poniedziałek, 3 grudnia 2012

.

( Możecie sobie od razu przewinąć do... 1:30. )


Zatrzymała się na skraju lasu, czując pod łapami wilgotny mech, którego zapach unosił się dokoła. Drobne dreszcze przemknęły przez jej ciało, wprawiając w nastrój niepewności. Towarzyszyły jej odkąd przekroczyła granice Stada Marzeń… mimo, że już od dawna zatarte przez czas, dla niej wciąż tak dobrze znane. Chłodny wiatr zaszeleścił liśćmi dokoła, porywając je na parę chwil do tańca, by zaraz potem przeskoczyć ku ciemnym kosmykom włosów, posyłając je w chaotyczny wir.
Srebrzyste światło Księżyca spowijało okolicę szepczącym tajemnice całunem bieli. Uniosła wzrok na tarczę w pełni, iskrzącą się jasno na niebie, wymalowanym czarnym atramentem. Spozierała na świat zza pierzastej przesłony chmur, niczym oko wszystkowiedzącego.
Mały obłoczek pary wydobył się z na wpół uchylonego pyska, kiedy wyrwało się jej krótkie westchnienie. Przeniosła złociste spojrzenie ze smolistego firmamentu, na rozciągającą się przed nią rozległą polanę, do której bezwiednie przywiodły ją łapy.
Kamienne nagrobki, wystające ze zmurszałej ziemi, niczym samotne pieńki powalonych drzew, wyglądały niemal żałośnie… Jednakże kiedy wpatrywało się w nie dłużej, można było dostrzec znacznie więcej.
Delikatna plątanina pęknięć przypominała w swym wyglądzie misterną sieć pajęczą, której piękno nie mogło się równać z największymi dziełami. Przykryte przemokniętym dywanem zbutwiałych liści, zdawały wrażenie zapomnianych przez świat. Jednakże ich intensywny zapach, który wdzierał się niemal siłą do nozdrzy przypominał o rzeczywistości tego miejsca. Obraz ten wieńczyły starannie wyryte imiona, które wciąż można było rozczytać mimo zatartych przez czas liter.
Groby spowite tajemnicą, egzystujące w samotności, na pograniczu życia i śmierci, pieczętujące sekrety po wsze czasy.
Oraz towarzysząca im nieprzebita cisza…

Zmącił ją cichy szelest, stawianych przez samicę powolnych kroków. Z ciężkim sercem powiodła wzrokiem po nagrobkach. Wiele z nich skrywało pustkę, gdy z duszą odchodziło także ciało. Jedna tylko płyta pęknięta była na pół, przypominając, że leżąca pod ziemią powróciła do świata żywych. Na trzech z nich, wciąż leżały róże, o płatkach niegdyś białych jak śnieg. Teraz wysuszone i pomarszczone niczym wiekowi staruszkowie, zdawały się pełnić rolę odmierzającej czas klepsydry. Ponad nimi, na wzgórzu, znajdował się posąg, czuwający nad duszami zbłąkanych, górujący nad przybyszami, niczym strażnik świętobliwego miejsca.
Nim uniosła wzrok, zmuszona była do wzięcia paru oddechów, by mroźne, nocne powietrze orzeźwiło jej umysł. Przeniosła spojrzenie złotych ślepi na postument, na którym wyryte były, niektóre także jej ręką, najważniejsze daty w historii Dzieci Nocy, po czym jej wzrok z wolna powędrował wyżej.

Wiatr zawył przeraźliwie, ze świstem przedzierając się przez gęste leśne zarośla. Wyskoczył z dziką furią na polanę,porywając z cmentarzyska zżółkłe liście, przy czym niemal zwalając mnie z nóg.
Chwiejąc się na miękkich łapach, nie była wstanie oderwać płonącego wzroku od tej niezwykłej sylwetki, a we wnętrzu czuła rosnącą bojaźń.
Silne nogi, zakończone masywnymi kopytami, tańczące w powietrzu, w niesamowitym pokazie siły. Rysujące się pod lśniącą sierścią mięśnie i żyły, których sama struktura mogła zachwycić nieziemskim pięknem. Wirujące na wietrze kara grzywa i długi ogon, tańczące niby wśród huraganu. Majestat płynący od stojącej dęba klaczy uderzył we mnie z całą siłą, a wyzierające spod grzywki kamienne spojrzenie, zdawało się świdrować mnie z dotkliwą przenikliwością.
Przez krótką chwilę doznała wrażenia, jakby stała przede nią sama Pani Śmierci. Skuliłam się gwałtownie, czując się jakby spadł na mnie rzęsisty grad. Mroźny wicher targał brązowe futro, nie dając samicy nawet chwili wytchnienia, podczas gdy przez jej głowę mknęło tysiąc myśli naraz. Urywany oddech wydał mi się nagle niespodziewanie głośny, konkurując na przemian z dudniącym biciem serca.
Niemal czuła mrożące krew w żyłach, czarne macki ciemności, czyhające tylko na okazję by zaciągnąć jej kruche ciało w nicość.


(...) Ciąg dalszy zjadł zły wilk.


Jaki z tego morał? Żaden.
Zapomniałam jak się pisze. Jak z resztą widać.
Jestem do niczego. wytrzymałam  marne dwa miesiące.
Nie, nie wracam do stada.
A morał miał być, tylko zgubił się po drodze.
I przepraszam za zaśmiecanie bloga notkami o bezsensownej treści.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz