[6.05.2012, HOTN]
„Należeli do tego rodzaju
istot nerwowych, wrażliwych, szlachetnych i kochających, które zdolne są
do największych poświęceń, ale które w życiu i zetknięciu się z jego
rzeczywistością mało znajdują szczęścia, dając naprzód więcej, niż mogą
otrzymać. Ten rodzaj ludzi ginie też zaraz i myślę, że jakiś dzisiejszy
naturalista mógłby powiedzieć o nich, że z góry są na śmierć skazani, bo
przychodzą na świat z wadą serca – za dużo kochają.” – Henryk Sienkiewicz
.Muzyka.
(Tekst.)
Ochrypłe krakanie rozdarło powietrze, a z pobliskiej gałęzi
z głośnym łomotem czarnych skrzydeł poderwała się wrona. Omen śmierci i
rozpaczy zatoczył pełne koło nad moją głową, spoglądając na świat
błyszczącymi, paciorkowatymi oczkami, w których czaiła się
niewypowiedziana tajemnica. Powiodłam spojrzeniem za posłannikiem
duchów, czując jak przez moje wątłe ciało przechodzi dreszcz. Z jaką
wieścią przybył do naszego świata?
Czarne kosmyki włosów
zawirowały na wietrze, który wzmagał się z każdą mijającą chwilą. Czułam
jak jego niematerialne opuszki palców przesuwają się delikatnie po moim
futrze, wirują wokół, by za chwilę pomknąć dalej, w przestworza.
Złote ślepia pociemniały, gdy umysł dopadły mroczne myśli, wspomnienia
przewijające się przed oczami. Martwe ciała i metaliczna woń śmierci,
jakby wszystko działo się znów od początku.
Prychnęłam,
wlepiając ponure spojrzenie w nieboskłon, śledząc spojrzeniem gwałtownie
formujące się cumulonimbusy. Czułam mrowienie na całym ciele. Wraz z
nadciągającą burzą nadchodziło coś mrocznego. Jakby czarne macki
ciemności postanowiły wyjrzeć ze swych kryjówek, by sponiewierać ten
świat akurat dzisiejszego dnia. Zbliżało się.
Zanurzona w
odmętach myśli nie zauważyłam od razu przysadzistej postaci, która
wyłoniła się spośród gnącego się na wichrze lasu. Jednak gdy w końcu ją
dostrzegłam, poczułam jak po moim grzbiecie przebiegły dreszcze. Serce
zabiło mocniej i w tym samym momencie gdzieś w oddali rozbrzmiał grzmot.
Z mojej gardzieli wydobył się cichy pomruk, niby echo
cichnącego już gromu. Wstałam, podchodząc do irbisicy o czekoladowych
rozetach. Przywitała mnie swoim firmowym, szelmowskim uśmiechem.
Odpowiedziałam tym samym, zaglądając w jasne, waniliowe ślepia, nie
mogłam jednak odgadnąć co się w nich kryje. Nim jednak zdołałam wydobyć z
siebie głos, spostrzegłam, że oczy samicy gwałtownie się rozszerzają,
wpatrując się w coś za moimi plecami. Wtedy to poczułam, mroczną
energia, kotłująca się nie dalej jak metr ode mnie.
Odskoczyłam jak oparzona, wlepiając ślepia w dziwne zjawisko. Iskrząca
się kula niezidentyfikowanej energii zawisła w powietrzu, a wokół niej
obracało się kilka opalizujących pierścieni. Patrząc na jej jaskrawą
biel, podobną do burzowych błyskawic, miało się wrażenie, że przestrzeń
wokół niej zakrzywia się, powoli ciemniejąc, jakby wchłaniała całe
otaczające ją życie.
Przeniosłam wzrok na kocicę,
zauważając w jej oczach błysk zrozumienia. Na jej pysku widniało
zafascynowanie, pomieszane z pewną dozą strachu i obawy. W
przeciwieństwie do mnie, zdawała się dokładnie wiedzieć co się dzieje.
