasnym tle, by za moment się rozpłynąć, przepaść.

Dziewczyna podniosła twarz ku nocnemu niebu. Frunęły ku niej siostrzane płatki. Jednak każda inna, niepowtarzalna. Każda wyjątkowa. Takie piękne. Wirowały w powietrzu, tak lekko, delikatnie. Niczym aniele pióra płynące ku ziemi z odległych chmur.

Uśmiechnęła się. Postąpiła parę kroków. Zawirowała na palcach, tańcząc razem ze srebrzystymi płatkami. Wokół niej świat pokrywał się białym puchem. Małe drobiny lśniły w blasku barwnych świetlików. Było pięknie. Magicznie.

Here I go again
Slipping further away
Letting go again
Of what keeps me in place


Zatrzymała się. Ze zdumieniem odkryła łzę zawieszoną na jej rzęsach. Objęła się rękoma, jakby dopiero teraz zdając sobie sprawę z zimna. Kucnęła i skuliła się, mocno przyciągając do siebie kolana. Zawiesiła wzrok na przestrzeni przed sobą. Jej spojrzenie zastygło.

I  like it here
But it scares me to death
There is nothing here


Minęła minuta. Druga. Potem następna i kolejne. Dziewczyna się nie ruszała, najwyraźniej pogrążona w myślach. Jej palce zdrętwiały z zimna, całe czerwone. Jej rysy była spokojne, nieporuszone. Jednak pod maską coś drgnęło, przez twarz przebiegł cień.

I can see myself
I look peaceful and pale
But underneath
I can barely inhale


Zerwała się na równo nogi. Odwróciła, zerwała do biegu. Po kilku krokach zatrzymała. Jakby z rezygnacją. Gdzie miała biec? Zmrużyła oczy, spoglądając przez moment na rozciągając się przed nią mrok lasu. Westchnęła. Cicho, ledwo słyszalnie.

And I have searched 
for the reason to go on
I've tried and I've tried 

but it's taking me so long

Opadła na plecy, kładąc się na śnieżnym dywanie. Filigranowe płatki płynęły na nią z góry, opadając miękko na twarz. Wokół panowała uspakajająca cisza. W głowie płynęła nikła melodia. Nawet nie wiedziała kiedy, a po jej policzku spłynęła pojedyncza łza. Poczuła jak do oczu napływają następne. Podniosła dłonie do twarzy, by je zatrzymać. Otarła powieki. Spojrzała na drobne palce ze zdziwieniem przypatrując się karmazynowym kroplom. Jedna z nich spłynęła po papierowej skórze, pozostawiając rdzawą smugę.



I might be better off closing my eyes
And God will come looking for me in time

Opuściła skostniałe dłonie. Je oddech był płytki, równomierny. Ból w sercu zdawał się zanikać, kiedy jej szare oczy śledziły powolną wędrówkę śnieżynek. Czas zwolnił swój bieg, przestał płynąć. Opuściła powieki, zamknęła oczy.

Śnieg przestał padać.


środa, 24 grudnia 2014

"Time is over." I

[24.12.2014r., HOTN]

Deep in the ocean, dead and cast away
Where innocence is burned in flames
A million mile from home, I'm walking ahead
I'm frozen to the bones, I am

