Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vendela. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vendela. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 listopada 2019

Ejże, gdzie cię niosą łapy? [I]

GRUDZIEŃ 2017

Venka ostatnimi czasy nie zaglądała zbyt często na polanę. Zbliżała się czasami bliżej, sprawdzając, czy ktoś się tam znajduje, jednak pozostawała poza otwartym obszarem, wędrując po leśnych okolicach. Przytłaczała ją ta rodzinna atmosfera oraz nierozwiązane dramaty. A Venka nie należała do miłośniczek rodzinnych spotkań. Może dlatego, że jej własna nie należała do najprzyjemniejszych. Teraz jednak, gdy zbliżała się pora świąteczna, coś ją tknęło. Zakopała worek z prezentami, mając nadzieję, wręczyć je później, po czym łapy powiodły ją na obrzeża lasu, i dalej, ku odległym terenom, skąd kilkanaście miesięcy temu przybyła do Stada Nocy.
***
Szybkie kroki rozbrzmiały na kamiennym bruku. Ven schowała twarz w zielonkawej chustce, kuląc głowę w ramionach. Mimo, że nie było śniegu, mróz przesiąkał aż do kości. Szła przez dłuższy moment, spoglądając jedynie pod nogi. Patrząc na popękaną klepkę, na porozrzucane pety, chwasty wyrastające z pomiędzy chodnikowych płytek. Tak znajomy widok. Odrzuciła teraz kaptur z głowy, rozglądając się dokoła. Nie było jej tu od niespełna roku, gdy w pośpiechu, pod wpływem impulsu opuściła miasto. A teraz wróciła. Co ją tu gnało? Może złapała ją świąteczna atmosfera. Nostalgia. Wyjęła ręce z kieszeni i zaczęła przeskakiwać z jednej płytki na drugą, tak by nie stanąć na żadnej z linii, aż dotarła do krawężnika. Rozłożyła szeroko ręce, by utrzymać równowagę i szła wzdłuż wąskiego pasma, balansując nad urwiskiem z rozżarzoną lawą, którą właśnie w jej głowie stał się uliczny asfalt. Przeszła jedną przecznicę, aż w końcu znudziła jej się ta zabawa. Zeskoczyła z krawężnika, rozglądając się dookoła, by zorientować się gdzie się znajdowała. Dopiero teraz poczuła, jak zmarzły jej palce. Mróz szczypał, w zaczerwienione od zimna nos i uszy. Było jeszcze wcześnie. Wokół panowała cisza. Zaledwie kilka osób ją minęło, mimo, że wędrowała między budynkami już co najmniej pół godziny. Podbiegła kawałek, chowając zmarznięte dłonie do kieszeni kurtki. Jej oddech formował białe obłoczki pary. Skręciła w bok, wchodząc w wąską, zacienioną alejkę. Parę metrów i znów wyszła na światło, a przed jej oczami wznosiła się stara kamienica. Jej dom. Przystanęła, wahając się przez chwilę. Zacisnęła usta, po czym szybkim krokiem przeszła przez ulicę i podeszła do wejściowych drzwi. Wstukała kod na ekranie klawiatury, a gdy usłyszała ciche bzyk, szarpnęła za klamkę. Trzeba było szarpać, inaczej by się nie otworzyły. Weszła na zacienioną klatkę, a drzwi zatrzasnęły się za nią z głuchym trzaskiem. Wbiegła po schodach na pierwsze piętro, na zakręcie robiąc szeroki ślizg, jedną ręką trzymając się poręczy. Stanęła przed drzwiami do mieszkania, ciężko oddychając. Słyszała głośne bicie własnego serca. Uniosła bladą dłoń - opuszki palców wciąż były zaczerwienione - i cicho zastukała. Cisza. Przełknęła ślinę, po czym nacisnęła klamkę. Było otwarte, właściwie mogła się tego spodziewać. I tak nie posiadali nic wartego kradzieży. Uchyliła drzwi i weszła do środka, cichutko je za sobą zamykając. Rozpięła kurtkę, przechodząc przez krótki przedpokój, do pokoju głównego. Z