środa, 8 kwietnia 2015

Gdzie są Twoje oczy.

[8.04.2015, - ]

Stalowoszare niebo górowało swym masywem, rozpościerając się nad terenami Stada Nocy.
Soczyście zielona, świeżo wyrośnięta trawa kontrastowała z jego ciemną barwą.
Samica siedziała nieruchomo, niczym niewzruszona.

***

          Próbowałeś kiedyś iść z zamkniętymi oczami? Bez podglądania, uchylania powiek, czy też zerkania przez prześwitujący materiał opaski. Tak, jakby Twoje powieki były zszyte gęstym ściegiem chirurgicznej nici, sklejone, nierozerwalne. Jakbyś stracił wzrok.
          Idziesz przed siebie. Stawiasz krok za krokiem. Wkrótce zdajesz sobie sprawę z tego jak głośno stąpasz. Ale to nie jedyne co słyszysz. Drobne deszczowe kropelki uderzają cichuteńko o ubranie, podłoże, Twoją nagą skórę.
          Idziesz, jednak nie masz pojęcia dokąd prowadzi droga.  Nie wiesz, czy nagle wyrośnie przed Tobą mur, czy też ziemia rozpadnie się Tworząc przepaść. Nie widzisz rozwidlenia. Nie wiesz czy właśnie mijasz wyjście, czy jest tu ktoś więcej. Jedyne co możesz to podążać naprzód, trzymając się lichej nadziei, że dokądś dojdziesz.
          Podłoże jest nierówne. Twoje kroki niepewne. Wydaje Ci się, że idziesz w stałym kierunku, ale nie możesz być pewnym, że nierówności Cię nie zmyliły, że nie zboczyłeś ze szlaku.
       Chwiejesz się. Bez wzroku Twój zmysł równowagi nie działa jak powinien. Niewiarygodne, że utrata jednego zmysłu może aż tak wpłynąć na Twoje ciało. Wilk czy pies nie miałby takich problemów. W dużej mierze kierują się węchem. W porównaniu do nich ludzie pod względem tego zmysłu są wręcz upośledzeni.

***

Jej prawe oko powielała absolutna czerń. Lewe, wcześniej poprzecinane krwistymi żyłkami, kiedy popękały drobne naczynka, teraz spowite bielmem.
Sama zastanawiała się jak udało jej się zdusić w sobie ryk bólu.
Po bijących złotem tęczówkach nie zostało absolutnie nic.
Przyzwyczajenie się do chodzenia zajęło jej kilkanaście godzin.

środa, 14 stycznia 2015

Co się skrywa za tym spojrzeniem.

Kartki z pamiętnika.