Deszcz. Małe krople wody nieustannie od dwóch dni płynęły z zachmurzonego nieboskłonu. Zimne drobiny w niezmiennym tempie rozbijały się o przemokniętą glebę. Strużki cieczy spływały po wilgotnej korze, skapywały po ogołoconych z liści gałęzi. Ciemnoszare chmury zlały się w jednolitą masę, zza której do świata nie docierały dobrotliwe promienie słońca. Z trudem można była odróżnić dzień od nocy.
Smukłe łapy poruszały się w szybkim truchcie, kiedy samica wędrowała przez las, lawirując pomiędzy wiekowymi drzewami. Poduszki zanurzały się w poszyciu leśnym z lepkim mlaskaniem. Z każdym ruchem pokrywając się kolejną warstwą błota i mułu. Ślizgały się na przegniłych liściach, mokrej trawie i rozmiękczonej glebie. Łapy, brzuch i ogon samicy pokrywały plamy błota, zlepiając jej ciemnobrązowe futro.
Ciężkie krople spływały po jej grzbiecie, kolejne zaraz miały do nich dołączyć. Zniżyła łeb, wciągając przez nozdrza intensywny zapach mokrej gleby. Wśród tysiąca krzyżujących się ze sobą woni, samicę zainteresowała jedna. Bez zbędnych myśli podążyła za tropem zwierzyny.
Przyspieszyła nieco, chcąc dogonić ofiarę. Przed oczami stanęła jej kłoda. Odruchowo wskoczyła na przewalony pień, za późno zdając sobie sprawę ze swojego błędu. Wyślizgane drewno. Plączące się łapy. Dwa uderzenia serca. I skarpa przed jej oczami.
Nie miała czasu by zareagować. Pazury nie zdołały utrzymać się na zdradliwej powierzchni. Próbowała jeszcze łapać się trawy i kamieni na zboczu, jednak na próżno. Towarzyszyło jej już tylko ołowiane niebo. Cieniste chmury zdawały się szydzić z jej losu. Siostrzane krople mknęły w jej kierunku, ścigając się ze sobą, próbując ją przegonić, by jako pierwsze rozbić się na twardych skałach.
Runęła w dół.
Ciemne tonie rzeki przyjęły ją w swoje objęcia. Woda wlała się do gardła, nosa, uszu. Niewidzialne dłonie pociągnęły w dół. W mgnieniu oka zabrakło jej tchu. Z trudem młóciła łapami niewyobrażalnie gęstą ciecz. Czuła jak jej serce oblepia panika. Z determinacją jednak dążyła ku powierzchni.
Miała wrażenie, jakby musiała przebić się przez skorupę lodu. Wynurzyła głowę ponad wzburzoną taflę, czerpiąc potężny haust powietrza. Jej płuca paliły żywym ogniem. Mrugając powiekami, by pozbyć się wszechobecnej wody, płynęła ku brzegowi. Ten jednak wzniósł się nad nią niczym pionowa ściana. Z jej pyska wyrwał się pisk rozpaczy.
Wyciągnęła łapy do przodu, rozbryzgując na wszystkie strony strugi wody. Stromy brzeg był jednak nieubłagany. Nie miała żadnej możliwości by wyślizgnąć się na ląd. A z każdą sekunda traciła siły. Prąd rzeki wzmagał się. Wiatr zawył pomiędzy drzewami. Wzburzył ciemną toń.
Znów brakło jej tchu. Rozwarte palce kurczowo trzymały się wystających z gleby korzeni. Mimo jej wysiłków nie mogła długo tak wytrzymać. Osiągnęła swój limit, puściła.
Uniosła się nad nią fala. W jej przerażonym umyśle wyglądała jak olbrzym morski, kraken pożerający statki. Spieniona woda przykryła łeb, posyłając drobne ciało w odmęty. Szargana bezlitosnym żywiołem słabła z każda chwilą. Kończyny stawały się coraz cięższe, brak powietrza rozrywał jej płuca. Walczyła z całych sił, jednak przegrywała. Woda przemocą wdarła jej się do pyska. Spadała w dół, ciągle w dół, ciągnięta przez lepkie palce demonów ku bezdennej czeluści. Jej oczy zasnuła mgła. Zaczęła ogarniać ją ciemność. W oddali usłyszała czyjś szyderczy, szeleszczący chichot. W następnej chwili wszystko pochłonęła czerń.
***
Mocne szpony zacisnęły się na jej skórze. Poczuła opór odmętów rzeki, jakby jej spragnione, chciwe ręce nie chciały jej puścić. Wzleciała powietrze, ostry wiatr smagał jej przemęczone ciało. Krople deszczu zdawały się być jak rozżarzone iskry.
Usłyszała głośny łopot skrzydeł, a nad nią zamajaczył cień. W następnej chwili runęła na ziemie, jej ciało boleśnie zderzyło się z twardą glebą. Miała wrażenie jakby pękły jej wszystkie żebra. Wciąż półprzytomna zaniosła się kaszlem, wyrzucając z płonących płuc zdradliwą truciznę.
Zamrugała powiekami, z trudem przywracając ostrość widzenia. W czaszce jej łupało, kości trzeszczały. Przez moment zapatrzyła się na ziemie pod sobą, na mozaikę karmazynowych kropel. Ze zdziwieniem odkryła, że należały do niej.
Z trudem wdychając powietrze, właściwie rzężąc, odwróciła się, słysząc za sobą szelest składanych skrzydeł i czyjeś kroki. Zagłuszane jedynie przez szum deszczu. Szum i rozbijające się krople. Jakby ktoś walił młotem. Łup. Łup. Łup.
Z wysiłkiem zebrała myśli, wpatrując się dziwnym wzrokiem w postać, która ją uratowała. Wysoki, umięśniony osobnik, tylne łapy wilcze, przednie zaopatrzone w orle szpony. Pysk ptasi, ostry dziób przystosowany do rozrywania mięsa. Pstrokate, brązowo szare ubarwienie. Potężne skrzydła.
Co tu robił?
Powtórzyła swoje pytanie na głos, choć dźwięk, który się z niej wydobył przypominał starczy charkot.
Demon przechylił łeb. Jego różnobarwne źrenice skupiły się na samicy. Jedna czarna, druga płonąca krwistą czerwienią. Obydwie na tle mroźnych lodowców.
Minął moment zanim odpowiedział, wypuszczając na świat zgrzytliwe skrzekot.
- Sanetille mnie przysłała.
Złote ślepia samicy rozwarły się w zdumieniu. Warknęła z niechęcią patrząc na Threiyana. Stała już pewniej na nogach, jednak wciąż była osłabiona. Mimo to, nie zlękła się demona.
- Czemu tu jesteś? - powtórzyła. - Czego chcesz? Dlaczego miałaby Cię przysyłać? - wyrzuciła z siebie pytania, mrużąc ze złością oczy.
Odpowiedziało jej nieczułe, lodowate spojrzenie. Gryf zdawał się być zirytowany. Najwyraźniej  jemu też nie podobało się to, że stał się czyimś narzędziem.
- Kazała Ci stawić się jutro za granicami Stada. Pragnie Ci coś pokazać. - odparł, wciąż mierząc brązową mroźnym spojrzeniem. Nie czekając na odpowiedź, rozpostarł majestatyczne skrzydła i wzbił się w powietrze, pozostawiając ją w samotności.
***
Musiała zmuszać się by kontynuować dalszy marsz. Każdy kolejny krok wydawał się być ostatnim. Łapy ciążyły w dół, potykając się co chwila o wystające korzenie, ślizgając się na zgniłych liściach i mokrym mchu. Szła jednak dalej. Nie było to daleko, nie więcej niż kilometr. Jednak miała wrażenie, jakby była to wyprawa na koniec świata.
W końcu dotarła. Popchnęła nosem drewnianą powierzchnię. Drzwi zajęczały w zawiasach. Pazury zastukały na podłodze. Poszła w głąb sieni. Znalazła odpowiedni kąt i położyła się, zwijając ciało w kłębek. Nie patrzyła już na błoto czy wodę. Była zbyt wycieńczona.
W mgnieniu oka zasnęła.