Powiodłam za nią spojrzeniem kiedy powoli zbliżała się do skrzącej się
kuli. Odwróciła się na chwilę w moją stronę, spoglądając na mnie
łagodnymi, waniliowymi ślepiami, w których jednocześnie zastygło
zdecydowanie.
– Do zobaczenia po drugiej stronie, Al. – szepnęła i nim zdążyłam zareagować, skoczyła w jarzącą się kulę.
Krzyknęłyśmy w tym samym momencie. Dłoń Luny zacisnęła się na pustym
już powietrzu. Widziałam, jak z trudem powstrzymywała się, by nie ruszyć
za samicą, co i mnie przeszło przez myśl. Nie ruszyła się jednak,
wpatrzona w wirujące kształty. Nagle gwałtownie się wzdrygnęła,
najwyraźniej wytrącona z równowagi. Powiodłam za jej zatrwożonym
spojrzeniem, czując jak uginają się pode mną łapy.
Wypaczone kształty gięły się i wiły, migając nam przed oczami. Wycie,
zniekształconych tworów raniło nasze uszy, sprawiając, że cała się
skuliłam. Co rusz migał mi przed oczami zdeformowany obraz Aspeney,
walczącej z czarnymi cieniami.
Szamanka zaczęła szybko
wyrzucać z siebie słowa w nieznanym mi języku, wspomagając się przy tym
licznymi gestami. Widziałam pot, perlący się na jej skroniach, kiedy
próbowała wspomóc przyjaciółkę. Na jej twarzy widniała determinacja,
jednak miałam wrażenie, że jej wysiłki były znikome przy ogromie siły
jaką dysponowała kula.
Nagle błękitne oczy rozszerzyły się
gwałtownie, a twarz wykrzywiła się przerażeniem. Krzyknęła coś, co
brzmiało jak „Padnij!”, ale nim zdążyłam jakkolwiek zareagować nastąpił
wybuch. Najpierw zalała mnie jasna fala światła. Potem poczułam jak
jakaś potworna siła odrzuca mnie na kilkanaście metrów, posyłając na
pień drzewa.
Nastąpił głuchy trzask, po którym osunęłam
się na ziemię. Zawyłam bezsilnie, gdzieś na granicy świadomości dziwiąc
się, że nie straciłam jeszcze świadomości. Podźwignęłam się na łapy, z
trudem łapiąc płytkie oddechy, które powodowały połamane w kilku
miejscach żebra. Zachwiałam się, zaślepiona przez łzy. Pociemniało mi
przed oczami. Świat stanął do góry nogami, wirował, ale mnie już było
wszystko jedno.
Gdzieś w oddali rozbrzmiał szaleńczy
śmiech. A może to ja się śmiałam? Nieważne. Wszystko to było szalone,
obłąkane. Obłąkany, parszywy świat.
Nie, nie świat. Deszcz.
Obłąkany deszcz krwi. Czy nie brzmiało to śmiesznie? Ciężkie krople
krwi płynące ze ślepych oczu chmur. Czemu one płaczą? Niech płaczą.
Wszyscy płaczmy, bowiem utoniemy w morzu krwi. Obłąkany śmiech,
rozbrzmiewający pośród deszczu. Skąd tu się wziął deszcz?
Z nieba. Niebieski firmament zalewa się łzami, podczas gdy my płyniemy ku odmętom myśli. Czemu? Czemu płaczę…?
Nie, już nie płaczę, a wiruję w tańcu. Wiruję razem z szalonym światem,
jakbym znalazła się w niszczycielskim pędzie cyklonu. Długie, ciemne
włosy powiewają za mną niczym wstęgi krwi, a wokół płonie ogień,
rzucając na świat czerwoną łunę. Gdzieś w dole trzasnęła błyskawica, a
niczemu winne drzewo zdawało się unosić w górę, coraz wyżej, aż… Padło
na ziemię by zgnić i gnić w nieskończoność w odmętach cierpienia.
Nie było pytań. Nie było pożegnań. Może i lepiej. Teraz mogłam już tylko biec.