Grudzień
Duch, strażnik stada - za taką postać się uważała. Dołączyła, bo stado przymierało. Wypełniła zadanie, mogła teraz odejść w spokoju. Znów czuje się obco, nie na miejscu, jak piąte koło u wozu. Ale tak było dobrze, czas by odeszła, by stado mogło się zająć własnym życiem.
Noc 6/7 stycznia
"Doszły mnie niepokojące wieści o czymś niezbyt przyjaznym, co płynie w Twoich żyłach. Chociaż nie leży to w mojej naturze, a zazwyczaj innych najchętniej pozabijałabym, a nie pomogła, to Ciebie szanuję z względu na to, że byłaś tu, kiedy się tu pierwszy raz pojawiłam, więc... Tak właściwie przyszłam się dowiedzieć, czy ta plotka jest prawdą. A jeśli tak, spytać, jak mogę pomóc. (...) A co do tego, co mogę zrobić.. Cóż, może nie mogę nic, a może mogę sporo. Wszystko zależy, jak bardzo chcesz coś zdziałać. I czy któryś rodzaj pomocy przypadnie Ci do gustu."
Po opuszczeniu polany poszłam z Arjuną do jej jaskini, by ta zmieniła jej opatrunek. Rana na brzuchu wciąż wyglądała paskudnie, jednak dzięki pomocy przyjaciół zaczynała się już goić. (...) Wraca do swojej jaskini, idąc przez las, pod osłoną gwiazd. Nagle dopada ją atak. Gwałtowna kurtyna ciemności opadła na jej oczy, świat zdawał się wirować - straciła równowagę, upadła. Poczuła jak z nosa wycieka jej krew, jak w płuca nie może złapać tchu. Wpada w panikę. "Nie... Czemu teraz? Nie chcę o tym myśleć. Nie chcę jeszcze odchodzić..." - ale myśli same napływają jej do głowy, siłą wdzierając się ro zrozpaczonego umysłu. Przypominają jej się słowa Shrew; fałszywa nadzieja. Myślała, że już się pogodziła ze swym losem, zaakceptowała bieg wydarzeń, a jednak nachodziły ją wątpliwości. Nie chciała o tym myśleć, nie teraz, kiedy jest tak miło, dobrze, ciepło na sercu. gdyby miała jeszcze trochę czasu...
7 stycznia
Przeczytała wstęp i przeznaczony dla niej list. Szare tęczówki śledziły linijki drobnego tekstu, kiedy szybko pochłaniała wzrokiem kolejne słowa. Jej twarz nie zmieniła wyrazu, jedynie spojrzenie stało się jakby nieco chłodniejsze. Kiedy skończyła, uniosła oczy, jednak nie było nikogo, komu mogłaby odpowiedzieć. Za to w głowie pojawiła się plątanina nieprzyjemnych myśli. Jedna za drugą, każda pociągała kolejną, tworząc chaos, jakby zbierały się chmury burzowe.
Dziewczyna nadal skryta pod fasadą zimnego spokoju zmięła w rękach kartkę papieru. Nic nie powiedziała. Zacisnęła jedynie wargi i bez słowa odeszła.

7-9 stycznia
Baru odszedł. Natomiast Al była zła. Na niego. I na siebie. Oczywiście też się martwiła, jednak w porównaniu do reszty było to znikome. W tej chwili bardziej obchodził ją własny los i to co dla niej oznaczało zniknięcie czarnego basiora. Była zła, że ją uprzedził. Była zła, że zniknął, że zepsuł jej plan. Bo miała odejść ze spokojem w sercu, z myślą że ktoś zajmie się stadem, kiedy jej nie będzie. A teraz? Czy nadal mogła na to liczyć? I wraz z jego odejściem znów to poczuła. Ciężar odpowiedzialności, od której nie było odwrotu. Zbliżające się kajdany, które chciały ją pochwycić, uwięzić. Musiała czym prędzej uciekać. I nienawidziła siebie za te myśli. Patrząc na połamane palce Tin, na rzewne łzy Dalii, jak mogła nie mieć wyrzutów sumienia? Wstyd jej było za samą siebie, za myśli, za egoizm.

Noc 9/10 stycznia
- Tęskniłam. Jak Ci się żyje, kochana? - Czując muśnięcie, wyciągnęła głowę najbardziej jak umiała, ocierając się o pysk przyjaciółki. Końcówka ogona poruszała się delikatnie na boki. Mimo, że wyglądała na niewzruszoną to spotkanie przywołało masę wspomnień i w rzeczywistości była niesamowicie szczęśliwa, czując jej bliskość. 
- I ja również. - Odparła cichym, miękkim głosem. - Spokojnie, choć kłopoty ostatnimi czasy postanowiły same mnie odnaleźć. - Powiedziała, wspominając rany jakie zaledwie kilka dni temu odniosła. Nie chciała jednak zbędnie martwić przyjaciółki, opowiadając o swych zmartwieniach, które niestety zbyt często do niej powracały. - Wiesz, trochę tu smutno bez Was. Trochę samotnie. Mimo, że Stado żyje, mam wrażenie jakbym sama zatrzymała się w czasie. 
- Bez nas? - Kotka zerknęła w górę w oczy wilczycy. Zastanawiała się kogo dokładnie miała na myśli. Dodatkowo trapiło ją kilka innych rzeczy. 
- Bez Was. - Potwierdziła mgliście, nie wyjaśniając nic więcej. Bez Lu, bez Szery, Aspeney, Gloli, Lady Killer, Destroy, Anaid, Kitsune.... bez wszystkich. Bez nich i bez wielu innych osób, zbyt wiele ich było by samica zdołała przywołać ich, nawet teraz, w swych myślach.
Styczeń, później

