środa, 28 grudnia 2011

Pierścień Czarnego Feniksa Cz. V

[28.12.2011, HOTN]

Leżałam znów w pustym korytarzu, a jedynym słyszalnym dźwiękiem był mój ciężki oddech rozchodzący się echem wśród kamiennych ścian. Wstałam chwiejnie i bez dalszej zwłoki ruszyłam dalej. Po krótkiej chwili zorientowałam się, że znajduję się w innej części labiryntu. Cóż…trudno i tak nie robiło mi to większej różnicy.
***

Oderwałam poduszki łap od podłoża z lepkim cmoknięciem, po czym przy kolejnym kroku znów zanurzyłam je w gęstej,rdzawej cieczy rozlewającej się po kamiennych kafelkach. Moim ciałem wstrząsnął dreszcz. Cisza się nasilała, przerywana jedynie chlupotem krwi i moim ciężkim oddechem. Po pewnym czasie w jej nasileniu wyłapałam cichy dźwięk. Kap. Cisza. Kap. Kap. Parsknęłam z oburzenie, kiedy kropla krwi rozbiła się na moim wilgotnym nosie. Kap.  Kap.  Kap…

Zatrzymałam się. Powoli, jakby z wahaniem, uniosłam łeb ku górze. Ugięły się pode mną łapy, a z pyska wyrwało się ciche jęknięcie. Setki, tysiące, może miliony martwych ciał. Ludzkich,zwierzęcych… Obdartych ze skóry, ociekających własną krwią.  Kap.  Kap. Kap…

Poczułam, że zbiera mi się na mdłości.Opuściłam głowę, jednak mój wzrok padł na szkarłatne jezioro, w którym odbijała się podniebna masakra. Zacisnęłam ślepia, modląc się o utratę zmysłu węchu. Ostry,metaliczny zapach, wymieszany z odorem rozkładu wwiercał się w moje nozdrza z zabójczą siłą. Warknęłam wściekle, zirytowana swoją słabością.

Nim ucichł ten odgłos, po komnacie rozległ się tubalny dźwięk, przywodzący na myśl spadające głazy. Gdy wszystko ucichło znów usłyszałam kapanie. I szum… Pędzący, z zawrotną prędkością, potok krwi podciął mi łapy. Runęłam z krzykiem, tracąc równowagę, a prąd poniósł moje ciało. Rdzawa ciecz była wszędzie. Nic nie widziałam. Nie mogłam oddychać. Poczułam, że odpływam. Straciłam przytomność…


***

            Krzyknęłam, ryjąc pazurami po miękkiej skórze na pysku. Mój wrzask potoczył się echem,płynąc z zawrotną prędkością po labiryncie zdradzieckich korytarzy, by powrócić do mych uszu i zamienić się na kolejną falę niewysłowionego bólu, którego nie sposób było wyrazić inaczej, niż jedynie przez ten właśnie krzyk. Do zaciśniętych oczu cisnęły się słone łzy. Płynęły swobodnie po policzkach,mocząc ciemne futro i mieszając się ze szkarłatem krwi.

            Zatoczyłam się na ścianę, przewalając się na bok, po czym jak w spazmie, gwałtownie zwijając się w kłębek. Moim drobnym ciałem wstrząsnęły drgawki.

Jeszcze raz.

I nagle wszystko ustało.

Zamilkłam. W zastałej ciszy mój chrapliwy oddech brzmiał niezwykle głośno. Jednak zaraz i on ucichł.

Powoli, jakby bojąc się każdego gwałtownego ruchu, poluzowałam uścisk łap, które bezwładnie osunęły się na posadzkę. Zmusiłam się do rozluźnienia szczęk. W następnej kolejności poszły wszystkie mięśnie. Wsłuchałam się w siebie z pewnym wahaniem. Wyglądało na to, że wszystko było już w porządku…
***
Ocknęłam się, leżąc pod jedną ze ścian tunelu. Migotliwy płomień pochodni rzucał powykrzywiane cienie na kamienne ściany. Zadrżałam, z wysiłkiem prostując kończyny i podnosząc się do pozycji stojącej. Czułam, że coś mi umknęło, coś bardzo ważnego. Cała byłam poobijana, a moje ciało nadal drżało, jakby po biegu maratońskim.
Potrząsnęłam głową. Nie teraz. To nie miało znaczenia. Musiałam iść dalej…

sobota, 3 grudnia 2011

Lost In The Moment.

[3.12.2011, HOTN]

 
-Al, martwię się, nie widziałam od wczoraj Szery… – Zatroskane błękitne oczy wpatrywały się we mnie z niepokojem. Nie odpowiedziałam. Odwróciłam wzrok, milcząc przez dłuższą chwilę. Wirujące myśli powróciły nagle, a w mojej głowie znów zapanował tak dobrze znajomy chaos…

~*~
Cover my eyes
Cover my ears
Tell me these words are a lie


            Jej szare oczy błąkały się w ślepej wędrówce po, równie przygnębiająco wyblakłym z kolorów, zachmurzonym niebie. Oparła brodę na zaciśniętej pięści, wpatrując się bezmyślnie w mglistą przyszłość, jak malowaną kwitnącą na zbielałym firmamencie. Delikatny wietrzyk muskał jej nagą skórę, unosił w powietrze czarne kosmyki włosów, które jak zwykle niesfornie rozsypały się po jej ramionach.

It cant be true
That I’m losing you
The sun cannot fall from the sky

Zadrżała z zimna, kiedy wiatr nagle wezbrał na sile. Z ledwie słyszalnym tchnieniem, które wyrwało jej się z ust, oparła się o pień drzewa i objęła ramionami, ciaśniej otulając się płaszczem. Drżała.

Can you hear heaven cry
Tears of an Angel…

Podczas, gdy jej ciało doznawało uroków ponurego świata, ona odpływała w nieznane. Kierowała się ku osnutym w tajemnicę wodom. Ciemnej otchłani oceanu, który nie był przeznaczony dla niej, a który tak bardzo starała się zrozumieć.