Luna przebudziła się z cichutkim jękiem. Jednostajny szum
deszczu łagodził łomoczący w jej uszach huk. Chłodził obolałe ciało,
przynosił ukojenie, ale zarazem melancholię. Lodowate krople spływały po
jej bladej skórze, płynęły z ciemnego nieboskłonu, uderzając o popękaną
glebę, by rozbić się na miliardy błyszczących drobin.
Dziewczyna rozejrzała się po pobojowisku, uważnie śledząc spojrzeniem
przeoraną przez wybuch ziemię. Rozciągał się przed nią żałosny widok.
Tam, gdzie wcześniej rosła zielona, bujna trawa, teraz widniała jedynie
goła ziemia i martwe rośliny.
Brunetka otarła wierzchem
dłoni krew, płynącą z rozciętej wargi. Z trudem podniosła się na równe
nogi, jej ruchy były sztywne, pozbawione wcześniejszej gracji. Powoli,
ostrożnie stawiając kroki szła, przez spustoszoną dolinę. W pewnym
momencie zamarła i czując jak nagle opuszczają ją siły, opadła na
kolana.
Nachyliła się nad martwym ciałem irbisicy,
delikatnie pogładziła ją po zmatowiałym futrze. Nie próbowała nawet
powstrzymywać łez, które wzbierały w jej jasnych, błękitnych oczach.
– As… As? As! – Wydarła się i pochyliła nad nią. – Dlaczego? Dlaczego
to zrobiłaś? – Wydusiła, przytulając czołem do jej martwego ciała. –
Uratowałaś Nas, ale za jaką cenę…
Nim słowa zdążyły
przebrzmieć w czającej się dokoła pustce, ciało samicy zaczęło się
rozpadać w drobny pył. Drobiny uniosły się na wietrze, unoszona przez
niematerialne duchy powietrza, ku wzburzonemu firmamentowi, ginąc wśród
pierzastych, burzowych chmur. Już po chwili po Ghotevence pozostały
jedynie wspomnienia…
***
Z oddali można było dostrzec biegnącą przez las, wysoką
dziewczynę. Jej szczupła sylwetka migała pomiędzy drzewami, ciężkie od
wody włosy przyklejały się do twarzy i pleców.
Jej blada
twarz pozbawiona była wyrazu. Szare oczy pociemniały, jakby zawisła nad
nimi chmura burzowa. Mokre ślady łez na policzkach ginęły wśród
mroźnych, deszczowych kropel.
Biegła na oślep, klucząc w
ciemnym labiryncie lasu. Jej stopy wybijały stały rytm, uderzając o
miękką, przesiąkniętą wodą glebę. Gałęzie smagały ją boleśnie po
odkrytych ramionach, jednakże zdawała się nawet tego nie zauważać.
Wybiegła z puszczy na otwartą przestrzeń, przenosząc nogi na
kamienistą, twardą powierzchnię. Przez nic już nie zatrzymywana,
przyspieszyła, niby lecąc na rozpostartych skrzydłach.
Ostatnie parę kroków pokonała rekordowym pędem. Odbiła się od
skalistego klifu i skoczyła, wyciągając ręce nad głową, podczas gdy jej
ciało zatoczyło w powietrzu łagodny łuk.
I rzeczywiście leciała. Leciała, jakby miała prawdziwe skrzydła. Leciała…
***
Z lodowatej toni jeziora wyłoniła się sylwetka drobnej
samicy. Jej szczupłe ciało drżało delikatnie, a z przemoczonego futra,
kapały kropelki mroźnej cieczy. Gwałtowne podmuchy porywistego wiatru,
beznamiętnie chłostały jej drobną figurę, ciskając mokre włosy na
wszystkie strony.
Samica podniosła smukła głowę, a jej
zimne, ponure spojrzenie padło na ginące w oddali wzgórze, skąd unosił
się dym dogasającego pożaru.
Złoto jej ślepi zdawało się
być zamarznięte, stanowiło skorupę, pod którą kotłował się wzburzony
ocean myśli. Miotające się uczucia kuliły się głęboko w jej wnętrzu,
podrygując ze zdenerwowania.
Ponad tym wszystkim kołatała się tylko jedna myśl:
„Obiecałaś zostać, aż do końca…”.