niedziela, 21 grudnia 2014

Toniesz.

[21.12.2014 r., - ]
***

[Polana w Lesie Śmierci: Rozmawiają Shun i Szera]

          - Hej, może podejdziesz i porozmawiasz z nami? – Shun zadał pytanie, kierując się w stronę Szery.
          Ta uniosła łeb i spojrzała na Niego. A jednak, została zauważona. - Dziękuję. Jednak wolę się nie pokazywać. -Mruknęła cicho.
          - Dlaczego?
          - Sama nie wiem. - Spojrzała na łapy, które miejscami pozbawione były futra. Westchnęła cicho i skuliła się, chowając za pniem.
          - Oh, no dalej, pokaż się. – Powiedział, posyłając ciepły uśmiech w stronę buszu, w którym chowała się samica.
          Przemilczała zaproszenie. Wiedziała, że nie powinna tam iść. I tak miało jej już nie być. Złożyła łeb na łapach i przymknęła ślepia.
          - A mogę chociaż ja podejść do ciebie? – samiec ponowił próbę.
          - Odradzam. - Mruknęła jedynie.
          - No dalej, nie wstydź się. – Powiedział, wstając powoli.
          - Nie o to chodzi. - Mruknęła, mimowolnie odsłaniając kły. - Wybacz. - Dodała szybko.
          - To o co chodzi? – Spytał zdezorientowany, stawiając powoli krok za krokiem w kierunku jej kryjówki.