„Zawsze podziwiałam to jak mocno czujesz.” Aż mnie coś ścisnęło w środku jak to przeczytałam. Mówisz serio? Bo nie jestem pewna czy jest co podziwiać… Tego jest tyle… emocje, uczucia tak sprzeczne ze sobą, że aż mnie od nich mdli. Z drugiej strony zaś mam wrażenie jakbym była pusta, jakby to wszystko było odległe, nic nieznaczące.
Serio tak myślę, nosisz w sobie tyle piękna i smutku zarazem, masz wspaniałe myślenie. Naprawdę, Al, wiem, że to Cię czasem przerasta, ale doceń to, nie każdy tak ma. Ty się zastanawiasz, a niektórzy tylko istnieją.

piątek, 9 stycznia 2015

...

Duch Lasu.
Strażnik.
Opiekunka.
Czuwa i obserwuje.
Rozpościera skrzydła ochrony.
Umiera.
Stare blizny.
Rany znów otworzą.
Znajome kajdany.
Ciężkie, zimne, bezlitosne.
Runą w dół, ciągnąc za sobą.
Koniec. Upadek. Nie ma już nic.
Tylko bezdenna otchłań.

Trochę nostalgii, tęsknoty i wspomnień.

     Spod półprzymkniętych powiek złote ślepia samicy śledziły z wolna przygasające płomienie. Błyszczące iskry leniwie płynęły w kierunku otwierającej się nad nimi połaci ciemnego firmamentu. Znikały w eterze, niezdolne dosięgnąć atramentowej czerni, usianej girlandami srebrzystych gwiazd. Na polanie panowała cisza. Obydwie samice od dłuższego czasu pozostawały w milczeniu, pogrążone we własnych rozmyślaniach.

     Kotka cichutko przydreptała do ogniska. Usiadła za nim, czekając, aż wilczyca ją zauważy. Ogniki odbijały się w jej oczach, teraz ciemnych jak otaczającą je noc. Łapka ugniatała śniegowe kuleczki, nieprzerwanie wpatrując się w postać na przeciw niej.

     Zdało jej się, że wśród drżących, niepewnych cieni ujrzała czyjąś drobną sylwetkę. Płomienie, odbijające się w okrągłych, smolistych źrenicach. Otworzyła szerzej oczy, a jasne ślepia rozbłysły na moment w mroku. Czyżby przysnęła i podświadomość podsunęła jej mglisty obraz utkany z cienistych wspomnień? Przechyliła głowę, a czarne kosmyki włosów zsunęły się na smukły pysk. Spojrzała poprzez tańczące smugi ognia. Jej ślepia spotkały się z błękitnymi tęczówkami kotki.
     Ta mruknęła przeciągle jakby chcąc utwierdzić towarzyszkę w tym co zobaczyła. Obeszła ognisko i otarła się o bok wilczycy, po czym okrążyła ją i usiadła między jej łapami, utkwiła wzrok w oddali i mruczała cicho.
     Samica poczuła jak na widok przyjaciółki w sercu rozlewa się przyjemna fala ciepła. Oczy pojaśniały z radością spoglądając na połyskujące białe futro kotki. Musnęła wilgotnym nosem jej ucho. Tak się cieszyła na jej widok, tak bardzo. Tak bardzo brakowało jej znajomego ciepła przyjaciół. Ich bliskości, głosu i rozmów.
     - Tęskniłam. Jak Ci się żyje, kochana? - Czując muśnięcie, wyciągnęła głowę najbardziej jak umiała, ocierając się o pysk przyjaciółki. Końcówka ogona poruszała się delikatnie na boki. Mimo, że wyglądała na niewzruszoną to spotkanie przywołało masę wspomnień i w rzeczywistości była niesamowicie szczęśliwa, czując jej bliskość.
     - I ja również. - Odparła cichym, miękkim głosem. - Spokojnie, choć kłopoty ostatnimi czasy postanowiły same mnie odnaleźć - Powiedziała, wspominając rany jakie zaledwie kilka dni temu odniosła. Nie chciała jednak zbędnie martwić przyjaciółki, opowiadając o swych zmartwieniach, które niestety zbyt często do niej powracały. - Wiesz, trochę tu smutno bez Was. Trochę samotnie. Mimo, że Stado żyje, mam wrażenie jakbym sama zatrzymała się w czasie.
     - Bez nas? - Kotka zerknęła w górę w oczy wilczycy. Zastanawiała się kogo dokładnie miała na myśli. Dodatkowo trapiło ją kilka innych rzeczy. - Aluś. Powiedz mi. Od kiedy zniknęłam... Team nie pojawiał się już nigdy więcej? - Oczy kotki straciły odrobinę na swoim dotychczasowym blasku przy tym wspomnieniu. Odległym, acz wciąż żywym.
     - Bez Was. - Potwierdziła mgliście, nie wyjaśniając nic więcej. Bez Lu, bez Szery, Aspeney, Gloli, Lady Killer, Destroy, Anaid, Kitsune.... bez wszystkich. Bez nich i bez wielu innych osób, zbyt wiele ich było by samica zdołała przywołać ich, nawet teraz, w swych myślach.- Lu... - westchnęła cicho, ledwo słyszalnie, spoglądając łagodnie na kotkę. - Nigdy więcej, Lu. - Odparła szeptem na jej pytanie.
     - Samotny duch. Okrucieństwem byłoby go gdzieś zatrzymywać. Mimo, że odejścia bolały. - Uśmiechnęła się delikatnie. - Ciekawa jestem gdzie i z kim teraz umiera. Nie powiem, że nie chciałabym go kiedyś jeszcze zobaczyć. Ale nie ma nad czym myśleć. - Kotka wtuliła się w sierść na piersi Aldieb. Tu była bezpieczna. - Brakuje tych czasów, prawda?
     Uśmiechnęła się delikatnie, słuchając słów białej kotki. Przechyliła lekko łeb, na moment zaglądając w jej jasne oczy. - A i owszem, brakuje. Zawsze będzie brakować, ale cóż poradzić.