telewizora dochodziły jakieś niewyraźne głosy, transmisja co chwilę się przerywała i trzeszczała. Na podłodze i szafkach walały się stare naczynia, brudne ubrania i puste butelki. Niewiele się zmieniło. Jej matka leżała na zawalonej rzeczami kanapie. Wyglądała chyba jeszcze gorzej, niż jak ją ostatnim razem widziała. W dłoni trzymała nie do końca opróżnioną butelkę po jakimś piwie. Śmierdziało. Jak zwykle. Vela przeszła przez pokój, omijając walające się wszędzie rzeczy i podeszła do drzemiącej rodzicielki. Pochyliła się nad nią i szturchnęła ją lekko w ramię.
– Mamo – brak reakcji –  Mamo – tym razem powiedziała to głośniej, potrząsając ją za ramię mocniej. Kobieta zamruczała coś niewyraźnie, zmieniając pozycję. Butelka wypadła jej z dłoni.
– Mamo, obudź się. – Vela ponowiła próbę. Jej matka w końcu uniosła powieki, spoglądając na córkę z początku zaćmionym wzrokiem.
– C-co chcesz? – Podniosła się do pozycji siedzącej. Vela cofnęła się kawałek, spoglądając na nią niepewnie.
– Mamo, to ja, Vendela. – Znowu ten wzrok, jakby jej nie rozpoznawała. Ven uśmiechnęła się przyjaźnie, chcąc ją zachęcić, choć w serduszku poczuła delikatne kłucie.
–  Vela... – szepnęła kobieta, powoli chyba zaczynało coś do niej docierać. – Dziecko moje... –  Wyciągnęła w jej kierunku rękę, jednak zaraz ją opuściła. – Co ty tu robisz? Gdzieś ty była? - Jej głos znienacka stał się natarczywy karcący, aż Venka skuliła się w sobie. Pokręciła głową i zmusiła się do uśmiechu, znowu spoglądając na matkę.
– Wróciłam, mamo. Chciałam się z tobą przywitać, sprawdzić co u ciebie. – Jej głos tylko odrobinę zadrżał, jednak całkiem dobrze udało jej się udać pewność siebie. Na starszej kobiecie nie zrobiło to jednak wrażenia.
– Tyle miesięcy cię nie było! I teraz wracasz jakby nigdy nic. - Żachnęła się wściekle, widać było, że kotłowały się w niej emocje, mieszane jeszcze z pomrokiem alkoholu.
Ven jednak jakby nie usłyszała tych słów, ponieważ w tym momencie dostrzegła zielonkawo-fioletowe sińce znajdujące się na przedramieniu kobiety.
– Mamo... –  zaczęła, lecz nie było dane jej dokończyć zdania.
W tym momencie otworzyły się z trzaskiem drzwi w głębi mieszkania. Usłyszała donośny, męski głos.
– Co tu się dzieje?! - Do pokoju wszedł rosły chłopak, o ciemnych oczach.
Ven myślała, że były same. Cofnęła się gwałtownie na jego widok. Włosy miał w nieładzie, chyba dopiero co się obudził. Kiedy jego spojrzenie padło na dziewczynę, twarz wykrzywiła mu się we wściekłym grymasie.
– No proszę, kogo my tu mamy – wycedził przez zęby – Świat dał ci w kość i postanowiłaś wrócić? A gdzie ta szmata, z którą się szlajałaś?
Ven zacisnęła pięści, aż paznokcie wbiły jej się w skórę. Poczuła, jak łzy bólu i złości natychmiast napływają jej do oczu, ale nie było mowy, żeby miała się rozpłakać przed nim.
– A co ci do tego, skurwielu?! - wywarczała, nie mogąc powstrzymać się od przekleństwa - Lepiej powiedz co jej zrobiłeś? - Wyciągnęła rękę w stronę matki, która teraz kuliła się na kanapie.
Uniósł tylko brwi z głupkowatym uśmieszkiem.
– Mogła się lepiej zachowywać, to by nie oberwała.