Stop every clock
Stars are in shock
The river would run to the sea

Jej wnętrze rozdzierał przeraźliwy krzyk. Jej oblicze milczało. Nie chciała rozumieć. Nie chciała. A jednak uporczywa myśl, że nie ma innego rozwiązania nie dawała jej spokoju. Cierpliwie podchodziła do niej i czekała, aż w końcu dziewczyna zaczęła się do niej przyzwyczajać. Przestała traktować jako zagrożenie, gdyż na razie panował zwodniczy spokój. Dopóki myśl nie wypłynęła na wierzch…

I wont let you fly
I wont say goodbye
I wont let you slip away from me

            Zachybotała się na cieniutkiej nici. Ta, wygięła się z żałosnym jękiem, pod ciężarem, którego nie miała prawa wytrzymać. Rozłożyła ręce na boki, by łatwiej jej było utrzymać równowagę. Wystarczyła chwila nieuwagi, jeden błędny ruch, a mogłaby spaść w bezdenną otchłań. Zagryzła wargę, w skupieniu lustrując mrok czerniejący przed nią, przerywany jedynie białą, smukłą linią. Zerknęła w dół i natychmiast tego pożałowała, gdyż jej ciałem targnął nagle silny podmuch wiatru. Sapnęła zaskoczona i natychmiast podniosła głowę. Przecież nie tego chciała. Nie, z całą pewnością nie. Nie zamierzała podążać jej śladami, mknąć w chaosie ku odmętom śmierci.
            Ciekawość doprowadziła ją aż tutaj, jednakże na tym należało poprzestać. Nie skoczy. Wróci.

Can you hear heaven cry
Tears of an Angel…

            Uniosła rękę, sięgając ku pobladłemu nieboskłonowi. Zacisnęła dłoń jakby chciała uchwycić, coś co było dla niej nieosiągalne. Z cichym westchnieniem spuściła wzrok, skrywając oczy za kotarą czarnych rzęs. Nie ważne jak bardzo chciałaby ją zatrzymać. Nie mogła.

Cover my eyes
Cover my ears
Tell me these words are a lie

piątek, 25 listopada 2011

Spirit of the Tree.

[ 25.11.2011, HOTN]


            Zamyślona kroczyłam po zimnych resztkach niegdyś zielonej trawy. Moje myśli jak zwykle rozbiegły się na wszystkie strony, niczym polne myszy, na które padł złowrogi cień jastrzębia. Ich kręte ścieżki co rusz stykały się ze sobą, tworząc wokół mnie gęstą sieć utkaną z myśli i obrazów.
            Zanurzona w odległym świecie, szłam przez znajomy las, kierując się ku granicom stada. Już niedługo miałam opuścić swój dom i wkroczyć na zapuszczone tereny należące do drobnej ciemnobrązowej wilczycy, która niegdyś została pierwszą zasłużoną w odrodzonym królestwie nocy.
            Pozdrowiłam skinieniem głowy jedną z czujek dziennych, obserwującą mnie z pobliskiego wzgórza. Z delikatnym uśmiechem na pysku przekroczyłam niewidzialną dla oczu wstęgę i ruszyłam wydeptaną trasą w górę strumienia.

            Lekko kłujące gałęzie szmaragdowych świerków przywitały mnie z radością, przeczesując swoimi szczupłymi palcami gęste futro. Opuściwszy ich zacieniony zagajnik, otarłam się bokiem o szczupłą talię brzozy i kroczyłam dalej. Każde posunięcie łapy przybliżało mnie do serca lasu. Tam gdzie znajdowało się wzgórze. A na nim rosło drzewo.
            W ślepiach koloru płynnego złota rozbłysły radosne iskierki, które po kilku chwilach zmieszały się w ciepłych i chłodnych odcieniach, dopełniając całość wiecznie ruchomej mozaiki.
            Wychynęłam  zza kolejnego wzniesienia. Już tak niewiele dzieliło mnie od mojego starego przyjaciela. Sama nie byłam pewna jak długo za mną podążał. Kiedy się pojawił? Czy też za czasów Stada Kot? A może wcześniej, w moim pierwszym domu? Nie wiedziałam.
            Ale zapadł mi w pamięci moment, kiedy zatrzymałam się wśród Samotnych Lwów. Wtedy to Tanabi ochrzcił go tym dziwnym imieniem. Euzebiusz. Kąciki mojego pyska mimowolnie rozciągnęły się w uśmiechu na to wspomnienie. Tak, to były radosne czasy.
            Niektórym mogło wydawać się to dziwne, jednak dla mnie było całkowicie naturalne. Drzewo, które zostało nazwane przemieszczało się wraz ze mną, gdziekolwiek bym nie poszła. I tak, spałam na jego gałęzi w rozpalonej Afryce. A później, gdy przeniosłam się do mrocznych puszcz nabrałam zwyczaju siadywania pod jego zieloną koroną, słuchając historii opowiadanych przez szemrzące chóry liści.
            I kiedy mój wzrok padł na szeroki pień, zatrzymałam się całkowicie zaskoczona. W cieniu rzucanym przez potężne gałęzie siedział młody chłopak i wpatrywał się tęsknym wzrokiem w błękit nieba. Czuprynę kasztanowych włosów rozwiewał niesforny wiatr. Jego skóra migotała w wielu odcieniach, oświetlana promieniami słońca. Z daleka nie mogłam dostrzec dokładnie, jednak zdawała się być lekko chropowata. Jak kora pnia, o który się opierał.
            Wpatrywałam się w niego jak zahipnotyzowana, czując w głowie całkowitą pustkę. A potem napłynęły pytania. Kim jest? Co tutaj robi? Jak się tutaj znalazł?
            Moje łapy jakby za dotykiem czarodziejskiej różdżki zaczęły się poruszać, zbliżając się do tajemniczego nieznajomego. Zaintrygowana przechyliłam łeb, wspinając się po łagodnym grzbiecie wzniesienia, aż dzieliło nas tylko parę metrów.
            Uniósł głowę, a jego antracytowe oczy zdawały się przeszywać moją duszę na wskroś. Nie pasowały do tej młodzieńczej twarzy. Zdawały się należeć do starca, który widział już  więcej niż wiele, a doświadczył jeszcze więcej. Zdawały się być obce, ale jednocześnie czułam, że nie pasowałyby do żadnej innej twarzy.
            Jego ruchu były niespieszne. Wstał powoli, ręką podpierając się na pniu za jego plecami. Po czym zrobił krok w tył, a potem kolejny i tak jak kamień przeszywa toń jeziora, by opaść na dno, on zatonął w magicznym drzewie na nowo stając się z nim jednym.

poniedziałek, 21 listopada 2011

Pierścień Czarnego Feniksa Cz. IV

[21 listopada 2011, HOTN]

            Drewniane wrota, wykończone żeliwnymi okuciami, zatrzasnęły się za mną z hukiem. Tubalny odgłos rozbrzmiał w powietrzu, by stopniowo wygasnąć i przemienić się w ciszę,z której wyłonił się cichy stukot pazurów, po śliskiej posadzce, wybijający rytm moich niepewnych kroków. Szłam w jednym możliwym kierunku, prosto przed siebie. Zmrużyłam powieki, by uchronić się przed jaskrawym światłem rzucanym przez nietypowe ściany.  

            Sunęłam korytarzem, starając się uporządkować wirujące myśli. Zagłębiałam się coraz bardziej w ten dziwny labirynt, wybierając na oślep drogę, skręcając w różne odgałęzienia, cz y też kierując się ku znikąd pojawiającym się schodom.

            Zatraciłam się we własnym wnętrzu, gdy wtem poczułam, że coś jest nie tak. Zatrzepotałam powiekami, chcąc pozbyć się niespodziewanych halucynacji majaczących mi przed oczami. Jednak to nie pomogło. Powietrze przede mną falowało, wprawiając w ruch niebieskawy obłoczek dymu. Pod wpływem nagłego przeczucia zerknęłam w tył i poczułam jak wewnątrz mnie powoli narasta ściśnięta gula. Zaledwie metr za mną ziała czarna, bezdenna czeluść, od której aż zionęło upiorną nicością.Pospiesznie odwróciłam wzrok, kładąc po sobie długie uszy. Jednak tam czekała na mnie kolejna niespodzianka. Dopiero co niewyraźne opary w mgnieniu oka zaczynały nabierać kształtów i barw. Już po chwili wypełniały całą przestrzeń korytarza, przysłaniając mi widok na marmurowe ściany. Obraz rozciągnięty przede mną zadziwiająco dobrze odzwierciedlał rzeczywistość. Jedynie białe,rozmywające się opary, widoczne kątem oka, zdradzały o fałszywości tego nierealnego świata.

            W podziwianiu iluzji przeszkodził mi mrożący krew w żyłach, lodowaty podmuch nieznanego czającego się za mymi plecami, zmuszając do ponownego odwrócenia się. Mała fala dreszczy przebiegła przez całe moje ciało, poczynając od czubka nosa, a kończąc na końcówce ogona. Ciemność otchłani była znacznie bliżej niż kilka minut temu, wyciągając swe chciwe macki w moją stronę. Odruchowo przesunęłam się o parę kroków, byle dalej od tej mrocznej przestrzeni. Bałam się myśleć jak by się to skończyło, gdyby udało jej się mnie pochłonąć.Bezsprzecznie kojarzyła mi się z pustymi ślepiami Sanetille, dopełniając moją coraz to bardziej rosnącą niechęć do niej. Wyglądało na to, że pozostało mi tylko jedno wyjście, musiałam iść dalej. Łapy z niechęcią oderwały się od zimnej posadzki, zagłębiając w sielankowy krajobraz – być może kolejną pułapkę,jeszcze gorszą, od tej czyhającej za moimi plecami.

            Ku mojemu zdumieniu, poduszkami łap, natrafiłam na miękką ziemię i soczyście zieloną trawę. Na skórze poczułam ciepłe promienie słońca, a w nozdrza z[przyjemnością wciągnęłam zapach świeżego powietrza. Po zatęchłej woni sanktuarium, ledwie zauważyłam jak jest tu parno. Rozglądałam się wciąż dookoła, nie mogąc się nadziwić. Gdybym nie zdawała sobie sprawy, z tego, że otacza mnie iluzja, pewnie nigdy nie zorientowałabym się w prawdzie.

            W tym momencie dostrzegłam kocią sylwetkę, majaczącą wśród wysokich traw. Była to biała lwica, zmierzająca niespiesznym truchtem w sobie tylko znanym kierunku.Drgnęłam uradowana, stawiając uszy na sztorc. W końcu spotkałam jakąś żywą istotę. Może nawet mającą informacje na temat tego miejsca.

            Już chciałam do niej podbiec, kiedy samica podniosła głowę, kierując przyjazne,błękitne oczy w moją stronę. Zamarłam bez ruchu, czując jakby zmroziło mi wnętrzności. Nagle wszystkie obrazy nabrały ostrości, szczegóły wskoczyły na swoje miejsce, uzupełniając brakujące elementu układanki. W jednej chwili wszystko nabrało sensu. A może właśnie go straciło?

Z sensem, czy też bez niego, wyjaśniło się towarzyszące mi przez ten cały czas uczucie. Zadrżałam z trwogą. Bardzo dobrze znałam to miejsce. Niegdyś spenetrowałam każdy zakątek pobliskiej dżungli, jak i rozległej sawanny. To właśnie tutaj trafiłam po moim przebudzeniu, zlękniona i zdezorientowana. Tu znajdował się mój pierwszy,prawdziwy dom.

            -Hej, ty! Stój! – Usłyszałam dźwięczny głos samicy, dużo bliżej niż mogłam się tego spodziewać. Soraya wciąż patrzyła wprost na mnie. Nie zrozumiałam,przecież stałam…

- Co robisz na terenach Stada Lwów Jedności?

- Ja? – Zadałyśmy to pytanie jednocześnie. Głos docierający zza moich pleców wydawał się dziwnie znajomy.

Odwróciłam się niepewnie, odsuwając się kilka korków w bok, kątem oka zauważając, że biała wcale nie  podążyła za mną wzrokiem, a wciąż wpatrywała się w ten sam punkt. W końcu i ja podążyłam spojrzeniem w tym kierunku, by spojrzeć na młodą lwicę o srebrzystej sierści i jasnobrązowej, mahoniowej grzywce. Mimo, że w głębi duszy domyślałam się co mogę ujrzeć, widok ten sprawił, że zachwiały się pode mną łapy. Byłam świadkiem zdarzenia sprzed tylu lat! Spoglądałam na dużo młodszą wersję samej siebie, która wydawała się tak samo żywa jak ja w tej chwili… Potrząsnęłam gwałtownie głową, wprawiając w ruch długie kosmyki ciemnych włosów. Jeśli tak dalej miało to wyglądać, to mogłabym się założyć, że oszaleję. Błądziłam niewidomym wzrokiem po okolicy. Głosy dwóch lwic dobiegały do mnie przytłumione, jakby zza szklanej ściany. Nie wiedziałam co się działo, to wszystko nie miało dla mnie najmniejszego sensu…

W ciągu ułamka sekundy wszystko się zmieniło. Niespodziewanie obrazy zawirowały. Ziemia uciekła mi spod łap,zamieniając się miejscami z nieboskłonem i pierzastymi chmurami. Drzewa i krzewy wyciągnęły się w szerz, a następnie w pionie, tracąc pierwotną formę  i zaczęły się zlewać z pozostałymi zjawiskami w bezkształtną, nieokreśloną masę. Coś szarpnęło moim ciałem, porywając wraz z całą resztą. Krzyknęłam, na moment zamykając ślepia, a kiedy ponownie uniosłam powieki, przed oczami mignęły mi kolejne wizje, co rusz wciągane przez szaleńczy wir, wymieniając się z innymi obrazami.

Masywna, jak na samicę, lwica o bystrym spojrzeniu i jasnej, płowej sierści – Afra, przywódczyni stada. Jej sylwetka rozmyła się, by po chwili na nowo uformować się w kształt kolejnej osoby, tym razem Rubi, o niebieskiej sierści i zwariowanych iskierkach w oczach. Zrywa przedziwny owoc z drzewa rosnącego w innym wymiarze, do którego wspólnie znalazłyśmy przejście. Udaje, że się nim zatruła, przyprowadzając mnie o zawroty głowy. I gdyby obraz utrzymał się trochę dłużej, ujrzałabym zapewne jak tarza się po ziemi, naśmiewając się ze mnie do rozpuku.

Śmiechy. Głośne rozmowy. Impreza. Płowy lew zjeżdżający po wodospadzie, na kawałku drewna, niczym na desce surfingowej.

I znów zmiana. Dwa lwiątka bawiące się ze sobą. Białe i czarne. Roy i Bree. W następnej scenie już jako nastolatki,posyłające sobie zakochane spojrzenia.

Na chwilę wszystko się rozmazało, po czym znów nabrało ostrości. Biegniemy całą grupą. Wszyscy poszliśmy, aby pomóc Mariah, lwicy, która została porwana.

Afra informuje o zamknięciu Stada.

I koniec. Cisza.

sobota, 19 listopada 2011

I’m gonna let it go.

[19.11.2011, HOTN]


          Leżałam samotnie na opuszczonej polanie, znajdującej się w Lesie Śmierci. Po moim ciele rozchodziły się lekkie dreszcze, spowodowane chłodem ciągnącym od ziemi. Trawa, kołysząc się na wietrze, muskała mnie subtelnie po pokrytych gęsią skórką ramionach i delikatnej skórze na policzkach. Wpatrywałam się w zachmurzone niebo w odcieniach głębokiego granatu i czerni, mieszających się z wszelkimi odcieniami szarości i fioletu. Dzisiejszej nocy nie dało się dostrzec ani jednej z migoczących gwiazd, które rozświetliłyby czający się wokoło mrok.
          W mojej głowie powolnym echem roznosiła się znajoma melodia. Słowa przeplatały się z myślami, tworząc misterną układankę. Wspomnienia i obrazy z wolna znów wypływały na powierzchnię. Przemykały przed moimi oczami, po czym wplątywały się w chaotyczny wzór moich uczuć.
          Czułam jak coś we mnie rośnie, wzbiera z wolna, wypełzając z odmętów mojej osobowości, z otchłani, służącej za swego rodzaju przechowalnię. Najwyraźniej temu uczuciu znudziło się ciągłe czekanie w zapomnieniu. Nadchodziło i jedyne co mogłam zrobić, to cierpliwie czekać, aż rozleje się po moim ciele.
          Przyłożyłam dłoń do twarzy, zakrywając jej lewą połowę. Wygięłam palce, wbijając je delikatnie w skórę. Do moich oczu zaczęły napływać słone łzy, już od tak dawna nie goszczące na moich policzkach. Zatrzymały się na rzęsach, jakby jeszcze się wahając, czy aby na pewno wolno im już płynąć…

          I can’t hold on to me
          Wonder what’s wrong withme

          Tama stanęła w ryzach, pod natłokiem wzburzonego oceanu wspomnień. Z rozdzierającym jękiem uginała się, coraz bardziej słabnąc. Jedna małą skaza i nagle wszystko zaczyna się rozpadać, przecinane plątaniną pęknięć. W następnej sekundzie leżała w gruzach, podczas gdy jej żałosne resztki płynęły w dół wraz z palącymi kroplami po moich policzkach.
          Obrazy pojawiły się przed moimi oczami,jakby wszystko miało miejsce zaledwie wczoraj. Słowa rozbrzmiały w mojej głowie, stając się wyraźniejsze z każdą kolejną łzą, podążającą szlakiem swoich sióstr.
         

          Jeden głęboki wdech, z którym wciągnęłam ze świstem zimne, nocne powietrze. Zakryłam twarz dłońmi, wyglądając zza palców na przygaszony świat. Oddychałam ciężko, próbując się uspokoić, powstrzymać nagłą lawinę niezidentyfikowanych emocji, które niemal siłą wtargnęły do mojego wnętrza.

        
Here in the darkness I know myself         Can’t break free until I let it go         Let me go

         Otworzyłam gwałtownie oczy, opuszczając drżące z napięcia ręce. Poczułam się jak rażona gromem. Jakbym do tej pory błądziła po omacku w ciemnościach i dopiero teraz zaznała daru światła, który spłynął na mnie znienacka. Jakby pod wpływem czarodziejskiej różdżki wszystkie elementy podskoczyły, wskakując na właściwe miejsca. I nagle wszystko wydało się takie oczywiste. A zarazem poczułam rozdzierający żal, prawdę, przed którą nie mogłam uciec.

         Jak? Jak mogłam być taka głupia…?

          Moje szare oczy błądziły ślepo po ciemnym nieboskłonie.  Nie mogłam w to uwierzyć. Nie mogłam. Ponad trzy miesiące… Tyle czasu, bólu, wątpliwości… A okazuje się, że to było takie proste.

          I can’t hold on to me
          Wonder what’s wrong with me

          Odetchnęłam, niemalże z ulgą, a na mojej twarzy wykwitł blady uśmiech. Pierwszy, od dawna szczery uśmiech. Mimo, że wiedziałam, że nasza dalsza droga nie będzie usłana różami, poczułam nadzieję, pozwalającą mi wierzyć, że jeszcze wszystko może się ułożyć. Że jednak nie wszystko jest jeszcze stracone.
          Otarłam wierzchem dłoni nadal mokre od łez policzki. Wyglądało, na to, że podjęłam już decyzję. W najbliższym czasie skontaktuję się z nią, porozmawiam, wyjaśnię… Zapewne nigdy już nie będzie tak jak kiedyś, ale należało w końcu zburzyć ten nieprzyjazny mur stojący między nami.
          Tak, porozmawiam z Nią. Wkrótce.
           
           O ile nie zabraknie mi odwagi…
   
          I’m gonna let it go

poniedziałek, 14 listopada 2011

No Name Pomes II

[14.11.2011r, - ]


Świat tonie.
Pogrąża się w rozpaczy.
Umiera w krwi oceanie.


niedziela, 30 października 2011

Jesienne Ognie.

[30.10.2011 r, HOTN]
 
.Muzyka.
     Siedzę samotnie na wzgórzu pokrytym gęstą, zieloną trawą. Wokół mnie w podniebnym tańcu wirują złote liście opadając na ziemi, jeden za drugim. Każdy z nich ma swoją krótką chwilę chwały, by potem ustąpić miejsca swym braciom i siostrom.

     Rozglądam się dokoła, a na mojej twarzy pojawia się delikatny uśmiech, zaledwie drgnięcie końcówkami warg, ale mimo wszystko, uśmiech. Jesień przybyła w pełnej krasie, oferując brzozom i osikom bogato strojne suknie, usłane złotem i burgundem. Tuż obok nich stoi grupa świerków, kontrastując ciemną, głęboką zielenią. Niczym damy i panowie na wielkim, bogatym balu, uginając się na wietrze, kłaniają się sobie, by za chwilę ruszyć w tany.

     Koniec października, pierwsze dni listopada… Zaduszki, Dzień Wszystkich Świętych… Okres, w którym ludzie gromadnie przybywają na cmentarze, odwiedzając swoich bliskich. Zapalają znicze, składają kwiaty, modlą się. Dlaczego? Któż to wie, być może dla podtrzymania zwyczaju, dopełnienia tradycji, albo też jest to dla nich okazja by spotkać się z rodziną, by podczas tego dnia móc wspólnie wspominać chwile spędzone z osobą, która nie stąpa już po tej ziemi. A na dowód, że pamiętają, zapalają znicze…

     Skoczne ogniki serc ludzkich połyskują wśród ciszy nocy. Skrzą się niczym gwiazdy na niebie, komponując się ze złotymi ogniami natury. Swawolny wiatr podsyła ku mym uszom ciche szepty przeszłości. Okręca się wokół mnie, figlarnie podrywając ciemne kosmyki włosów do niesfornego tańca. Droczy się jeszcze przez chwilę, po czym odpływa pozostawiając w nieskazitelnej ciszy. Samą.

     Przed moimi oczami buzuje jeden, jedyny ogień. Płonący jaśniej od innych, mocno i jasno. Takim właśnie go zapamiętałam. Tak wyglądał, gdy kilka lat temu stałam na jego straży.

     I wciąż pamiętałam legendę z nim związaną. Mówiono, że gdy płomień Stada Nocy… Stada Śmierci wygaśnie, ono przestanie istnieć. Czy zawierzać mitom przekazywanym z ust do ust? Wytworowi wyobraźni nawet nieznanych nam osób? Nie wiedziałam, czy słusznie, jednakże wierzyłam. A skoro wierzyłam, to coś tu się nie zgadzało. Bo przecież stado istniało. Ale czy na pewno? To pytanie dręczyło mnie od dłuższego czasu. Mimo że wciąż żyliśmy na tych terenach, może nie byliśmy już tym samym stadem? Może tamto na prawdę zginęło…

     A może… może jednak ogień wciąż płonął? W miejscu skrytym i niewidocznym dla postronnych osób. Niemalże niedostępnym dla wrogów i nieprzyjaciół. Pielęgnowany przez więzy nas łączące, relacje pomiędzy członkami stada, pomiędzy rodziną. Płonący w Naszych sercach, płonących szczerą miłością.

So close no matter how far
Couldn’t be much more from the heart
Forever trusting who we are
No nothing else matters 

wtorek, 25 października 2011

Is it raining with you?

[25.10.2011, HOTN]


.Muzyka.
[ Hypnogaja - Here comes the rain again ]

     Była sama. Na polanie, zazwyczaj tętniącej życiem, znajdowała się tylko ona, skulona pod swoim drzewem. Oparta plecami o szeroki pień, skryta w cieniu rzucanym przez jego bujną koronę. Pozornie bezpieczna. Od kilku dni nie widziała nikogo ze stada. Nie wiedziała nawet, czy chciałaby się z nimi spotkać. Nie teraz, kiedy…
     Przeczesała palcami gęstą, jeszcze zieloną trawę. Uniosła jasną twarz ku niebu, pozwalając by długie, ciemne pasma włosów spłynęły na jej ramiona. Skierowała szare oczy ku zachmurzonemu niebu. W tym momencie samotna kropla rozprysnęła się na jej policzku, tworząc girlandy srebrnych diamentów.

     Here comes the rain again
     Falling on my head like a memory
     Falling on my head like a new emotion

     Krystaliczne łzy nieboskłonu pomknęły za swoją bliźniaczą siostrą, rozbijając się na jasnej skórze dziewczyny. Ta, podniosła się powoli do pozycji stojącej, podpierając się ręką o chropowaty pień. Odgarnęła niesforne kosmyki włosów z twarzy, nadal nie odwracając wzroku od zasmuconego nieba.
     Czuła. Wraz z narastającym deszczem w niej budziły się uczucia.
     Pamiętała. Ciepły głos szepczący jej słowa do ucha. Twarz rozpromieniona uśmiechem. Poważna, kiedy wymagała tego sytuacja.. I te oczy. Oczy…

     Talk to me, like a lovers do


     Gwałtownym ruchem odwróciła się od znajomej polany, na którą już zaczynały nakładać się obrazy, wspomnienia. Zagłębiła się w chłodny półmrok lasu, nieświadomie zatapiając się w monotonnym szeleście liści. Pozwoliła by nogi prowadził ją same, by ciało instynktownie wybierało ścieżki, którymi podążała już tyle razy.

     Here comes the rain again
     Raining in my head like a tragedy
     Tearing me apart like a new emotion

     Splotła ręce, zaciskając palce na ramionach, wbijając paznokcie w miękką skórę. Dlaczego nie mogła dać sobie spokój? Sama przypieczętowała swój własny los. Przez ból. Przez strach, potworny lęk, który ją dławił, nie pozwalając by wydobył się z niej głos.

     Talk to me… Zatrzymała się, opierając o pień drzewa, na które właśnie się natknęła
     Walk with me… Zacisnęła oczy, by pozbyć się rozmazującego się przed nią obrazu
     Talk, to me… Walnęła pięścią w niczemu winną roślinę, by choć minimalnie wyzbyć się tego co się w niej kłębiło

     Osunęła się na ziemię, wypełniona własną bezsilnością.
     Z początku nie chciała, trwała uparcie w swoim postanowieniu, że pierwsza nie wyciągnie ręki. A ona znikła.
     Zapewne przyjęła to zbyt osobiście. Jednak pogodziła się z tym, choć wiele ją to kosztowało. A tu niespodzianka. Życzenia urodzinowe, których za nic się nie spodziewała. A jako gratis mętlik w głowie. Po tym jak już pogodziła się ze stratą, nagle wszystko runęło, straciło sens. I zapłonęła nadzieja, która była jej zgubą.
     Trwała w niewiedzy, mogąc jedynie snuć domysły. Błąkała się w niekończącym się labiryncie, nie widząc po czym stąpa.

     So, talk to me… Chciała z nią porozmawiać, dowiedzieć się, czy ma to jeszcze dla niej jakiekolwiek znaczenie
     Walk with me… Bo może ona już zapomniała, w końcu po co przejmować się takim głupstwem
     Talk to me… A jednak bała się. Bała się prawdy i tego co może ona oznaczać, tego, że to mógłby być koniec nadziei

     Here it comes again
     Wstała, nie mogąc znieść dłużej bezczynności
     Here it comes again now
     Skierowała się ku granicom Stada Nocy, ku swoim prywatnym terenom
     Here it comes again
     Zaczęła biec, stopami wybijając rytm swojego oszalałego serca

     Here it comes
     Here it comes again
    
     Biegła, uciekając przed tym co ją przerastało, przed tym co kochała, co było całym jej życiem.

     Here comes the rain again
     Falling on my head like a memory
     Falling on my head like a new emotion
     Here it comes again
     Here it comes again
   
     I want to walk in the open wind
     I want to talk like the lovers do
     I want to dive into your ocean
     Is it raining with you?

     Jednak nie potrafiła pozbyć się kajdan, które zawisły na jej nadgarstkach. Mimo, że miała klucz, bała się go użyć.
     Wolność oznaczałaby stratę. Musiała wybrać pomiędzy swobodą, a tym co kochała. I nie potrafiła.
     Tkwiła pomiędzy, umykając przed jednym i drugim. Pozornie szczęśliwa. Z brakującymi elementami. Dało się bez nich żyć, jednak to nie było to samo.
     I wiedziała, że pozostanie w takim stanie, dopóki nie wymyśli jak pogodzić jedno z drugim.

      Tylko, czy kiedykolwiek jej się to uda?


Is it raining with you?

sobota, 15 października 2011

All of this past.

[15.10.2011, HOTN]


.Muzyka.
[Pierwszy akapit należy przeczytać dość szybko, wraz z trzy kropkami zmienia się rytm i wtedy należy zwolnić, zacząć czytać w rytmie melodii. Trochę później jest tekst nie pokrywający się z melodią, niestety nie udało mi się tego lepiej zgrać. ach, i należy zacząć czytać od pierwszej sekundy, bo inaczej się wszystko popsuje... ]

     Chaos.

     Nieuporządkowane myśli pełzające we wszystkich możliwych kierunkach. Niczym rozbiegane mrówki, gdy ktoś włoży patyk w ich mrowisko – dom, najcenniejszą rzecz na świecie, jedyną w ich krótkim życiu…

      …odchodzą.

     Ja jestem tutaj, wszystko co było zbędne zepchnęłam w głąb siebie. W bezdenną czeluść, mieszczącą każdą niechcianą myśl, uczucie. Odgrodziłam się od nich murem. Wysokim i szerokim. Mocnym. A im więcej się za nim znajdowało tym stawał się trwalszy. Budowałam swoja barierę od zera. A teraz mogłam patrzeć na otaczający mnie szary świat i nadal być zdolną do oddychania.

     Spoglądam w dal nieobecnym wzrokiem. Nie myślę, nie zastanawiam się, nie drążę. Wszystko jest odległe, przymglone, bez żadnego znaczenia. Ale tak jest dobrze. Nie boli. Nie pamiętając można kroczyć na przód. Z podniesioną głową i sztucznym uśmiechem przyklejonym do twarzy. Z podążającymi za Tobą cichymi cieniami przeszłości. Kroczącymi za Tobą krok w krok. Jednak póki o nich nie myślisz możesz iść dalej…

A to, co czai się gdzieś tam, w tych piekielnych odmętach może poczekać. Może… Może kiedyś będę na tyle silna by się z nimi zmierzyć. Ale jeszcze nie. Jeszcze nie teraz…

     I gdy moje szare oczy lustrują każdą kolejna kroplę krwi rozbijającą się o zamarzniętą ziemię, chce mi się śmiać. Zbiera się we mnie irracjonalne rozbawienie, w którym brak chociażby krzty wesołości. Obserwuję z pewną dozą żalu, jednak wiem… Wiem, że mnie to nie dotyczy. To wszystko jest odległe, dalekie. I mogę żyć dalej. Cieszyć się ulotnymi chwilami. Żyć… Na pograniczu dnia i nocy, snu i jawy… ale żyć.

     Jedno słowo. Gest. Imię… Najmniejszy szczegół pochodzący od drugiej osoby, zupełnie nieświadomej tego co właśnie czyni. Wystarczy tylko tyle, by cienie poderwały się ze swoich miejsc i ruszyły do ataku. Czujesz to w samym sercu… lekkie ukłucie, nic wielkiego, a jednak mrożącego krew w Twoich żyłach. Całe szczęście mur wytrzymał. Możesz znów zapomnieć i powrócić do codziennych, banalnie zwykłych problemów.

     Ale co jeśli za którymś razem powstanie mała, delikatna rysa…?

     All of this dust
     All of this past
     All of this over and gone
     And never coming back
     All of this forgotten
     Not by me


     Będzie się pogłębiać. Drażniąc i szydząc z marnych prób łatania niedoskonałości w tej, można by myśleć, niezawodnej barierze.

     Więc otaczasz się płaszczem zrodzonym z pustki. Zimnym i obcym, a zarazem tak dobrze Ci znanym. Ta nicość wierci czarną dziurę w Twoim sercu. A zarazem to właśnie ona pozwala nie myśleć. I trwać…
    
     Jednak przeszłość ma to do siebie, że lubi powracać do miejsc, gdzie nikt za nią nie przepada. I mimo, że próbujesz, mimo że starasz się z całych sił… Nie uciekniesz. Nawet kiedy zdaje Ci się, że nic nie czujesz, nagle Ona Cie dopada. I powraca wszystko, dwa razy mocniej. I możesz walczyć, jednak nawet kiedy zdobędziesz potyczkę, nie licz na to by wygrać wojny. By pokonać przeciwnika będącego częścią Twojego istnienia, musiałbyś zgodzić się na ostateczną porażkę, zgładzić samego siebie.

     Więc żyję. Każdego dnia witam tę sama jaskrawą gwiazdę, a nocami żegnam się z Księżycem. I póki maleńki kluczyk, otwierający wieko szkatułki z potworami nie zostanie odnaleziony będę mogła żyć dalej…


     All of this dust
     All of this past
     All of this over and gone
     And never coming back
     All of this forgotten
     Not by me
     I can see myself
     I look peaceful and pale
     But underneath
     I can barely inhale
     I can hear myself singing that song
     Over and over until it belongs to me

środa, 28 września 2011

They left. All of them.

[28 września 2011, HOTN]


.Muzyka.
[Byłoby dobrze, gdybyście tempo czytania dopasowali do rytmu melodii... ]


     Odeszli.

     Przez idealną ciszę nocy przedarł się cichy dźwięk. Pod czarnym całunem rozgwieżdżonego nieba rozbrzmiał chlupot. To mały kamyk wpadł do wody rozdzierając gładką powierzchnię jeziora i burząc jego krystaliczną toń.
     Źródłem tego zamieszania była młoda dziewczyna, siedząca na brzegu niedużego akwenu. Plecami opierała się o twardą, wilgotną powierzchnię wielkiego głazu. Wieczór nie był zbyt ciepły, a od martwej skały z pewnością wionęło lodowatym chłodem. Mimo tego miała na sobie jedynie cienką bluzkę. Jej ręce pokryły się gęsią skórką, ale wydawało się, że nawet tego nie zauważyła.
     Czarne kosmyki włosów wyplątały się spod spinki, wężowymi ruchami oplatając jej twarz. Szare oczy wbiła w migoczącą powierzchnię, ani na chwilę nie odrywając od niej wzroku. Zdawała się być nieświadoma tego co ją otacza, jakby nic do niej nie docierało. Z wyjątkiem licznych kamyków rozsypanych dookoła jej ciała. Opuszkami palców wodziła po ich nierównej, to znowu gładkiej powierzchni, niczym zahipnotyzowana.
     W pewnym momencie zdecydowanym ruchem chwyciła jeden z nich i rzuciła nim w ciemną wodę znów wywołując cichy plusk. Z jej na wpół otwartych ust wydobył się ledwo słyszalny szept.

     Odeszła.

     Kolejne kamienie. Jeden po drugim. Czasami kilka na raz. I za każdym razem to słowo.

     Odszedł.
     Odeszła.
     Odeszli.
     Odeszli...

I przewijające się przed jej oczami twarze oraz pyski, znajome głosy dudniące w jej głowie. Ale wszystko jakby z oddali. Byli już tylko wspomnieniami.

     Niespodziewanie coś się zmieniło. Wytrąciła się z szablonu, zatrzymując uniesioną rękę w powietrzu i zamarła na chwilę w bezruchu.

     Wróciła.

Byliśmy ostrożniejsi. Ale wróciła. I została. Uśpiła naszą czujność, tak że znów zapłonęła iskierka nadziei. Pozwoliliśmy sobie zapomnieć.
    
     Niewypowiedziane słowa rozbrzmiały w jej głowie donośniej, niż gdyby miała je usłyszeć.

      I znów odeszła.