środa, 7 stycznia 2015

Fałszywa nadzieja.

      - Mnie masz na myśli? - Shrew przekrzywiła rogaty łeb, podchodząc do zbiorowiska. - Dobry wieczór. Co w stadzie słychać?
      Baru zerknął na przybyłą. - No witam witam, dawno Cię u nas nie było. - posłał jej lekki uśmiech.
      - Salve, Shrew. - Przywitała się Aldieb, widząc znajomą postać. Chciała do niej pomachać, jednak ręce miała zajęte głaskaniem futrzaków.
      - Dobry. - Asmo spojrzał na kogoś, kogo niezbyt kojarzył i spojrzał na Ar. - Ty się nie zbliżaj nawet nienormalny demonie.


      Shrew przyjęła ludzką postać. Zgarnąwszy ciemne włosy na jedno ramię, uśmiechnęła się obłudnie do wszystkich, po czym skierowała swoje kroki bliżej Aldieb. - Doszły mnie słuchy od pewnego piekielnika, że jest coś, co lepiej żebyś wiedziała. W zasadzie przyszłam porwać Cię na chwilę i wypytać, bo może już wiesz.
      - Hm? - Al zmarszczyła brwi, spoglądając na kobietę. Dobry humor, który utrzymywała, nagle gdzieś wyparował, zastąpiony czujnością. Słowa Shrew wywołały w niej dziwny niepokój. Spojrzała na nią pytająco, czekając na wyjaśnienia.