W Ven się zagotowało. Jeszcze nigdy wcześniej pierwsza nie zaatakowała brata, jednak tym razem nie wytrzymała. Rzuciła się z pięściami w jego stronę. Jednak co ona mogła - ona, kruszyna, sto sześćdziesiąt centymetrów, przy mierzącym metr osiemdziesiąt, barczystym chłopaku. Nie miał oporów by podnieść na nią rękę. Dostała pięścią w twarz i poleciała w tył na ziemię, odruchowo kuląc się w sobie i zmieniając postać na zwierzęcą. Widząc to, Marten również się zmienił. Jako pies, był od niej również dwa razy większy. Rzucił się w jej stronę, dokładnie w momencie, gdy udało jej się wyplątać z własnych ubrań. Szamotanina trwała tylko chwilę. Jego powarkiwania, jej piski i latające kupki biało-czarnej sierści. Ven odrzuciło, aż wylądowała pod jedną z szafek. Podniosła się dysząc ciężko, wszystko ją bolało. Wiedziała, że była to przegrana walka, nie miała szans z bratem. Podkuliła ogon i uszy i wycofała się, zanim znów zdążył ją dopaść. Czmychnęła szybko przez uchylone drzwi i wybiegła na podwórko tylnym wyjściem. Pobiegła wąskimi alejkami, kulejąc na jedną łapę. Przebiegła przez kolejne podwórko - całe szczęście nikt nadal nie naprawił dziur w ogrodzeniu - aż w końcu dotarła tam gdzie chciała. Stanęła pod drzwiami i podniosła łapkę. Zaskrobała pazurami o drewno. Nic, cisza. Oblizała nos i spuściła pysk. Zwinęła się na wycieraczce pod drzwiami, pochlipując cicho. Po jakimś czasie zasnęła.
***
Było zimno. Potwornie zimno. Śnieg delikatnie prószył, spadając ze skąpanego w ciemnościach nieba. W nocy budziła się co chwilę, niespokojnie rozglądając, gdy wybudzała się z nieprzyjemnych snów i koszmarów. Teraz jednak obudziło ją delikatne pchnięcie w grzbiet. Musiał być już ranek, chociaż słońce wciąż jeszcze nie wzeszło na firmament. Podniosła łebek. Zza futryny wychylała się kobieta w szlafroku. Z początku nieco zdziwiona, ale zaraz na jej ustach pojawił się ciepły uśmiech. Ven podniosła się z ziemi i odsunęła kawałek. Ciemnowłosa otworzyła szerzej drzwi i wpuściła psowatą do środka. Weszła na zesztywniałych z zimna kończynach, czując jak ciepło przyjemnie rozlewa się po jej członkach. Kobieta na razie nic nie mówiła. Przeszła do kuchni, by nastawić wodę na herbatę. Wskazała jej dłonią na drzwi do łazienki. Vel nie trzeba było namawiać. Szybko podbiegła do pomieszczenia i zmieniła się na powrót w człowieka. Weszła pod prysznic, odkręcając gałkę z gorącą wodą. Pozwoliła by ciepły strumień obmył jej zziębnięte i obolałe ciało. W kilka minut później para wodna wypełniła całe pomieszczenie. Kiedy w końcu wychynęła zza zasłonki, na pralce czekały na nią suche ubrania. Wcisnęła się szybko w spodnie i koszulkę i zarzuciła na siebie bluzę. Przeszła boso do kuchni. Była pusta, jednak czekała na nią gorąca herbata oraz jajecznica z chlebem. Dziękując w myślach gospodyni za przemyślność, zasiadła do stołu i zabrała się do pałaszowania. Gdy kobieta wróciła, Venka siedziała już z kubkiem w dłoniach, chuchając na parująca ciecz. Abelie była piękna, jej rysy twarzy za każdym razem na nowo zachwycały Ven. Duże, orzechowe oczy, okalane kurtyną czarnych rzęs oraz opadające na ramiona hebanowe pukle, błyszczących włosów. Jej zwierzęca forma - kotka o sierści równie czarnej jak jej włosy - była równie piękna, jednak Vel rzadko kiedy miała okazję ją w niej widywać. Kobieta była już ubrana. Nalała sobie kawy i usiadła przy stole, na przeciwko dziewczyny. Na jej ustach błąkał się tajemniczy uśmiech. Vel podciągnęła nogi do siebie, opierając stopy o krawędź siedzenia. Siorbnęła łyk herbaty, łypiąc na Abelie spod krótkich kosmyków wciąż mokrych włosów. Przeczuwała, że zaraz nadejdą pytania.

