poniedziałek, 3 grudnia 2012

.

( Możecie sobie od razu przewinąć do... 1:30. )


Zatrzymała się na skraju lasu, czując pod łapami wilgotny mech, którego zapach unosił się dokoła. Drobne dreszcze przemknęły przez jej ciało, wprawiając w nastrój niepewności. Towarzyszyły jej odkąd przekroczyła granice Stada Marzeń… mimo, że już od dawna zatarte przez czas, dla niej wciąż tak dobrze znane. Chłodny wiatr zaszeleścił liśćmi dokoła, porywając je na parę chwil do tańca, by zaraz potem przeskoczyć ku ciemnym kosmykom włosów, posyłając je w chaotyczny wir.
Srebrzyste światło Księżyca spowijało okolicę szepczącym tajemnice całunem bieli. Uniosła wzrok na tarczę w pełni, iskrzącą się jasno na niebie, wymalowanym czarnym atramentem. Spozierała na świat zza pierzastej przesłony chmur, niczym oko wszystkowiedzącego.
Mały obłoczek pary wydobył się z na wpół uchylonego pyska, kiedy wyrwało się jej krótkie westchnienie. Przeniosła złociste spojrzenie ze smolistego firmamentu, na rozciągającą się przed nią rozległą polanę, do której bezwiednie przywiodły ją łapy.
Kamienne nagrobki, wystające ze zmurszałej ziemi, niczym samotne pieńki powalonych drzew, wyglądały niemal żałośnie… Jednakże kiedy wpatrywało się w nie dłużej, można było dostrzec znacznie więcej.
Delikatna plątanina pęknięć przypominała w swym wyglądzie misterną sieć pajęczą, której piękno nie mogło się równać z największymi dziełami. Przykryte przemokniętym dywanem zbutwiałych liści, zdawały wrażenie zapomnianych przez świat. Jednakże ich intensywny zapach, który wdzierał się niemal siłą do nozdrzy przypominał o rzeczywistości tego miejsca. Obraz ten wieńczyły starannie wyryte imiona, które wciąż można było rozczytać mimo zatartych przez czas liter.
Groby spowite tajemnicą, egzystujące w samotności, na pograniczu życia i śmierci, pieczętujące sekrety po wsze czasy.
Oraz towarzysząca im nieprzebita cisza…

Zmącił ją cichy szelest, stawianych przez samicę powolnych kroków. Z ciężkim sercem powiodła wzrokiem po nagrobkach. Wiele z nich skrywało pustkę, gdy z duszą odchodziło także ciało. Jedna tylko płyta pęknięta była na pół, przypominając, że leżąca pod ziemią powróciła do świata żywych. Na trzech z nich, wciąż leżały róże, o płatkach niegdyś białych jak śnieg. Teraz wysuszone i pomarszczone niczym wiekowi staruszkowie, zdawały się pełnić rolę odmierzającej czas klepsydry. Ponad nimi, na wzgórzu, znajdował się posąg, czuwający nad duszami zbłąkanych, górujący nad przybyszami, niczym strażnik świętobliwego miejsca.
Nim uniosła wzrok, zmuszona była do wzięcia paru oddechów, by mroźne, nocne powietrze orzeźwiło jej umysł. Przeniosła spojrzenie złotych ślepi na postument, na którym wyryte były, niektóre także jej ręką, najważniejsze daty w historii Dzieci Nocy, po czym jej wzrok z wolna powędrował wyżej.

Wiatr zawył przeraźliwie, ze świstem przedzierając się przez gęste leśne zarośla. Wyskoczył z dziką furią na polanę,porywając z cmentarzyska zżółkłe liście, przy czym niemal zwalając mnie z nóg.
Chwiejąc się na miękkich łapach, nie była wstanie oderwać płonącego wzroku od tej niezwykłej sylwetki, a we wnętrzu czuła rosnącą bojaźń.
Silne nogi, zakończone masywnymi kopytami, tańczące w powietrzu, w niesamowitym pokazie siły. Rysujące się pod lśniącą sierścią mięśnie i żyły, których sama struktura mogła zachwycić nieziemskim pięknem. Wirujące na wietrze kara grzywa i długi ogon, tańczące niby wśród huraganu. Majestat płynący od stojącej dęba klaczy uderzył we mnie z całą siłą, a wyzierające spod grzywki kamienne spojrzenie, zdawało się świdrować mnie z dotkliwą przenikliwością.
Przez krótką chwilę doznała wrażenia, jakby stała przede nią sama Pani Śmierci. Skuliłam się gwałtownie, czując się jakby spadł na mnie rzęsisty grad. Mroźny wicher targał brązowe futro, nie dając samicy nawet chwili wytchnienia, podczas gdy przez jej głowę mknęło tysiąc myśli naraz. Urywany oddech wydał mi się nagle niespodziewanie głośny, konkurując na przemian z dudniącym biciem serca.
Niemal czuła mrożące krew w żyłach, czarne macki ciemności, czyhające tylko na okazję by zaciągnąć jej kruche ciało w nicość.


(...) Ciąg dalszy zjadł zły wilk.


Jaki z tego morał? Żaden.
Zapomniałam jak się pisze. Jak z resztą widać.
Jestem do niczego. wytrzymałam  marne dwa miesiące.
Nie, nie wracam do stada.
A morał miał być, tylko zgubił się po drodze.
I przepraszam za zaśmiecanie bloga notkami o bezsensownej treści.

piątek, 3 sierpnia 2012

Przybysz.



[3 sierpnia 2012, HOTN]


          Ciemnobrązowa samica wyłoniła się z gęstwiny lasu, tuż obok swojego ulubionego drzewa. Usiadła pod nim, kładąc po sobie uszy i strosząc sierść na grzbiecie. Trudno było stwierdzić w jakim była humorze. Ogarnęła pobieżnym spojrzeniem polanę, po czym skinęła nieznacznie głową i wymruczała ciche powitanie.
          Podczas gdy inne zwierzęta toczyły leniwe rozmowy ona położyła się, zwijając się w kłębek i nim zauważyła zapadła w płytki sen.
          Po kilkunastu minutach nagle strzygnęła uchem, by chwilę potem uchylić powieki i podnieść łeb. Jej długie uszy znów powędrowały do tyłu. Ciemnobrązowa wpatrywała się w powietrze przed sobą. Nie odrywając wzroku od niewidzialnego punktu uniosła się do pozycji siedzącej. Jej ogon zamiatał nerwowo po ziemi, a sierść na grzbiecie samicy mimowolnie się nastroszyła. Wstała, drepcząc nerwowo w miejscu, by w końcu fuknąć z frustracją i odejść na kilka metrów. Z cichym pomrukiem niezadowolenia położyła się pod innym drzewem, tonąc w wysokiej na trzydzieści centymetrów trawie. Otuliła się swym puszystym ogonem i schowała w futrze smukły pysk, łypiąc od czasu do czasu w stronę miejsca skąd przed chwilą uciekła.
          Shun, ciemnoszary wilczur, przyglądał się ze zdziwieniem samicy po czym podrapał się po głowie, jednak szybko uwagę jego odwróciła leniwie sunącą po niebie chmura o imponującym kształcie.
          Samica powoli zaczęła się uspokajać. Przemknęła spojrzeniem po zebranych stworzeniach na polanie, jednakże wyglądało na to, że nikt nie zauważył tego małego incydentu. Westchnęła cicho i ponownie wtuliła pysk w miękkie futro na ogonie.
          Tymczasem samica znów przysnęła. Wybudziła się z półsnu z niespokojnym pomrukiem. Marszcząc nos, otworzyła ślepia, odruchowo zerkając w stronę drażniącego ją niewidzialnego punktu, po czym jakby odetchnęła z ulgą. Westchnęła cicho i ponownie rozejrzała się po polanie, próbując zorientować się co się dzieje.
***
          Demonica kryła się w lesie, wpatrując się w skupieniu w zgromadzenie obejmujące całą polanę. Jej cichy oddech poruszał rytmicznie trawą przed jej nosem, gdy pochylała się nisko na łapach. Podchodziła do nich powoli, jakby polowała, choć było to zaledwie przyzwyczajenie. Nie wiedziała czy została zauważona. Ze względu na jej rozmiar wkrótce zostanie.
***
          Jej długie uszy, jak radary, wędrowały na boki, co chwila zmieniając położenie, wychwytując ciche szelesty, trzaski, odgłosy lasy i ledwie słyszalne kroki. Z drugiej strony, wiejący wprost w jej stronę wiatr przywiewał znajomy zapach szarej wilczycy.
***
          Coraz bardziej zbliżała się do polany, by w końcu jej zawalista, mimo, że wychudzona sylwetka stała się widoczna. Puste oczodoły zdawały się wpatrywać w każdego z osobna jednocześnie. Nie dało się przegapić demona, który znalazł się w okolicy najgęstszych drzew, nie zlewając się jednak z mrokiem tam panującym.
***
          Szera siedziała w krzakach obserwując  z ukrycia zebranych na polanie. Zastrzygła lekko uchem. Spojrzenie jej jasnych ślepi zatrzymało się na brązowej. Patrzyła na Nią przez dłuższy czas, jakby coś w sylwetce wilczycy jej nie pasowało. Z zamyślenie wyrwała ja obecność dwóch towarzyszy.
***
          Poprzez wysokie źdźbła traw, wychwyciła odległe spojrzenie szarej. Przez kilka długich sekund wpatrywała się w jej matowe ślepia, potem samica odwróciła łeb, rozkojarzona przez coś innego.
          W tym momencie Shun zwrócił swój wzrok w stronę Aldieb. -
          – Wszystko w porządku ?
          – Czemu miałoby nie być? – Jej przenikliwy wzrok pomknął w stronę wilka. Tymczasem uszy, wciąż nasłuchiwały. Już czuła, że olbrzymia istota jest na krawędzi polany. Przez grzeczność jednak, skupiła wpierw swoją uwagę na samcu.
          – Zachowujesz się… dziwnie ? – Powiedział wilczur niepewnie.
          – Dziwnie? – Powtórzyła, marszcząc nos.- Nie rozumiem, co masz na myśli.
          – Sam nie wiem… może to po prostu moja wyobraźnia ? Wrócę do śmiania się jak debil z chmur. – Spojrzał na niebo. – Heeeeeej, moje chmury uciekły.
***
          Miarowy oddech. Czerwone płomyki w czaszce wbite prosto w Ciebie. Cielsko zaczęło się wycofywać. Powoli. W mrok. Zapachy obecnych zwierząt mieszały się ze sobą, w chaotycznej kotłowaninie. Długi jęzor wysunął się powoli z kościanego pyska i również posmakował powietrza, jakby chcąc zbadać dokładniej zapach stworzeń. Gruba, czarna sierść zjeżyła się lekko. Nadal nie wiedziała czy została zauważona. Wszak była pewna, że na całej polanie czuć już jej cmentarny, mdło słodki zapach. Zaczęła wycofywać się coraz bardziej w las.
***
          Nie mogła dłużej już czekać. Całą sobą czując nieprzyjazną aurę przybysza odwróciła się w jego stronę z nieprzyjemnym warkotem. Drażniący zapach, który czuła od dłuższego czasu teraz stał się bardziej gwałtowny, wnikając głęboko w jej nozdrza. Jej spojrzenie pomknęło ku ścianie drzew, jednakże nic nie zauważyła. Czuła, że coś przegapiła. Przez uprzejmość. Jakie to głupie.
          Zmrużyła lekko ślepia i po długich, ciągnących się w nieskończoność sekundach odwróciła się ponownie do Shuna. – Cóż. Może. – Odparła, jakby ich rozmowa nie została przed chwilą tak brutalnie przerwana.
***
          Cichy trzask łamanych gałązek dał znać o zbliżającej się postaci. Wątły cień zamajaczył pomiędzy grubymi pniami drzew. Po chwili w mroku wieczoru błysły ślepia, a zaraz potem ukazał się zarys sylwetki. Można było wywnioskować, że zbliżająca się postać jest wysoka, ale wyjątkowo chuda. Wilczyca zatrzymała się nagle, obserwując zebranych. – I znowu tutaj. – Mruknęła pod nosem, wystawiając wężowy język.- Witajcie. – Dodała głośniej.
          Z głębokim westchnieniem wciągnęła przez nozdrza chłodne, wieczorne spojrzenie. Podniosła się do pozycji siedzącej, kierując spojrzenie ku przybyłej istocie. Wpatrywała się w nią przez chwilę, taksując uważnym spojrzeniem, po czym nieznacznie skinęła łbem. – Salve.
          Breaver postąpiła kilka kroków, a na jej sylwetkę padł blask księżyca. Futro wilczycy zamigotało w rudym odcieniu. Jedynie łapy, jak i symbol znajdujący się na ciele, miały odcień głębokiej czerni. Zamiotła długim ogonem, nadstawiając długie uszy. Mlasnęła głośno, a na jej pysku zagościł dwuznaczny uśmiech.

***
          Stworzenie wycofało się bezpiecznie w ciemność. Czy bało się? Nie. Jedynie nie chciało się zdradzać. I tak jedna z tamtych istot wiedziała już o jej obecności. Czy powinna zmienić formę? Nie, pozostanie sobą. Okrążyła polanę, znów rozsiewając odór, którego nie wydzielało jej ciało, lecz pozostał na sierści po odwiedzinach… w różnych ciekawych miejscach. Otwarła pysk, znów chłonąc powietrze, gdy pojawiła się po drugiej stronie polany, patrząc prosto na Aldieb. Czerwone ogniki w jej oczach zamigotały niebezpiecznie.
          Ciemnobrązowa samica nie zwracała uwagi na to co w tej chwili działo się na polanie. Cała jej uwaga skupiona była na potężnym stworzeniu, które znów zbliżało się do granicy lasu. Tym razem znajdowało się od zawietrznej, a odór jaki ze sobą niósł zalał polanę z niesamowitą siłą, drażniąc czułe zmysły i tak już zdenerwowanej samicy. Oblizała nos w nerwowym odruchu i zamiotła długim ogonem po ziemi, kiedy dostrzegła dwoje świecących krwistą czerwienią punkcików. Zmrużyła ślepia, czekając na to co się wydarzy. Nie ruszała się z miejsca, wiedząc, że w tej chwili jej reakcje byłyby nieracjonalne. Nie chciała odstraszać gości, tylko dlatego z powodu… przeczucia.
          – Czy jestem aż tak ciekawym okazem, byś wgapiała we mnie swoje ślepia? – Aldieb musiała usłyszeć słowa zaraz przy uchu, charczący, nieprzyjemny głos, wyjątkowo wyraźny jednak. Jakby potwór stał tuż obok, nie po drugiej stronie polany. Jakby śmierdzący oddech już owiewał kark wilczycy. Demon nie poruszył się jednak. Kolejnym, podobnym do poprzednich gestem otwarł pysk i wysunął język, badając powietrze. Nie poruszył szczękami tak, jakby mówił. Demoniczne sztuczki… najlepszej kategorii.
          Drgnęła nieznacznie, kiedy usłyszała chrapliwy głos tuż przy swoim uchu. Jednakże nic więcej. Była przyzwyczajona do tego typu sztuczek. Towarzyszyły jej już od kilku lat, miała czas by do nich przywyknąć, choć wciąć było to dla niej niezwykle nieprzyjemne. Odetchnąwszy kilka razy odezwała się cicho, niemalże szeptem, sądząc, że stworzenie i tak ją dosłyszy.
          – Owszem. Nie widziałam nigdy istoty podobnej Tobie. Wybacz, jeśli Cię to uraziło, jednakże nie dziw się mojej reakcji, kiedy czai się w ten sposób w ukryciu.
          Cichy śmiech był wyznacznikiem tego, że Sange owszem, usłyszała słowa Aldieb.
          – Nie gniewam się. Jestem tu… w pokojowych zamiarach. Właściwie jestem od dzisiaj… członkiem? – znów śmiech. Nieprzyjemny, chropowaty i bardzo niski. Istota oblizała pysk, zastanawiając się czy wkroczyć na polanę.
          Przechyliła łeb, jakby się nad czymś zastanawiając. Po chwili wyprostowała się i odparła.
          – Rozumiem. W takim razie witaj w Stadzie Nocy… Przepraszam, jak Cię zwą?
          – Frica Sange. – powiedziała istota, otwierając pysk. Jeśli głos, który Aldieb słyszała przy sobie był nieprzyjemny, to i tak nie miał prawa być gorszy od tego, co dobiegło z pyska istoty. Skrzek. Pisk nienaoliwionych drzwi i jęk umierających. I krzyk i dźwięk rozrywanych ciał. Z tym się kojarzyło. Demonica powoli podchodziła do obecnych, a jej wystające barki kołysały się miarowo w miarę kolejnych kroków.
          – Sange do mnie mówią i inaczej sobie nie życzę. – Smród był jeszcze gorszy. Jak w zapachu gnijących ciał może czaić się tyle obrzydliwej słodyczy?
          Sierść na jej grzbiecie mimowolnie zjerzyła się pod głosem stworzenia. Samica zacisnęła kły i wbiła pazury w niczemu winną ziemię. Nie była w dobrym nastroju, a Sange, jak się przed chwilą przedstawiła, zupełnie wybiła ją z równowagi. Mrużąc ślepia odczekała jeszcze parę chwil, aż istota wkroczyła na polanę, po czym skinęła głową.
          – A więc witaj, Sange. Nie wiem czy już to wiesz, czy nie… w każdym bądź razie, mnie zwą Aldieb. – Jej głos wciąż był przyciszony, gdyż samica starała się nie wdychać głęboko powietrza, choć może na marne, gdyż zapach przeniknął na wskroś jej zmysły powonienia. Pocieszała się tylko z myślą, że z czasem przestanie zauważać go z taką siłą.
          Pysk otworzył się ponownie, jakby demonica znów chciała się odezwać, lecz zamknął się szybko z zabawnym wręcz kliknięciem kości o kość. Jej pysk wcale nawet nie próbował udawać żywych tkanek, dzięki czemu istota wyglądała niczym wyciągnięta siłą z groteskowego przedstawienia samego piekła. gdyby mogła zmrużyłaby oczy. Powiodła wzrokiem po obecnych. Jej spojrzenie mogło wydawać dreszcz niepokoju, albo i strachu. Wkrótce czerwone ogniki spoczęły znów na Aldieb. Widać jej niepewność i rozstrojenie sprawiało jej widoczną przyjemność, albo chociaż wzmagało jej zainteresowanie waderą.
          – Wiem, jak Cię zwą. Wiem… O części z nich. Trochę. – znów prawie szept rozległ się przy jej uchu. Te słowa przeznaczone były tylko dla jej uszu.
          Czując na sobie zbyt wiele spojrzeń znów zapragnęła znaleźć schronienie w mroku. Nie przywykła do tego wszystkiego, za wiele bodźców, za wiele zapachów ją dobiegało. Dotąd widywała pojedyncze postacie. I nie musiała z nimi rozmawiać. To było trudne. I wyczerpujące. Czemu ten, który ją przyzwał nie wybrał sobie innego, lepszego demona? Sange cofnęła się kilka kroków, co czasu gdy nie poczuła, że opiera się biodrem o drzewo. Zadziwiające z jaką trudnością nawiązywała kontakty z innymi istotami. Nie była do tego wszak stworzona, o czym świadczyły pazury i kły osadzone na gołej kości. Świadczył o tym cmentarny odór i nieprzywykły do artykułowanej mowy głos.
          Zniknięcie jednej z obecnych na polanie zarejestrowała jedynie na skraju świadomości, mechanicznie odbierając sygnały z zewnątrz, jednakże nie skupiając na nich większej uwagi. Wciąż obserwowała demona. Jego przepastne ślepia i sposób porozumiewanie się przypominał samicy pobratymca Sange, mimo, że jednocześnie dzieliło ich tyle różnic. Ponownie oblizała suchy nos, mimowolnie napinając mięśnie łap. Zaniepokoiły ją słowa stworzenia. Nie była pewna czy dobrze je zrozumiała. Czy powinna zwrócić na nie większą uwagę, czy też puścić mimo uszu. Nie. Słów stworzenia, które tak rzadko się odzywał nie należało lekceważyć. Nawet jeśli nic nie znaczyły. Potrząsnęła łbem. Czuła, że myśli zaczynają się jej plątać, że nie myśli racjonalnie. I wiedziała, że demon właśnie tego oczekiwał, ale mimo tej świadomości, nie potrafiła nad sobą zapanować.
          – Widzisz we mnie wroga? – Szept. To była znaczniej wygodniejsza droga komunikacji dla demona, niżeli realne, nie powiązane z magią słowa. Te wymagały zbliżenia się do wadery, a ta widocznie sobie tego nie życzyła. Zresztą… Sange była świadoma słodkiej woni, którą rozsiewała. Obrzydliwego, lepkiego smrodu, który nie sprawiał jej problemów, jednak innych przyprawiał o łzawienie oczu.
          – Tak. Nie. Nie wiem. – Poprawiła się niemal natychmiast. Taka była prawda. Nie wiedziała co myśleć o tej istocie. Obawiać się jej? Widzieć w niej wroga czy też nie? Nie umiała stwierdzić. Jeśli dołączyła do stada, oznaczało to, że Tin ją poznała, zgodziła się by zamieszkała wśród innych zwierząt, a ona ufała osądowi wilczycy. Jednakże pierwsze negatywne odczucie nie dawało jej spokoju.
          – Wyjawiłam Ci swoje imię. To oznacza, ze nic CI nie zrobię. – Zgrzytliwy śmiech wcale nie brzmiał przekonująco.
          – Wyjawiłaś mi imię, którym mogę się do Ciebie zwracać. Wątpię, żebym kiedykolwiek poznała prawdziwe. – Odparła ponurym tonem.
***
          Fene zmarszczyła nos, strzygąc uszami. Swoje kroki skierowała w stronę Aldieb, spoglądając na nieznajomą postać. Oczy ją piekły od tego zapachu, ale dzielnie to znosiła.
          Smukła samica spojrzała na córkę. W tym samym momencie w oddali dało się słyszeć odległy grzmot. Wstała, podchodząc do nietakjużmłodej młodej. Liznęła ją po pyszczku, po czym skoczyła w bok, dając susa w gęste chaszcze puszczy.
          Fene postawiła uszy na sztorc słysząc głuchy huk. Zatrzymała się, przystanęła z łapy na łapę i położyła uszy po sobie, kiedy Aldieb zniknęła w lesie. Spojrzała po polanie powolnie, badając wzrokiem obecne postacie.
***
          Sange znów cofnęła się do cienia. Nie widziała sensu, by nadal tkwić na widoku, kiedy Aldieb odeszła. Wodziła wzrokiem za obecnymi, choć teoretycznie nie powinna widzieć pustymi oczodołami, w których jarzyły się krwawe ogniki. Polanę nadal wypełniał słodki, nieprzyjemny zapach.
          Potwór ukryty był pomiędzy zaroślami. Ciągle próbował wypatrzeć spośród tłumu Aldieb, lecz były to działania z gruntu bezskuteczne. Głównie dlatego, że nie czuła już jej zapachu, a świat odbierała głównie węchem. Jej własny, intensywny zapach jej nie przeszkadzał. Znów otwarła pysk z cichym kliknięciem obijających się ze sobą kości i wysunęła język jakby badając powietrze.

——————————————
Autorzy: Aldieb, Sange, Shun, Szera, Breaver, Fene
Mam nadzieję, że nie będziecie mieli mi za złe, tego, że bez pytanie użyłam Waszych wypowiedzi. Jeśli tak, powiedzcie – usunę notkę.
No i czas na parę słów wyjaśnienia… Jest to opowiadanie całkowicie złożone z wypowiedzi z chatu. A publikuję je, dlatego że już od dawna tak dobrze mi się nie grało. Dziękuję Sange, naprawdę świetnie mi się z Tobą pisało. c:

środa, 18 lipca 2012

Strzeż się Płaczących Aniołów.

[18.07.2012r. - HOTN]
.Muzyka.
          Krok za krokiem. Bose stopy zanurzały się w jasnym puchu, pokrywającym jedwabnym kocem przeoraną korzeniami ziemię, jakoby to była skóra staruszki, pokryta zmarszczkami wieku. Niczym anielskie pióra, biel frunęła z nieba, muskając swym aksamitem odkryte ramiona dziewczyny. Z jasną karnacją, ubrana w śnieżnobiałą, zwiewną sukienkę zdawała się być niczym jeszcze jeden płatek wirujący z niebiosów. Jedynie ciemne, hebanowe włosy, spływające jej na plecy, odróżniały ją od bliźniaczych sióstr.
          Poruszała się z gracją, tańcząc lekko pośród kamiennych, popękanych nagrobków, pokrytych zeschłymi jesiennymi liśćmi. Cichy szelest zmącił nieskazitelną ciszę, kiedy wiatr wzbudził w nich na chwilę życie. W kilka chwil później wszystko na nowo umilkło.
          Smukłe palce wędrującej wśród arkanów pozazmysłowej krainy wodziły po chropowatej powierzchni misternie rzeźbionych posągów. Szare, szeroko rozwarte oczy, wodziły dokoła, a w ich głębinach z wolna rodził się niepokój.
          Ciemne kosmyki włosów zawirowały w powietrzu, kiedy dziewczyna odwróciła gwałtownie głowę, wbijając wzrok w kamienną figurę, stojącą tuż za jej plecami. Płaczący Anioł. Skrywający twarz w dłoniach. Okryty piórami, niczym dowodem swej zguby.
          Mrugnęła.
          Ślepe oczy, wpatrzone wprost w nią.
          Nie… To nie mogło być…
          Dwa kroki w tył. Stop. Nagrobek. Nie, coś innego. Postument, a na nim…
          Nie wytrzymała, z całej siły zacisnęła powieki.
          Wykrzywiona dziką wściekłością twarz, rozwarte szczęki, pełne kłów. Rozcapierzone palce, uzbrojone w ostre szpony. Usidlone spojrzeniem. Tuż przed nią. Zdążyła.

***
          Szła prosto przed siebie. Oczy, zaślepione łzami, wodziły bezmyślnie po otoczeniu, nic jednak nie widząc. Chciała biec, uciec. Ale nie mogła, to by ją zgubiło.
          Najpierw usłyszała cichy trzask, jakby pękającego szkła. Następnie poczuła ból nie do opisania, rozsadzający ją od środka, mrożący krew w żyłach, paraliżujący kończyny. Chłód tak dotkliwy, że niemal palący.
Upadła na popękaną ziemię, wprost w szare drobiny popiołu. Atramentowa ciecz splamiła ciemnymi kwiatami jej sukienkę. Polała się po rękach, nogach, ciele, tworząc coraz większą kałużę wokół klęczącej. Rozlewając pod nią ciemność, od której nie było już drogi ucieczki. Wpadła w pułapkę.
          Cichy trzask. Porcelanowa skóra czarnowłosej zaczęła pękać. Drobne rysy przebiegające przez jej nieskazitelną twarz zaczęły się pogłębiać. Kilka odłamków zapadło się do środka. Pajęcza sieć pęknięć pokryła już ramiona i nogi dziewczyny. Rozprzestrzeniały się coraz szybciej, a w osłabionej powierzchni wciąż pojawiały się nowe dziury. Zapadały się do środka, podczas gdy przez otwory lała się czarna ciecz, której krucze skrzydła zalewały cmentarz mrokiem, pochłaniając go coraz zachłanniej.
          Krzyk. Jeden, krótki, urwany. Jej ciało płonęło, żywym, jaskrawym ogniem. Zaledwie kilka sekund. Szarawy popiół unosił się przez moment w powietrzu, by po chwili opaść w dół, zatonąć w bezdennych ciemnościach. Przepaść na zawsze.

***
          Dwoje jasnych ślepi rozbłysło w ciemnościach, niczym latarnie płynnego złota. Samica nie poruszyła się nawet na milimetr. Czekała aż mrok pochodzący ze snu wygaśnie, odejdzie na dno jej duszy, by dręczyć ją innym razem. Przymknęła powieki. Nie potrafiła już zasnąć.

czwartek, 5 lipca 2012

Haunted by fear.

[5.07.2012r. - HOTN]

          Aldieb wstała, zamiatając długim ogonem po ziemi. Wyciągnęła przednie łapy, schodząc do ukłonu, żeby z cichym pomrukiem rozciągnąć kręgosłup. Ziewnęła przy tym, szeroko otwierając paszczę i ukazując różowy język. Na koniec otrzepała się na całym ciele, poczynając od czubka nosa, a kończąc na puszystym ogonie. W półmroku dało się dostrzec jak wokół niej posypało się kilka błyszczących włosów. Po wykonaniu tej gimnastyki ruszyła płynnym krokiem ku szarej wilczycy, opuszczając wydeptane legowisko pod jej ulubionym drzewem. Korzystając ze sposobności, wślizgnęła się w stałe miejsce odpoczynku Szery, by tam zwinąć się w kłębek i przykryć puszystą kitą.
          Szara samica leżąca na chłodnej powierzchni kamienia, wyciągnęła się mocniej do przodu i przekręciła lekko głowę. Policzek spoczywał na krawędzi głazu, a ciało wilczycy wygięło się w dziwny sposób. Jasne spojrzenie wbiła w leżącą w wyżłobieniu głazu waderę. Odsłoniła kły, jakby w grymasie pomieszanym z dziwnego rodzaju rozbawieniem.
          Brązowa uniosła delikatnie pysk i skierowała oczy w górę, zerkając na samicę. Uniosła górną wargę, ukazując białe zęby w zadziornym uśmiechu. W jej spojrzeniu dało się wyczytać nieme pytanie „Co na to powiesz, Szero?”
          Ta zamiotła mocno ogonem i kłapnęła zębami w powietrzu. Po chwili ziewnęła i spojrzała ponownie na wilczycę. Wyraz jej pyska świadczył o braku zdecydowania. Nie przeszkadzał jej fakt, że wilczyca zajęła jej stałe miejsce. Jednocześnie wyraz złotych ślepi wadery sprawiał, że budziła się w niej ochota wstania i w zadziornej odpowiedzi wygonienia Jej.
          Drobna samica przymrużyła lekko oczy i uśmiechnęła się łagodniej, spokojniej. Przechyliła nieznacznie łeb, nadal spoglądając w stronę Szery. Zamarła na krótką chwilę, jakby się zastanawiając co teraz zrobić. Po chwili westchnęła cicho i opuściła pysk, kładąc po sobie długie uszy. Schowała nos w puszystym futrze ogona i przymknęła powieki.
          Z gardła szarej wydobył się cichy pomruk. Zamiotła ponownie ogonem, jednak było to jakby łagodniejsze, mniej nerwowe. Patrzyła przez chwilę na waderę. Zorientowała się, że zapadła cisza. Kątem oka zerknęła na zgromadzonych, kierując w Ich kierunku jedno z oklapniętych uszu.
          W tym czasie oddech zwiniętej w kłębek wadery powoli się wyrównał. Zwolnił, wpadając w równy, powolny rytm. Podczas gdy jej ciało zastygło, umysł zaczął odpływać, daleko ku nieznanym wodom tajemniczych snów. I dalej…