     - Doszły mnie niepokojące wieści o czymś niezbyt przyjaznym, co płynie w Twoich żyłach. Chociaż nie leży to w mojej naturze, a zazwyczaj innych najchętniej pozabijałabym, a nie pomogła, to Ciebie jednak szanuję ze względu na to, że byłaś tu, kiedy się tu pierwszy raz pojawiłam, więc.. Tak właściwie przyszłam się dowiedzieć, czy ta plotka jest prawdą. A jeśli jest, spytać, jak mogę Ci pomóc.
     Czarnowłosa zesztywniała. Jej oczy zasnuły się cieniem, w miarę jak Shrew wypowiadała kolejne słowa. Wbiła wzrok w ziemię, przez dłuższą chwilę pogrążona w niechcianych myślach, które wcześniej kryły się gdzieś w głębi jej umysłu. Zmrużyła oczy, podnosząc spojrzenie na dziewczynę. - Dziękuję. - Odparła, jej głos lekko drżał.- Jednak wątpię, żebyś mogła mi pomóc, nawet gdybyś chciała.
     Shrew przekrzywiła głowę. - Zdecydowanie nie chciałam zepsuć Ci humoru. A co do tego, co mogę zrobić.. Cóż, może nie mogę nic, a może mogę sporo. Wszystko zależy, jak bardzo chcesz coś zdziałać. I czy któryś rodzaj pomocy przypadnie Ci do gustu. Ale to dłuższa rozmowa i proponuje odbyć ją, kiedy obie będziemy wypoczęte. - Posłała jej lekki uśmiech.

     Dopiero po słowach Shrew zdała sobie sprawę, z tego, że cała zesztywniała. Rozluźniła napięte mięśnie i wypuściła powoli powietrze, starając się rozluźnić. Przymknęła na moment powieki. Po krótkiej chwili uniosła już spokojniejsze spojrzenie na dziewczynę. W szarych oczach odbijały się żwawo tańczące płomienie. - Jeżeli rzeczywiście można coś z tym zrobić, będę wdzięczna za Twoją pomoc. - Powiedziała, chociaż powoli zaczęła się już przyzwyczajać do myśli, że nie ma dla niej odwrotu. - W porządku. - Kąciki jej ust drgnęły w nikłym uśmiechu. - Porozmawiajmy o tym przy najbliższej okazji.
     - Myślę, że kto jak kto, ale ja już mam doświadczenie w takich sprawach. - Zamruczała i mrugnęła do niej, po czym rozejrzała się. - Zabawne. Ilekroć znajdę się na powierzchni, nie mogę znaleźć Ku'ugana i Antherisa. Widziałaś ich gdzieś może? 
     Al zmarszczyła nieznacznie brwi. - Nie kojarzę tych imion. O ile nie mają innych, niestety nie mogę Ci pomóc.
(...)

poniedziałek, 5 stycznia 2015

5 stycznia

     Dziewczyna siedziała na kłodzie, grzejąc się przy rozpalonym ognisku. Płomyki ognia, tańczyły żwawo, posyłając w ciemniejące niebo iskry. Rzucając migotliwe cienie na jasną skórę i hebanowe włosy.
     W drzewie coś zaszumiało, zaburczało, zaskrzypiało, spadło kilka liści i po chwili na polanie pojawiła się Tinka. - Spadłam. - Oznajmiła, widząc Al i pozdrawiając ją uśmiechem otrzepała futro z ziemi. Podeszła do dziewczyny i usiadła obok. - Nieczęsto widuję Cię w ludzkiej postaci.
     Czarnowłosa podniosła rękę i zamachała wilczycy na powitanie. - Witaj, Tinka. - Uśmiechnęła się kącikiem ust. - Tak, to prawda, jakoś tak wyszło. Po za tym po przemianie gorzej by się goiły. - Odparła nieco niejasno, mając na myśli ranę, którą niedawno odniosła.
     Samica przechyliła łeb na bok, marszcząc swoje wilcze brwi. - Co by się goiło? W jakie krzaki wpadłaś? - Spytała zmartwiona.
     - W zabójcze. - Odparła Al, krzywiąc się nieznacznie. - Z dużymi, ostrymi kolcami. - Podniosła warstwy ubrań, żeby pokazać wilczycy opatrunki na brzuchu, na których widniały blade plamy zaschniętej krwi. Po skórze powiał chłodniejszy wiatr, więc szybko się zakryła. - Coś mnie zaatakowało. Ale nie wiem dokładnie co to było. - Zmarszczyła brwi. Zastanawiała się nad tym już od kilku dni i nadal nie potrafiła nic konkretnego wymyślić. - Nie wiem, coś pomiędzy duchem, a demonem. Tylko, że jedno i drugie zazwyczaj potrafię wyczuć, a od tego stworzenia nic nie wyczułam. I właściwie nawet nie wiem czego chciało i czemu jeszcze żyję. - Przyłożyła dłoń do czoła, czując nagły ból głowy. Syknęła cicho. - Straciłam pamięć, nie mam pojęcia co się działo, po tym jak ta istota mnie raniła i nie wiem jakim cudem trafiłam do swojej jaskini.
     - O, Al. - Mruknęła, trącając ramię dziewczyny nosem. - Dowiesz się tego. Jeśli będzie trzeba, pomożemy Ci. - Usiadła w taki sposób, by osłaniać Aldieb przed wiatrem.