     Kamyk powędrował w ślad swoich towarzyszy. Plusk. I drobne krople rozbłyskujące w srebrzystym świetle gwiazd.

     Tym razem zanim cisnęła przedmiotem, wzięła go w obydwie dłonie, obracając czubkami palców i dokładnie się mu przyglądając, badając każdy jego szczegół.

     Obiecała.
     I odeszła.


     I następny. Teraz już nawet się nie zastanawiała.

     Przyrzekała. Przyrzekała...
     A jednak zostawiła.
     Odeszła jak inni.


     Opuściła ręce. Jej pusty wzrok powędrował w kierunku ostatniego kamienia. Sięgnęła ku niemu dłonią, lecz w połowie drogi zawahała się, po czym ją cofnęła.
     Jak oparzona zerwała się z miejsca. Nie wiedzieć dlaczego widok samotnego kamienia wśród szarobiałego piasku, sprawił, że poczuła nagłe ukłucie w swoim popękanym sercu. Gdzieś w miejscu gdzie ziała czarna, mroczna dziura.

niedziela, 21 sierpnia 2011

Zapomniane daty.

[21.08.2011, HOTN]


.Muzyka.

          Kosmyki ciemnych włosów zawirowały wokół mojej twarzy, wyrwane ze splotów spinki, przez wiecznie niesforne zefiry. Szare oczy wpatrywały się w kamienny posąg, przedstawiający dumną klacz. Oczami wyobraźni widziałam jak jej przednie, uniesione kopyta poruszają się w majestatycznym tańcu. Gładka, kara sierść lśni w refleksach, rysujących się na silnych kończynach. Długa, zmierzwiona grzywa falowały na silnym wietrze, od którego załopotały właśnie poły mojej koszuli.
          Chłodny powiew świeżego powietrza był jak wiadro zimnej wody. Przywrócił mnie do rzeczywistości, wymazując iluzje stworzone w mojej głowie. Zdjęłam z ramienia torbę i rzuciłam ją bezwładnie na ziemię. Kucnęłam przy porośniętym mchem postumencie, na którym, jedna pod drugą, wyryte były daty. To właśnie ten wielki kawałek kamienia był celem mojej wizyty. Przejechałam opuszkami palców po wgłębieniach wyrytych w twardym materiale. Były tak znajome…
          Wydawszy z siebie ciche westchnienie wyjęłam ze skórzanego worka dwa przedmioty. Przyjrzałam się krytycznym okiem narzędziom znajdujących się w moich dłoniach. Nigdy wcześniej nie miałam okazji się nimi posługiwać.Posiadałam tylko mgliste pojęcie z zasłyszanych niegdyś historii i opowieści. Innym wyjściem z tej sytuacji byłoby posłużenie się magią, tak jak w przypadku powstawania rzeźby. Jednak chciałam wykonać tę pracę własnymi rękoma.
          Przyłożyłam dłuto, trzymane w lewej dłoni, do chropowatej powierzchni. Prawą, w której znajdował się młotek, zamachnęłam się i uderzyłam o płaską końcówkę. Zderzenie wywołało dźwięk, który poniósł się, echem odbijając się od pobliskich drzew.
          Nie czułam nic. Wszystkie emocje i myśli zepchnęłam w głąb siebie. Bezlitośnie, z całą siłą jaką dysponowałam, zdławiłam wszystkie uczucia, aż pozostała ze mną tylko nieprzyjemna świadomość mówiąca o ich obecności, gdzieś tam, na dole.
Nie czułam. Nic. Tak było prościej. Mniej bolało.
          Opuściłam zdrętwiałe od wysiłku ramiona i rozwarłam mocno zaciśnięte palce, pozwalając by trzymane przez nie narzędzia swobodnie potoczyły się na ziemię. Przyglądałam się koślawym cyfrom z niejaką dumą, a zarazem żalem, że tylko tyle potrafię stworzyć. Ale to nie miało znaczenia. Daty zostały uzupełnione.
          Zamknęłam na moment oczy, rozkoszując się przytulnym mrokiem, który ogarnął mnie na te kilka chwil. Kiedy ponownie uniosłam powieki patrzyłam na nagrobki znajdujące się za kamienną figurą. Wstałam, otrzepując kolana z pyłu i ziemi. Podeszłam do nich, powoli stawiając kroki. Położyłam dłoń na najbliższym z nich, głęboko wdychając zatęchłe powietrze. Zrzuciłam kilka starych liści z jego popękanej powierzchni. Podążyłam dalej do trzeciego z kolei grobu. Tu, lata temu została pochowana Black Hollow, kiedy kłusownicy śmiertelnie ją postrzelili. Jednak jej ciało od dawna nie znajdowało się pod ziemią. Kara klacz została wskrzeszona i już od dawna chodziła swobodnie po Ziemi. Uniosłam głowę, odgarniając z twarzy włosy. W następnej mogile spoczywała Gold Fire. To dzięki niej misja Wybrańców dobiegła końca. Poświęciła swoje życie, by nam się powiodło. Wsparłam się obiema rękoma na płycie, obrośniętej pnączami. Zapatrzyłam się na chwilę, wbijając niewidomy wzrok w swoje czarne conversy. Myślami znajdowałam się daleko stąd. W innym czasie i miejscu.
          Wyprostowałam się. Podeszłam do posągu i usiadłam na prostokątnym cokole, kuląc się pomiędzy tylnymi nogami klaczy. Nogi podkurczyłam pod siebie, obejmując je ramionami. Odchyliłam głowę do tyłu, kierując spojrzenie ku ciemnemu, zachmurzonemu niebu. Dzisiejszej nocy nie pokazała się ani jedna gwiazda, która mogłaby rozświetlić mrok. Po moim policzku spłynęła łza. Tama zaczynała pękać. Zamrugałam powiekami, chcąc pozbyć się nadmiaru wilgoci, zmieniającej obrazy w rozmazaną plamę. Jednak na nic się to zdało. Zaraz za swą bliźniaczą siostrą ku ziemi pomknęły kolejne słone krople. Tama puściła.
          Oparłam brodę na kolanach. Wpatrywałam się tępo przed siebie. A łzy płynęły.