***
.Muzyka.
(http://www.youtube.com/watch?v=EZGrFkKgdv0)
          Zamarła. Nie była w stanie się poruszyć. Tak bardzo chciała postąpić chociaż krok… strzygnąć uchem, oblizać suchy nos, rozejrzeć się dokoła, jednakże… nie mogła.
          Kończyny, każda komórka jej ciała odmawiała posłuszeństwa. Niczym zamrożone, zesztywniałe z przeszywającego je na wskroś panicznego strachu. Zbyt oszołomione by dotarły do nich wysyłane przez nią impulsiki.
          Świat wokół jej sylwetki zaczął z wolna się obracać, wirować. Chciała podążyć za nim wzrokiem, odwrócić głowę. Byleby nie stracić go z oczu. Ale nic nie działało. A wewnątrz niej zaczynała się rodzić dzika panika. Niczym motyl złapany w pajęczą nić, serce trzepotało w jej wnętrznościach, przeczuwając zbliżający się koniec. W ostatnich, desperackich wysiłkach próbowało się uwolnić z lepkiej pułapki… Lecz nadaremno.
          A tam… w mroku, coś się czaiło. W ciemności, poza zasięgiem jej wzroku, znajdowało się coś mrocznego. Obserwowało ją, wodziło nienawistnym spojrzeniem po jej plecach, oblizując w złośliwym uśmiechu ostre jak brzytwa kły, radując się bezradnością samicy.
          Cała sparaliżowana, drżąca niczym osika, nie mogła nic zrobić poza oczekiwaniem. Oczekiwaniem na śmierć. Już wiedziała, przeczuwała, że nie ma dla niej innego zakończenia. Nie mogło być.
          Powietrze ze świstem przeszył mrożący krew w żyłach chichot. Tuż po tym cały świat się załamał, niemal zgiął w pół, by za chwilę wywrócić się na drugą stronę, rozciągany przez niewidzialną, potężną siłę, w niewytłumaczalny sposób odwracając bieg cząsteczek.
          Rdzawa ciecz polała się po pysku, klatce piersiowej i smukłych łapach wadery. Zachwiała się na drżących łapach i upadła ciężko na szklaną powierzchnię. W sekundę potem drobna rysa pomknęła przed siebie, rozgałęziając się na kolejne, coraz liczniejsze chaotyczne nurty.
          Przezroczysta ściana pękła. Tysiące, skrzących się w srebrzystym blasku, odłamków zawirowało w przestrzeni, rozpoczynając taniec śmierci. Ciało samicy runęło w dół, ku ciemności, ciągnąc za sobą flagę czerwieni. Drobne kropelki karmazynu w pędzie ochlapało szklane kawałki, dodając do mistycznego tańca nowe akordy.
          Wtem wszystko się zatrzymało. Zamarło, zamrożone w czasie i przestrzeni. Przez wątłe ciało samicy i otaczające ją fragmenty lustra przebiegła fala dźwięku. Brązowa ledwo czuła drgania w omdlałych, bezwładnie zwisających kończynach. Przy kolejnym uderzeniu szkło rozsypało się, tworząc błyszczący, niczym gwiazdy na atramentowym niebie, puch niezliczonych drobinek, unoszących się, bez najmniejszego ruchu w powietrzu.
          I zapadła cisza.
***
          – Hej.
Ciemnobrązowa wilczyca wzdrygnęła się gwałtownie, kiedy nagle z półsnu wyrwał ją czyjś głos. Przez krótką chwilę, wpatrywała się tępo przed siebie, próbując otrząsnąć się z resztek snu. Uniosła leniwie powieki, by zerknąć na przybyłą istotę.
          – O, Jenn… Salve. – Uniosła kącik pyska w uśmiechu, nie spoglądając jednak waderze w oczy. Z góry dobiegł ją cichy głos Szery.
          – Witaj.
          Jenna ugięła delikatnie szyję w lekkim ukłonie, po czym usiadła nieopodal nich. Niemal w tym samym czasie brązowa wychynęła ze swej kryjówki, by posłać zebranym na polanie ostatnie spojrzenie i zniknąć w mrokach puszczy.

niedziela, 10 czerwca 2012

Pierścień Czarnego Feniksa, Cz. X

[10.05.2012, HOTN]

          Rzuciłyśmy torby na kamienną posadzkę w opuszczonej jaskini. Luna na wszelki wypadek zabrała wszystkie swoje przybory, które w razie czego mogłyby się przydać, toteż musiałam jej pomóc w noszeniu pakunków. Mieszkający tu szaman zostawił cały swój dobytek na miejscu. Nie wiedziałyśmy co spowodowało tak szybkie jego odejście, jednakże nie narzekałyśmy.
          Dziewczyna zaczęła szperać między półkami, szukając odpowiedniej księgi, a ja tym czasem zmieniłam postać na zwierzęcą. Śledziłam spojrzeniem jej ruchy, czując podekscytowanie i lekkie zniecierpliwienie. Mój ogon zamiatał nerwowo po ziemi, podczas gdy ja zaczęłam uważniej przyglądać się otoczeniu.
          Zagracona jaskinia mogłaby sprawiać wrażenie przytulnej, gdyby nie to, że wionęło od niej pustką, opuszczeniem. Sterty książek na drewnianych regałach, a pomiędzy nimi poutykane fiolki z różnymi płynami bądź proszkami. Co rusz można było dostrzec jakąś czaszkę czy nawet cały szkielet jakiegoś drobniejszego zwierza. Gdzieś w głębi cichutko zaświergotały dzwoneczki, poruszone przez mocniejszy podmuch chłodnego wiatru. A wszystko to pokryte kurzem i pajęczynami. W powietrzu unosił się nieprzyjemny, zatęchły zapach, a wilgoć, która przez lata zbierała się w zagłębieniach skalnych wcale nie sprzyjała przechowywaniu stert papierzysk.
          Drgnęłam nagle, słysząc głos Luny. Podeszłam do niej i zajrzałam jej przez ramię na luźną kartkę, pokrytą starannym, zawiłym pismem. Niewiele rozumiałam z tego, co było tam napisane. Luu chyba wyczuła to, gdyż zaczęła czytać na głos.
          – Musi być wieczór, aby dzień nie zakłócał spokoju cienia. Nie może być gwiazdy na niebie, aby ona nie ukradła tajemnicy spowitej w tym piórze. Może ją wydobyć jedynie ogień. Jednak, gdy popiół i dym zatańczą razem, wskrzeszając to co przemilczane, musisz wypowiedzieć kilka słów, kładąc jednocześnie eliksir w sercu ognia…
          – Eliksir? – Przerwałam, przekrzywiając lekko łeb.
          Dziewczyna przytaknęła i wskazała palcem na mały rysunek z opisem w rogu.
          – Jest to eliksir pieczętujący.
          Westchnęłam cicho. Powoli zaczynałam mieć tego wszystkiego dosyć. Kiedy myślałam, że już koniec, nagle okazuje się, że pojawiają się kolejne komplikacje.
          – Zatem trzeba poszukać składników. – Mruknęłam z niezadowoleniem.
          Dziewczyna obróciła się do mnie i uśmiechnęła pokrzepiająco.
          – Nie martw się. Z tego co widzę, mam już wszystkie potrzebne składniki. Pozostaje nam się tylko modlić, aby warunki dopisały…
          Resztę czasu spędzałam na obserwowaniu poczynań Luny. Niewiele się na tym znałam, więc mogłam jedynie patrzeć i podawać jej rzeczy, o które prosiła. Obserwowałam uważnie jak mieli różnorodne zioła i inne rośliny, wypowiadając szybko słowa w nieznanym mi języku. Nawet nie próbowałam zgadywać co mówi. Zbyt dużo myśli kotłowało mi się w głowie. Ta całą wyprawa wydawała się być nierealna, a świat, w którym się obecnie znajdowałam oderwany od rzeczywistości.
          – Al, wszystko dobrze?
          Spojrzałam na nią i przytaknęłam. Przyglądała mi się przez chwilę, jakby upewniając, że nie oszukuję.
          – Podasz mi tamten woreczek? – Wskazała na brązowe zawiniątko leżące koło moich łap.           Wzięłam to ostrożnie do pyska i podeszłam, wypuszczając do otwartej dłoni dziewczyny. Uśmiechnęłam się słabo i wróciłam na swoje miejsce. Usiadłam, oplatając smukłe łapy ogonem.
          Czas mijał wyjątkowo niestabilnie. Przez chwilę wydawało mi się, że oglądam jak Luu przelewa wszystko do małego flakonika, a w następnej chwili obserwowałam, jak kończy usypywać krąg z soli. Wyprostowała się, masując obolałe plecy. W środku kręgu znajdował się mały stosik, który pewnie miał wkrótce stać się ogniskiem.
          – Pójdę sprawdzić jak wygląda dzisiejsza noc. – Głos dziewczyny wdarł się do mojej głowy.
          Wstałam i szybkim krokiem ruszyłam w kierunku wyjścia.
          – Czekaj. Ja sprawdzę. Ty odpocznij. Dużo się dzisiaj narobiłaś. – Rzuciłam szybko i wyszłam. Zatrzymałam się dopiero, gdy do nozdrzy doleciało świeże powietrze, a futro zafalowało lekko pod wpływem delikatnego podmuchu wiatru. Zamknęłam ślepia i wzięłam głębszy wdech, unosząc pysk w kierunku nieba. Chciałam, aby ta chwila zatrzymała się, pozwalając mi na chwil e wytchnienia. Oderwania się. Jednak czy nie lepiej już to zakończyć? Powoli otwierałam ślepia, jakby z obawą, że ujrzę niebo pełne gwiazd. Wypuściłam ze świstem powietrze, gdy ujrzałam jedynie ciemne chmury. Wydawało się, jakby niebo miało się zaraz zarwać i runąć na spowitą w mroku ziemię.
          Ociągając się, wróciłam do środka i przytaknęłam. Ostrożnie weszłam do kręgu, aby nie przerwać usypanych linii. Luna bez słowa wyciągnęła zapalniczkę i zapaliła stosik. Po jego dwóch stronach ułożyła kadzidełka, po czym spojrzała na mnie, a w jej jasnych oczach pojawił się dziwny błysk.
          – Gotowa? – Wymruczała cicho.
          Przytaknęłam w odpowiedzi, a na pyszczku pojawiło się napięcie.
          Luna wzięła pióro w dłonie i chwyciła notatki, w których spisała słowa rytuału. Uniosła dłoń nad ogień i obracając pióro w palcach zaczęła czytać. Wbiłam złote ślepia w jej dłoń. Obracające się pióro zaczynało dziwnie falować. Z każdą chwilą jego ruch wydawał się być coraz bardziej płynny, jednak i wolniejszy, jakby czas zmierzał do zatrzymania się. Zrozumiałam, że nie słyszę już słów dziewczyny. Umysł ograniczył się jedynie do tego małego przedmiotu. Nagle Luna zniżyła dłoń i wypuściła pióro. Chciałam krzyknąć, aby tego nie robiła, ale nie mogłam się ruszyć. Moje ciało zamarło, odcinając się od świadomości, w której zostałam zamknięta.
          Z ognia błysnęły iskry, a po pomieszczeniu rozległ się cichy syk. Patrzyłam jak w powietrze unosi się dym, dźwigający ze sobą resztki pióra skryte w popiele. Całość zaczynała się rozchodzić na boki i tworzyć dziwnego rodzaju obraz. Jakby niewyraźne sylwetki, starające się uformować swoje prawdziwe postacie. Jednak coś im to uniemożliwiało. Zerknęłam na Lunę, a w jej jasnych oczach ujrzałam odbicie siebie. Futro jakby pociemniało mimo ognia, który tańczył dziwną poświatą wokół mnie. Skulone lekko uszy przypominały rogi, a oczy płonęły swym płynnym złotem. Nie. Jedno z oczu różniło się. Demon – pomyślałam, jednak szybko odbiegłam od tej myśli. Nie mogłam tak o sobie myśleć. Nie tak… Zamrugałam kilkakrotnie, jednak dziewczyna już na mnie nie patrzyła. Sięgała po mały flakonik. Ponownie spojrzałam w górę, a wzdłuż kręgosłupa przeszył mnie dreszcz. Dym wydawał się formować szpony, wyciągane w kierunku mojego pyska. Starałam się cofnąć, ale nie mogłam. I wszystko nagle zawirowało. Kątem ślepia dostrzegłam unoszące się z ognia iskry. Usłyszałam cichy jęk i krzyk, ale nie był to głos Luny. Poczułam jak oczy zachodzą czernią, a ciało traci stabilność i upadam. Wyczułam na barku ciepły dotyk. Później nastała już tylko ciemność…

środa, 6 czerwca 2012

Blinding.

[6.05.2012, HOTN]

„Należeli  do tego rodzaju istot nerwowych, wrażliwych, szlachetnych i kochających, które zdolne są do największych poświęceń, ale które w życiu i zetknięciu się z jego rzeczywistością mało znajdują szczęścia, dając naprzód więcej, niż mogą otrzymać. Ten rodzaj ludzi ginie też zaraz i myślę, że jakiś dzisiejszy naturalista mógłby powiedzieć o nich, że z góry są na śmierć skazani, bo przychodzą na świat z wadą serca – za dużo kochają.”
– Henryk Sienkiewicz

.Muzyka.
(Tekst.)