***
     Skrzydlata wilczyca szła w kierunku polany po śnieżnym puchu, który skrzypiał pod jej łapami. Mrucząc coś pod nosem doszła do kresu swej wędrówki. Weszła na polanę i rozglądając się nikogo nie zauważyła. Udała się dalej i dostrzegła blask ognia, a jego blade światło padała na... człowieka? Tak, na te istoty, których tak nie znosiła. Na jej pysku pojawił się grymas obrzydzenia. Po chwili przypomniało jej się, że sporo członków posiada przemianę. Zaczęła węszyć. - Al. - Westchnęła i mimo wszystko pojawił się na jej pysku uśmiech. Cóż, ona mogła nie znosić ludzi, ale jeżeli to była przemiana kogoś z członków nie miała nic do gadania, bowiem to nie była jej sprawa i również owa przemiana nie była zakazana. - Ohayo Al. - Usiadła koło niej.
     - Salve, Ar. - Dziewczyna przywitała się, podnosząc głowę, wyrwana z zamyślenia. Uniosła kącik ust w delikatnym uśmiechu. Wyciągnęła ręce przed siebie, opierając podstawy dłoni o kolana, żeby ogrzać zmarznięte palce.
     - Ludzie. - Spojrzała w głąb ognia. -Jacy oni są słabi. - Owinęła jej dłonie w ogony by było jej cieplej. Miała nadzieję, że samica się na nią nie obrazi. Raczej każdy wiedział, że nie znosi tych istot. Jednak przemiany jej przyjaciół jej nie przeszkadzały, a opinie na temat innych członków trzymała do siebie. Ujawnienie ich było by złośliwe, a to nie wypadało. - Mam nadzieje, że nie masz mi za złe to co powiedziałam. - Spojrzała na przyciaciółkę w ludzkiej postaci.
     - Nie, wręcz przeciwnie, zgadzam się z Tobą całkowicie. - Uśmiechnęła się lekko, wyjęła jednak dłonie i zamiast tego położyła je na miękkim, gładkim futrze. Nie było jej bardzo zimno, po prostu lubiła czuć przyjemne ciepło ognia na skórze.