[...]

czwartek, 11 maja 2017

Gdzie jesteś biedronko?

Forever isn't for everyone
Is forever for you
It sounds like settling down or giving up
But it don't sound much like you girl


     Puszyste białe obłoki zasnuwały kobaltową połać nieba, sunąc wśród przestworzy, gnane figlarnymi podmuchami wiatru. Ciepłe promienie słoneczne wyzierały zza pierzastych baranów, zsyłając na świat życiodajny blask, budząc przyrodę z długiej zimowej stagnacji. Czując pierwotny zew wiosny, z norek, dziupli i kryjówek leśnych wymykały się zwierzęta wszelkich maści i wielkości. Ptaki rozpoczynały swe dźwięczne trele, a wiewiórki ganiały się po drzewach, przeskakując z gałęzi na gałąź, z których już zaczynały wyrastać młode pączki, zapowiadające pachnące kwiatami majowe dni.
     Oddech wiekowej puszczy zionął wilgocią i chłodem, zatęchłym powietrzem, które znało czasy mitów i legend. Chłonąc dźwięki, promienie, chronił i koił, dając zmysłom ulgę, pozwalając na samotne wyprawy. Wśród cieni i listowia na chudych kończynach, przemierzała nieznane ścieżki mała istotka. Sierść choć biała, cała była umorusana błotem; uszy duże, nietoperze, odcinające się czernią, skakały w takt jej żywych kroków, kiedy błądząc wśród nieznanego, lawirowała między drzewami. Nos przy ziemi, czujnie chłonąc zewsząd wonie, prowadził właścicielkę serpentynami - za krzakiem, ku pieczarze, to znów prosto w ptaków chmarę.
     Vela wybiegła z lasu, goniona odgłosem trzepoczących skrzydeł. Niemal straciła równowagę na zdradziecko śliskim kamieniu. Utrzymała się jednak na nogach i niczym zając przebiegła przez łąkę, wyskakując wysoko w powietrze, by widzieć coś nad wysokimi trawami. Jej uszy latały przy tym jak ptasie skrzydła, a jasne tęczówki skryły się pod rozszerzonymi źrenicami, które wypatrywały dalszej ścieżki. Nagle niebem wstrząsnął grzmot. Samka struchlała i skuliła się przy ziemi, a z Lasu, który właśnie opuściła zerwało się duże stado ptaków. Ciemna chmura przefrunęła nad jej głową, wydając z siebie mroczne krakanie, zwiastując nadciągającą burzę. Zaraz potem na odległym horyzoncie dostrzegła jasną smugę błyskawicy.
     Nie czekając dłużej pobiegła dalej przez łąkę, wydostała się z trawiastego muru i ruszyła w losowo obranym kierunku. Musiała znaleźć kryjówkę, nim dopadnie ją deszcz. Nie miała jednak pojęcia gdzie zmierza - postanowiła zdać się na los. Powietrze zdawało się zamarłe, cisza zaległa w dolinie, ostatnie sylwetki ptaki frunęły nisko na niebie, szukając sobie schronienia. Tymczasem chuderlawe ciało samicy wspinało się na wysokie wzgórze. Zastanawiała się czy może natrafi na jakąś jaskinię, jednak zawiodła się, docierając na szczyt. Nic tu nie było. Jedynie kilka drzew i krzewów. Podeszła bliżej skarpy, gdzie ziemia nagle się zapadała, tworząc stromy klif. Ze zdziwieniem rozejrzała się wokół. Nie spodziewała się, że mogła w tak krótkim czasie wspiąć się tak wysoko. Rozciągający się przed nią widok zapierał dech w piersi. Po raz pierwszy widziała tereny Stada Nocy z tej perspektywy. Miała pod sobą polanę oraz przylegające do niej jezioro. Za nimi szerokie połacie Lasu Śmierci, w którym serpentami wiła się połyskująca w świetle rzeka. Jeszcze dalej we mgle majaczyły szczyty gór.
     Biała samka opadła ciężko na ziemię, wbijając kurz w powietrze. Trawa miękko się pod nią ugięła, tworząc przyjemne leże. Trafiła tu niedawno, zdążyło się jednak wiele wydarzyć. Poznała Kudłacza, piękną Dalię, Skrzydlatą, tajemniczą samicę, która nazwała ją Skaczącą oraz wielu wielu innych. Przybywając tu, nie spodziewała się tylu przygód. Zastanawiała się jednak co dalej? Czy powinna tu zostać? Czy ruszać dalej? Miała odnaleźć szczęście, przyjaciół. Ale czy było to właściwe miejsce? Nie wiedziała.
     Westchnęła cicho i podniosła się z ziemi. W tym momencie uderzył w nią silny podmuch wiatru, przynosząc ze sobą orzeźwiającą woń burzy oraz chłodne powietrze. Światem znów wstrząsnął grzmot, goniony światłem błyskawicy. Niebo już dawno zasnuła stalowoszara połać chmur. Biała poczuła na pysku i grzbiecie drobne uderzenia kropel deszczu. Najpierw kilka pojedynczych, delikatnych, zaraz jednak dołączyły do nich inne, a ich liczba zwiększała się z każdą chwilą. Skoczyła z miejsca i szybko pobiegła w dół wzgórza. Chude łapy szybko przemierzały las, aż w końcu natrafiła na jaskinie. Szczęściem było, że udało jej się do nich trafić, bowiem wciąż nie spamiętała wszystkich ścieżek. Wskoczyła do pierwszego otworu i zaszyła się pod jedną z półek skalnych, zwijając się w mały kłębek. Przymknęła ślepia, wsłuchując się w monotonny szum deszczu. Wkrótce jej oddech się wyrównał, a samka odpłynęła w płytki, spokojny sen.
_________________________________
Tytuł dla zmyłki. <3 Takie o niczym, bo zaczęłam pisać w kwietniu z pomysłem, a teraz wróciłam do tego już bez pomysłu.

sobota, 25 marca 2017

Goniąc dwa króliki, nie złapiesz żadnego.

What's been happening in your world?
What have you been up to?
I heard that you fell in love
Or near enough
I gotta tell you the truth

Bam!
- Mam cię! - Krzyknęła podekscytowana. Jęzor wywalony, ślepia ożywione, ogon wysoko w górze. - O, cholera, jednak nie. - Zapatrzyła się na własne łapy i pustą ziemię pod nimi. Usłyszała trzepot skrzydeł. Poderwała łeb, by zdążyć jeszcze zobaczyć długi ogon odlatującej sroki.
- Nosz kurka wodna. - Warknęła, przewracając się na grzbiet z głuchym łupnięciem. Wielkie uszy leżały po dwóch stronach czaszki, upodobniając ją do nietoperza. Kłapnęła szczękami na przelatującego koło jej nosa motyla. Aż dziw, że jakiś się pojawił tak wczesną porą. Spojrzała w niebo.
Jedna chmura. Druga chmura. Trzecia chmura... Czwarta chmura.... O! Ta wygląda jak lody. Zjadłabym lody... Pistacjowe z posypką i czekoladową polewą.... Mhrrr...
- A! Co to było?! - Zerwała się gwałtownie na równe nogi, robiąc przy tym efektowny piruet. Jakimś cudem udało jej się przy tym nie zabić.
Podbiegła do najbliższego kamienia, wskoczyła na niego i wyprężyła grzbiet, podnosząc wysoko głowę.. Jasne ślepka przeczesywały teren, Była pewna, że coś zobaczyła. Coś małego, co się ruszało. I można było gonić. A Vela była głodna. I w dodatku potwornie znudzona.
Aaargh! Zawyła bezgłośnie w myślach. Nic nie było widać. Zeskoczyła z kamulca i przytknęła nos do ziemi. Zaczęła węszyć. Krążyła dookoła, wdychając zapach ściółki. Napotykała na przeróżne wonie, jednak w gruncie rzeczy, nie wiedziała nawet czego szuka. Jak igła w stogu siana.
Posadziła cielsko na glebie. Ogon z frustracją szurał po ziemi. Myślała. Tak, zdarzało jej się to czasem, chociaż rzadko kiedy prowadziło do czegoś dobrego. W tej chwili, na szczęście nie udało jej się wpaść na nic ryzykownego.
Wróciła do poprzedniego miejsca i z premedytacją znów zaległa na grzbiecie. Chmury nadal wyglądały smakowicie. Tym razem jedna z nich wyglądała jak biały puszysty królik, który wystawał zza korony drzew, zupełnie jakby wyskakiwał właśnie z krzaków jeżyny.
- Aa! - Znów się poderwała. - To był królik! - Oznajmiła w przestrzeń z satysfakcją i w tym momencie znów dostrzegła kątem oka jakiś ruch. Rzuciła się w tamtym kierunku, przeskakując przez zarośla i prawie zaliczając glebę przez zdradziecki korzeń, który ją zaatakował. Z trudem pozbierała chude kończyny i pełnym biegiem ruszyła w pogoń za... Chwila, chwila, gdzie jest ten parszywiec? Zahamowała raptownie, ryjąc pazurami w ściółce. Znów go zgubiła. Rozglądała się gwałtownie, nie wiedząc co robić. Nie zamierzała się jeszcze poddawać, to pewne. Poszła dalej, zagłębiając się w nieznany las.

***
Po kilkunastu minutach wędrówki nagle coś przykuło jej uwagę. Zwolniła, stawiając uszy na sztorc. Podniosła lewą łapkę, węsząc w powietrzu. Odwróciła się powoli i oblizała pysk. Nadal węsząc, ruszyła za tropem, lawirując pomiędzy drzewami.
- O. - Zatrzymała się gwałtownie, kiedy jej nos odbił się od czegoś sprężystego. Odsunęła się nieznacznie i przysiadła na ogonie, spoglądając na zjawisko zaintrygowana. Przechyliła łeb na bok, najwyraźniej przeprowadzając jakieś intensywne procesy myślowe. Grzyb rzeczywiście wyglądał nietypowo. Wyrastał tuż przy podstawie drzewa, a fakturą i wielkością przypominał coś w rodzaju mózgu. Bardzo powoli Vena zaczęła obniżać pysk, wciąż intensywnie wpatrując się w dziwoląga. Zmarszczyła nos, nadal nie będąc w stanie się obeznać z nietypowym zapachem. Wysunęła przez kły różowy język, na początku z lekkim wahaniem. Musiała jeszcze minąć chwilka, no, może z dziesięć sekund, nim Vel w końcu się w sobie zebrała i liznęła grzyba.
- Bleeeh. - Parsknęła z obrzydzeniem i zaczęła mlaskać ozorem, próbując pozbyć gorzkiego posmaku. Poczuła pod łapkami drżenie ziemi. Obróciła się, a świat wokół zawirował. W oddali widziała szarżującą sylwetkę smoczego potwora. Oh niee... A co jeśli to paskudztwo było trujące? Umrę! Nie chcę umierać. Jestem za młoda by umierać. Czy to już naprawdę koniec? Ratu- Potok myśli przerwał nagły napływ olśnienia. Oh. Przestała kręcić się w kółko i z wciąż wystającym z pyszczka językiem spojrzała wielkimi jak spodki oczyma w stronę nieustająco powiększającej się plamy. W jej kierunku żwawym kłusem zmierzał rosłych rozmiarów odyniec. Małe czarne paciorki oczu łypały wściekle na wszystkie strony. Ciało pokrywała gęsta ciemna szczecina, a z ryja wystawały potężne, ostro zakończone szable. Dostrzegając sylwetkę psowatej przyspieszył niespodziewanie, najwyraźniej czymś rozwścieczony. Vela nie czekała dłużej. Zerwała się z miejsca i uskoczyła w bok. Przebiegła zwinnie pod kłodą i dalej, niczym dorodna sarna, przemykając pomiędzy krzewinami. Nadal słyszała głuchy tętent racic i głośny trzask gałęzi, przez które dzik przedzierał się niczym taran. Nie miała czasu by się oglądać. Biegła ile sił w chudych łapkach, serce biło jej jak szalone, a oddech znacząco się pogłębił. Gdy myślała, że już dłużej nie da rady, nagle wypadła z zarośli na otwartą przestrzeń, tracąc grunt pod nogami. Przez ułamek sekundy życie stanęło jej przed oczami, nim z całym rozpędem wpadła prosto w rzeczne odmęty. Czuła jak lodowata woda wdziera jej się przemocą do płuc. Zacisnęła powieki i zaczęła wiosłować kończynami, pracować całym ciałem, byle tylko wypłynąć na powierzchnie. Biały pysk wynurzył się z czarnej toni i samka zaczerpnęła gwałtownie powietrza, jednocześnie krztusząc się pozostałością cieczy w płucach. Całe szczęście rzeka nie miała rwącego nurtu, więc kiedy udało jej się uspokoić oddech, zdołała już spokojnie dopłynąć do przeciwległego brzegu. Wygramoliła się na suchy ląd i gwałtownie się otrzepała, posyłając dokoła girlandy jasnych kropel. Oblizała nerwowo pysk, spoglądając za siebie. Po napastniku nie było już żadnego śladu. Zażegnawszy niebezpieczeństwo postanowiła ruszyć dalej.

***
Słońce już zachodziło, rzucając na świat długie głębokie cienie. Łapy samicy człapały jedna za drugą w monotonnym rytmie. Zaczynało zmierzchać. Vena nuciła pod nosem słowa piosenki, które niegdyś utkwiły jej w głowie. All your lonely sons and daughters, stepping to the raging waters. Let them swallow you forever, silencing your beating heart... Nim się zorientowała zrobiło się kompletnie ciemno. Nie, żeby się tym jakoś specjalnie przejęła. Choć z początku noce poza miastem ją przerażały, w czasie wędrówki szybko do nich przywykła. Ziewnęła z cichym mlaskiem. Oczy jej się kleiły, robiła się senna. Dawno już zapomniała jaki był cel jej małej wyprawy.
Nagle poczuła jak grunt umyka jej spod łap. Natychmiast się rozbudziła, otwierając szeroko ślepia.
- O nienienienie - W panice próbowała jeszcze przebierać kończynami, jednak na próżno. Zleciała łeb na szyję. Biała kupka sierści przeleciała przez krzaki, lądując po środku niewielkiej polanki. Zmęczona i poobijana nie dała już dłużej rady, ujrzała jeszcze gwiazdy wirujące nad jej głową, nim straciła przytomność.

***
Niewielka, zacieniona polanka okalana była wieńcem z bujnych koron drzew. Pomiędzy konarami przemykały świetliste promienie życia. Małe stworzonka bytujące wśród plątaniny gałęzi i bluszczu. Jasnożółty ptaszek, zerwał się z miejsca i trzepocząc szaleńczo skrzydełkami przefrunął na sąsiedni pień. W sercu zielonego okręgu, na miękkim dywanie z mchu, leżała mała, potłuczona istotka. Wyglądała jak konający rozbitek, wyrzucony na brzeg przystani ocalenia. Sierść brudna i posklejana błotem. Na łapach i pysku widoczne liczne zadrapania i otarcia. Poszarpana chusta na szyi przesunęła się, odsłaniając wiszący pod nią srebrny łańcuszek. Zakończony był metalową blaszką, na której niewprawną ręką wyryte było czyjeś imię. Czarny nos drgnął, kiedy milimetry od niego zamachał skrzydełkami motyl. Odfrunął zaraz, by w swym wirującym tańcu, przemierzać znany sobie świat od jednego kwietnego kielicha ku następnemu. Samka uchyliła niemrawo ślepię. Jej jasno spiżowa tęczówka zetknęła się oko w oko z czyimś mlecznobiałym, marszczącym się co chwila, noskiem. Podniosła łeb, spoglądając sennie na otoczenie. Zarówno po niej, jak i wszędzie wokoło, wesoło kicały śnieżyste króliki. Ich mięciutkie, aksamitne futerka łaskotały ją w poduszki łap, kiedy przemieszczały się w podskokach by skubać soczyście zieloną trawę. Vendela spoglądała na to wszystko nieprzytomnym wzrokiem. Powiodła ślipiami ku siedzącego na jej łopatce osobnika.
- Panie króliku - jej głos był nieco bełkotliwy, jakby wciąż mówiła przez sen - jest panów za dużo. Nie mamy na stanie wystarczającej ilości Alicji. Muszą panowie ustawić się w kolejce. Zamawiam: Alicja z Krainy Czarów - raz.... - Ostatnie urywane słowa wymamrotała już ledwosłyszalnie. Jej głowa opadła na porośniętą bujną zielenią glebę i znów odpłynęła w niebyt.

***
Vena została rozbudzona przez cichy szelest. Trzepnęła łbem by pozbyć się sennych macek i rozejrzała się w poszukiwaniu hałasu.
- Ha! Tu jesteś skurczybyku! - Zawołała i skoczyła żwawo za szarakiem, który jak tylko usłyszał głośny odgłos, natychmiast czmychnął ku leśnym zaroślom. Samka bez namysłu pognała za nim, znikając w odmętach głuszy.

_______________________________________________________
Cytaty pochodzą z: Arctic Monkeys - Snap Out of it oraz The American Spirit - Sons & Daughters