          Ochrypłe krakanie rozdarło powietrze, a z pobliskiej gałęzi z głośnym łomotem czarnych skrzydeł poderwała się wrona. Omen śmierci i rozpaczy zatoczył pełne koło nad moją głową, spoglądając na świat błyszczącymi, paciorkowatymi oczkami, w których czaiła się niewypowiedziana tajemnica. Powiodłam spojrzeniem za posłannikiem duchów, czując jak przez moje wątłe ciało przechodzi dreszcz. Z jaką wieścią przybył do naszego świata?
          Czarne kosmyki włosów zawirowały na wietrze, który wzmagał się z każdą mijającą chwilą. Czułam jak jego niematerialne opuszki palców przesuwają się delikatnie po moim futrze, wirują wokół, by za chwilę pomknąć dalej, w przestworza.
          Złote ślepia pociemniały, gdy umysł dopadły mroczne myśli, wspomnienia przewijające się przed oczami. Martwe ciała i metaliczna woń śmierci, jakby wszystko działo się znów od początku.
          Prychnęłam, wlepiając ponure spojrzenie w nieboskłon, śledząc spojrzeniem gwałtownie formujące się cumulonimbusy. Czułam mrowienie na całym ciele. Wraz z nadciągającą burzą nadchodziło coś mrocznego. Jakby czarne macki ciemności postanowiły wyjrzeć ze swych kryjówek, by sponiewierać ten świat akurat dzisiejszego dnia. Zbliżało się.
          Zanurzona w odmętach myśli nie zauważyłam od razu przysadzistej postaci, która wyłoniła się spośród gnącego się na wichrze lasu. Jednak gdy w końcu ją dostrzegłam, poczułam jak po moim grzbiecie przebiegły dreszcze. Serce zabiło mocniej i w tym samym momencie gdzieś w oddali rozbrzmiał grzmot.
          Z mojej gardzieli wydobył się cichy pomruk, niby echo cichnącego już gromu. Wstałam, podchodząc do irbisicy o czekoladowych rozetach. Przywitała mnie swoim firmowym, szelmowskim uśmiechem.
          Odpowiedziałam tym samym, zaglądając w jasne, waniliowe ślepia, nie mogłam jednak odgadnąć co się w nich kryje. Nim jednak zdołałam wydobyć z siebie głos, spostrzegłam, że oczy samicy gwałtownie się rozszerzają, wpatrując się w coś za moimi plecami. Wtedy to poczułam, mroczną energia, kotłująca się nie dalej jak metr ode mnie.
          Odskoczyłam jak oparzona, wlepiając ślepia w dziwne zjawisko. Iskrząca się kula niezidentyfikowanej energii zawisła w powietrzu, a wokół niej obracało się kilka opalizujących pierścieni. Patrząc na jej jaskrawą biel, podobną do burzowych błyskawic, miało się wrażenie, że przestrzeń wokół niej zakrzywia się, powoli ciemniejąc, jakby wchłaniała całe otaczające ją życie.
          Przeniosłam wzrok na kocicę, zauważając w jej oczach błysk zrozumienia. Na jej pysku widniało zafascynowanie, pomieszane z pewną dozą strachu i obawy. W przeciwieństwie do mnie, zdawała się dokładnie wiedzieć co się dzieje. Powiodłam za nią spojrzeniem kiedy powoli zbliżała się do skrzącej się kuli. Odwróciła się na chwilę w moją stronę, spoglądając na mnie łagodnymi, waniliowymi ślepiami, w których jednocześnie zastygło zdecydowanie.
          – Do zobaczenia po drugiej stronie, Al. – szepnęła i nim zdążyłam zareagować, skoczyła w jarzącą się kulę.
          Krzyknęłyśmy w tym samym momencie. Dłoń Luny zacisnęła się na pustym już powietrzu. Widziałam, jak z trudem powstrzymywała się, by nie ruszyć za samicą, co i mnie przeszło przez myśl. Nie ruszyła się jednak, wpatrzona w wirujące kształty. Nagle gwałtownie się wzdrygnęła, najwyraźniej wytrącona z równowagi. Powiodłam za jej zatrwożonym spojrzeniem, czując jak uginają się pode mną łapy.
          Wypaczone kształty gięły się i wiły, migając nam przed oczami. Wycie, zniekształconych tworów raniło nasze uszy, sprawiając, że cała się skuliłam. Co rusz migał mi przed oczami zdeformowany obraz Aspeney, walczącej z czarnymi cieniami.
          Szamanka zaczęła szybko wyrzucać z siebie słowa w nieznanym mi języku, wspomagając się przy tym licznymi gestami. Widziałam pot, perlący się na jej skroniach, kiedy próbowała wspomóc przyjaciółkę. Na jej twarzy widniała determinacja, jednak miałam wrażenie, że jej wysiłki były znikome przy ogromie siły jaką dysponowała kula.
          Nagle błękitne oczy rozszerzyły się gwałtownie, a twarz wykrzywiła się przerażeniem. Krzyknęła coś, co brzmiało jak „Padnij!”, ale nim zdążyłam jakkolwiek zareagować nastąpił wybuch. Najpierw zalała mnie jasna fala światła. Potem poczułam jak jakaś potworna siła odrzuca mnie na kilkanaście metrów, posyłając na pień drzewa.
          Nastąpił głuchy trzask, po którym osunęłam się na ziemię. Zawyłam bezsilnie, gdzieś na granicy świadomości dziwiąc się, że nie straciłam jeszcze świadomości. Podźwignęłam się na łapy, z trudem łapiąc płytkie oddechy, które powodowały połamane w kilku miejscach żebra. Zachwiałam się, zaślepiona przez łzy. Pociemniało mi przed oczami. Świat stanął do góry nogami, wirował, ale mnie już było wszystko jedno.
          Gdzieś w oddali rozbrzmiał szaleńczy śmiech. A może to ja się śmiałam? Nieważne. Wszystko to było szalone, obłąkane. Obłąkany, parszywy świat.
          Nie, nie świat. Deszcz.
          Obłąkany deszcz krwi. Czy nie brzmiało to śmiesznie? Ciężkie krople krwi płynące ze ślepych oczu chmur. Czemu one płaczą? Niech płaczą. Wszyscy płaczmy, bowiem utoniemy w morzu krwi. Obłąkany śmiech, rozbrzmiewający pośród deszczu. Skąd tu się wziął deszcz?
          Z nieba. Niebieski firmament zalewa się łzami, podczas gdy my płyniemy ku odmętom myśli. Czemu? Czemu płaczę…?
          Nie, już nie płaczę, a wiruję w tańcu. Wiruję razem z szalonym światem, jakbym znalazła się w niszczycielskim pędzie cyklonu. Długie, ciemne włosy powiewają za mną niczym wstęgi krwi, a wokół płonie ogień, rzucając na świat czerwoną łunę. Gdzieś w dole trzasnęła błyskawica, a niczemu winne drzewo zdawało się unosić w górę, coraz wyżej, aż… Padło na ziemię by zgnić i gnić w nieskończoność w odmętach cierpienia.
          Nie było pytań. Nie było pożegnań. Może i lepiej. Teraz mogłam już tylko biec.

 
          Luna przebudziła się z cichutkim jękiem. Jednostajny szum deszczu łagodził łomoczący w jej uszach huk. Chłodził obolałe ciało, przynosił ukojenie, ale zarazem melancholię. Lodowate krople spływały po jej bladej skórze, płynęły z ciemnego nieboskłonu, uderzając o popękaną glebę, by rozbić się na miliardy błyszczących drobin.
          Dziewczyna rozejrzała się po pobojowisku, uważnie śledząc spojrzeniem przeoraną przez wybuch ziemię. Rozciągał się przed nią żałosny widok. Tam, gdzie wcześniej rosła zielona, bujna trawa, teraz widniała jedynie goła ziemia i martwe rośliny.
          Brunetka otarła wierzchem dłoni krew, płynącą z rozciętej wargi. Z trudem podniosła się na równe nogi, jej ruchy były sztywne, pozbawione wcześniejszej gracji. Powoli, ostrożnie stawiając kroki szła, przez spustoszoną dolinę. W pewnym momencie zamarła i czując jak nagle opuszczają ją siły, opadła na kolana.
          Nachyliła się nad martwym ciałem irbisicy, delikatnie pogładziła ją po zmatowiałym futrze. Nie próbowała nawet powstrzymywać łez, które wzbierały w jej jasnych, błękitnych oczach.
          – As… As? As! – Wydarła się i pochyliła nad nią. – Dlaczego? Dlaczego to zrobiłaś? – Wydusiła, przytulając czołem do jej martwego ciała. – Uratowałaś Nas, ale za jaką cenę…
          Nim słowa zdążyły przebrzmieć w czającej się dokoła pustce, ciało samicy zaczęło się rozpadać w drobny pył. Drobiny uniosły się na wietrze, unoszona przez niematerialne duchy powietrza, ku wzburzonemu firmamentowi, ginąc wśród pierzastych, burzowych chmur. Już po chwili po Ghotevence pozostały jedynie wspomnienia…