          W trakcie ich rozmowy zwierzęta mogły wyczuć narastający spadek temperatury na polanie. Szara poczuła to dziwne ukłucie w żołądku. Ktoś się zbliżał. Czuła to poprzez emanujące rozdrażnienie, którego źródłem byli jej Towarzysze, skryci gdzieś w mroku puszczy.  
          Z lasu wylała się gęsta, mlecznobiała mgła. Chwilę potem dało się słyszeć przenikliwy, syczący szept. - Wstydzi się. - Głos zdawał się biec zza drzew prosto do uszu wilczura, okręcając się wokół niego, po czym podążając dalej ku sylwetce wychudzonej wilczycy, by zniknąć tuż u jej łap.
          Shun zatrzymał się i rozejrzał dookoła. - Kto idzie? Pokaż się. - Powiedział, skupiając zmysły na otoczeniu. 
          Szara wadera drgnęła i zesztywniała. - Zwyczajnie nie lubię... - Urwała, zaciskając kły. - Bez przyczyny. - Wbiła pazury w ziemię, czując jak drętwieje jej łapa.
          Odpowiedział jej chrapliwy chichot. Nim zdążył przebrzmieć, obok szarej samicy zmaterializowała się mglista sylwetka potężnego stworzenia. Nachyliła rozwarty pysk do jej ucha, a z gardzieli znów wydobył się chropawy szept. -  Czyżby? 
          Nie czekając na odpowiedź mara podniosła dwoje czarnych, bezdennych ślepi na samca, szczerząc ciemne kły w drapieżnym uśmiechu. Na chwilę straciła zainteresowanie waderą, postanawiając odpowiedzieć na wcześniejsze wołanie samca. - Jestem. 
          Teraz pozostaje tylko pytanie czym jesteś - pomyślał Shun. Jednak z jakiegoś powodu nie był pewien czy naprawdę chce to wiedzieć. Zamiast tego zadał inne, bardziej nurtujące w tej chwili pytanie. - Jesteś wrogiem czy przyjacielem?
          Samica ponownie zaniosła się głośnym chichotem, kierując spojrzenie ku samcowi. - Ty mi powiedz. - Wysyczała, oblizując się przy tym długim językiem. Lepkie krople śliny pociekły po jej pysku, nieuchronnie zmierzając w stronę ziemi.
          - To już chyba zależy od ciebie, wygląd twój wiele mi nie powie. - Odparł, obserwując bacznie stworzenie.
          Tymczasem szara wilczyca podniosła się, kierując spojrzenie ku intruzowi. - Ty. - Odsunęła się kilka kroków. Nie wiedziała co może oznaczać Jej obecność, jak i nie wiedziała jak może zareagować. - Co chcesz przez to powiedzieć? - Zamiotła nerwowo ogonem. Zdecydowanie wolała milczeć, jednak słowa demonicy odbijały się w jej głowie, tworząc mętlik i chaos.
          Zaśmiała się dziko. - Ja. - Przytaknęła, przekręcając łeb o całe dziewięćdziesiąt stopni. Szara mogła wyczuć świdrujący wzrok, czarnych jak smoła przepaści, skierowany wprost w jej sylwetkę. Wpatrywała się w nią przez kilka długich sekund, po czym nagle podniosła głowę, stawiając na sztorc uszy. Jej postać rozmyła się, tak, że przez chwilę w ogóle nie była widoczna, po czym znów stała się wyraźniejsza. 
          Szara zacisnęła kły. Spokój, który ją opuścił nie chciał powrócić. Dziwne. Powinna być przyzwyczajona do emanującego chłodu i dziwnego odczucia, które budziły w niej demony. - Co Cię sprowadza? - Wyrwało się z jej gardła, jakby sama przez dłuższy czas starała się powstrzymać zadanie pytania.
          - Wyliczanka. Kołysanka. Kto mi powie co oznacza deszcz z krwi wzięty i rozpaczy? - Zaczęła z wolna wycofywać się w głąb lasu. Psychodeliczna parodia uśmiechu wciąż nie schodziła z jej pyska, natomiast czarne studnie świdrowały zmarniałą sylwetkę szarej wadery. - TONIESZ. - Warknęła, kłapiąc szczękami i rozpłynęła się w powietrzu, zabierając ze sobą gęstą mgłę.

***

[Na podstawie rozmowy z chatu. Autorzy: Shun, Szera, Sanetille]