***
          Z oddali można było dostrzec biegnącą przez las, wysoką dziewczynę. Jej szczupła sylwetka migała pomiędzy drzewami, ciężkie od wody włosy przyklejały się do twarzy  i pleców.
          Jej blada twarz pozbawiona była wyrazu. Szare oczy pociemniały, jakby zawisła nad nimi chmura burzowa. Mokre ślady łez na policzkach ginęły wśród mroźnych, deszczowych kropel.
          Biegła na oślep, klucząc w ciemnym labiryncie lasu. Jej stopy wybijały stały rytm, uderzając o miękką, przesiąkniętą wodą glebę. Gałęzie smagały ją boleśnie po odkrytych ramionach, jednakże zdawała się nawet tego nie zauważać.
          Wybiegła z puszczy na otwartą przestrzeń, przenosząc nogi na kamienistą, twardą powierzchnię. Przez nic już nie zatrzymywana, przyspieszyła, niby lecąc na rozpostartych skrzydłach.
          Ostatnie parę kroków pokonała rekordowym pędem. Odbiła się od  skalistego klifu i skoczyła, wyciągając ręce nad głową, podczas gdy jej ciało zatoczyło w powietrzu łagodny łuk.
          I rzeczywiście leciała. Leciała, jakby miała prawdziwe skrzydła. Leciała…

***
          Z lodowatej toni jeziora wyłoniła się sylwetka drobnej samicy. Jej szczupłe ciało drżało delikatnie, a z przemoczonego futra, kapały kropelki mroźnej cieczy. Gwałtowne podmuchy porywistego wiatru, beznamiętnie chłostały jej drobną figurę, ciskając mokre włosy na wszystkie strony.
          Samica podniosła smukła głowę, a jej zimne, ponure spojrzenie padło na ginące w oddali wzgórze, skąd unosił się dym dogasającego pożaru.
          Złoto jej ślepi zdawało się być zamarznięte, stanowiło skorupę, pod którą kotłował się wzburzony ocean myśli. Miotające się uczucia kuliły się głęboko w jej wnętrzu, podrygując ze zdenerwowania.
          Ponad tym wszystkim kołatała się tylko jedna myśl: „Obiecałaś zostać, aż do końca…”.

poniedziałek, 14 maja 2012

„Śnij, w trakcie snu podróżujemy.”


[14 maja 2012, HOTN]

Aldieb, Zachodni Wiatr, Pani Powietrza dołączyła zimą 2008 roku do ówczesnego Stada Śmierci.
Została Zasłużoną. Była jedną z Wybrańców, których celem była ochrona i opieka nad stadem – ich misja jednak się nie powiodła.
Razem z Revią i Venus założyła odnowę Stada Nocy, a tym samym kontynuację HOTF – Herd Of The Dreams, którą później prowadziła wraz z LadyKiller oraz Gold Fire, uważając się przy tym za Opiekunkę, nie zaś przywódczynię.
Wtedy też dołączyła do grupy, która wyruszyła na ratunek Wandessie. Pani Śmierci wróciła do stada. Misja zakończyła się sukcesem, który jednakże został przypłacony życiem Gold Fire.
Po powrocie HOTN jako pierwsza została Zasłużoną, później natomiast otrzymała stanowisko Bethy.
14 maja 2010 roku z decyzji członków stada została nową Alphą. Po dwóch latach panowania, tego samego dnia i miesiąca zrzeka się swego stanowiska, przekazując je w ręce Tiinkerbell.



          Samica szła lekko, bez pośpiechu stawiając łapy, choć kroki jej były zdecydowane, bez żadnego zawahania. Jej płynne ruchy, sprawiały wrażenie jakby sunęła, nie dotykając poduszkami podłoża, unosząc się delikatnie nad ziemią. Zmierzała w kierunku wzgórza, na którym zebrała się już spora grupka stworzeń.
          Pamiętając dawne czasy, ich ilość wydała jej się niezwykle skromna, szczególnie, że z członków stada wielu się nie zjawiło. Gdzieś w głębi duszy poczuła odległe ukłucie bólu, gdy dostrzegła także tych, którzy przyszli w swych ludzkich postaciach. Z jednej strony rozumiała – był okres, kiedy i ona nie umiała wytrzymać w swojej skórze – jednakże, z drugiej czuła w tym coś nieprawidłowego, wręcz nienaturalnego.
          Szybko jednak ta myśl umknęła z jej głowy. Pozwoliła by nikły uśmiech wypłynął na jej smukły pysk, gdy wspinała się po wzniesieniu, niemal niknąc w wysokich trawach. Wszelkie wątpliwości, które wcześniej czuła zniknęły bez śladu i choć wcale o nich nie zapomniała, czuła ogarniający ją spokój.
          Przystanęła, spoglądając w jasne oczy Tin. Skinęła jej głową na powitanie, posyłając jej pokrzepiający uśmiech. Nagle wszystko ucichło. W tej krótkiej chwili zdało się czuć rosnące napięcie, wibrujące z natężeniem w powietrzu. W końcu ciemnobrązowa przerwała je, odzywając się cichym, acz wyraźnym głosem, tak że wszyscy mogli ją usłyszeć.
          – Oddaję Ci w ręce odpowiedzialność. Za stado, za żywe, czujące istoty. Problemy, radości i smutki, których, od tej pory, Ty będziesz opiekunką. Życzę Ci powodzenia, z całego serca. – Umilkła na chwilę, świdrując waderę czujnym spojrzeniem, w którym czaiło się wiele sprzecznych emocji, po czym dodała już mniej oficjalnym tonem, tak cicho, że jedynie stojący najbliżej mogli ją usłyszeć. – Proszę, opiekuj się Nimi.

~~***~~

          Siedziała na klifie, tym, który niegdyś tak upodobała sobie Luna. Z oddali obserwowała zebranych na polanie, wokół ogniska, członków Stada Nocy. W sercu czuła pustkę, wiedziała, że będzie jej tego wszystkiego brakować. Mimo, że nieraz zdarzało jej się narzekać, przyzwyczaiła się do odpowiedzialności, z nawyku martwiła się o stado, starała się myśleć o wszystkim i za wszystkich. Jednakże to właśnie było to, co skłoniło ją do wycofania się.
          Mieszało się to z pewnego rodzaju ulgą. W końcu zrzuciła, ciągnące ją ku ziemi, ciężkie kajdany, które nie pozwalały jej zaznać pełni wolności. Jednak pozostały po nich krwawiące ślady, które z czasem mogły się zagoić, lecz nigdy nie miały zniknąć całkowicie.
          Rodził się w niej także smutek, bo choć jeszcze nie powiedziała swojej rodzinie „Żegnajcie.” to miała wrażenie, jakby opuszczała ich już na zawsze.
          Długo jeszcze siedziała, rozmyślając nad swoją przeszłością, wszystkimi błędami ale także radosnymi chwilami, rozmyślała o Stadzie Nocy, o tym co przeszła i co teraz miało ją spotkać.
          Kiedy niebo przyodziało się w gwieździsty płaszcz nocy, wstała w końcu, po raz ostatni obejmując wzrokiem polanę, po czym zniknęła, rozpływając się w mroku.