***

     Tym razem nie przyszedł jako człowiek. Dlaczego? Bo po prostu nie. Miał wyjątkowo ochotę na rude futerko. I nie ma kurde gadania, że jak rudy, to przyjaciół nie ma. Machając leniwie puszystą kitą, wyszedł spomiędzy drzew i rozejrzał się. Uśmiechnął się, widząc Alutkę i zaraz do niej podszedł, ocierając się lekko o jej bok. -No cześć. - powiedział, siadając niedaleko niej, by móc się grzać i przy okazji w miarę wygodnie rozmawiać, bez potrzeby unoszenia niewygodnie łba.
     - Hej, Serek. - Uśmiechnęła się i pogłaskała lisa po łbie, zanurzając opuszki palców w gęste, miękkie futro. - Ale Wy się wymieniacie. Najpierw Tin, potem Ar, a teraz Ty. - Odchyliła się nieco, opierając się na rękach. - Nie dałoby się tak wszyscy naraz? Mam ochotę, żeby zagrać w HOTN. - Poskarżyła się, ubolewając nad swoim ciężkim losem.
     - Ale moje futerko jest bardziej aksamitne. - Zaśmiała się Ar, nagle wychodząc z cienia i patrząc na Serka. - Ohayo Serek. - Spojrzała na Al. - A wiesz? Też bym se zagrała, wieki w to nie grałam.
     - O, tak, tak. Byłoby świetnie. - Oczy dziewczyny wyraźnie się ożywiły. - Tylko trzeba wykombinować jakiś patyk albo butelkę.
     -Cześć, Ar. - przywitał się lis, przeciągając zaraz. -No bo my tak lubimy się wymieniać, sama rozumiesz... - nieważne, że to nie miało żadnego sensu. Słysząc Arjunę, zaśmiał się. -Ej, ej. Chciała byś moje futerko prawie nie śmigane. - pokazał jej koniec języka.
     Też wytknęła mu język. - Ale ja jestem samicą, my mamy lepsze futerko. - Zaśmiała się wesoło. - Patrz Alu. - Wskazała na dorodną gałązkę koło ogniska, która była idealna do HOTN. - Ta byłaby idealna.
     Przypatrzyła się gałązce. Z jednej strony koniec był grubszy, z drugiej cieńszy i rozgałęziony. - Rzeczywiście. - Uśmiechnęła się do wilczycy. Wyciągnęła rękę, by ją podnieść, pochyliła się przy tym lekko, jednak nagle się zatrzymała, czując silne ukłucie bólu. Syknęła i skrzywiła się nieco. - Za daleeeko. - Wyjęczała jakby była rozkapryszonym dzieciakiem.
     -W sumie nie przepadam za tą grą, bo jestem leniem. - mruknął Serek, znając życie i tak będzie grał, bo dziewczyny i w ogóle. Spojrzał na Al trochę zdziwiony, gdy się tak skrzywiła. - Ej... Coś nie tak? Coś Ci się stało? - spytał zaraz.
      Arjuna przybliżyła kijek w ich stronę ogonem. - Alu co się stało? - Przyjrzała się Al i bez jej zgody dotknęła jej pleców. - O cholera, jakie napięte. - zmarszczyła na chwile brwi. - Co ostatnio robiłaś w ludzkiej postaci?
     - Ja? Nic. Trochę umierałam. Potem spałam. Potem było lepiej, mogłam zacząć się ruszać. Yyy, no więc nie biegałam, starałam się tylko ostrożnie chodzić i siedzieć bądź leżeć. - Odparła trochę bezsensownie na pytanie, choć z jej punktu widzenia wszystko było logiczne.
     - Co...? - spytał Ser, nie bardzo rozumiejąc, co ona w ogóle chce im przekazać. -Czyli co konkretnie Ci się stało, bo jakoś nie zrozumiałem.
     Ar też nic nie zrozumiała z tej paplaniny. - Nie wiem o co ci chodzi, na ludziach się nie znam, oni mają swoich medyków. - Spojrzała na Al. - Jednak o jednej słyszałam zwała się grypa, o ile się nie mylę. - Zrobiła zamyśloną minę.
     Czarnowłosa ostrożnie sięgnęła po patyk i zaczęła obracać go między dłońmi. Skrzywiła się nieznacznie, nie lubiła się powtarzać, a dzisiejszego dnia zdążyła już opowiedzieć tę historię Tince. - Coś mnie zaatakowało. - Zaczęła po chwili ciszy - Nie wiem dokładnie co to było. I nie wiem też dlaczego jeszcze żyję, bo straciłam pamięć. Od momentu kiedy mnie zraniło. - Podniosła na moment ubrania, żeby pokazać partacko zrobione opatrunki na brzuchu. Rany były głębokie i w ciągu kilka dni nie miały prawa zdążyć się zagoić. Al powinna leżeć i się nie ruszać, mimo to nie potrafiła usiedzieć na miejscu. Dlatego bandaże, mimo że niedawno zmieniane, znów zabarwiły się rdzawymi plamami.
     Lis skrzywił się, czując krew. Nie lubił tego zapachu, jakoś tak samo... -Poczekaj tu... Te bandaże trzeba zmienić, Mała. - powiedział i zaraz się podniósł, biegnąc w stronę jaskini. Tam powinien mieć jakieś bandaże, może jakaś apteczka też się znajdzie. Skoro czasem sam był łamagą, to miał z miasta.
     Al nie zdążyła nic powiedzieć, a ruda kita już zniknęła pomiędzy zaroślami. Zagryzła wargę. Sama znała podstawy pierwszej pomocy, uczyła się też kiedyś podstaw zielarstwa, no i była szamanką, także potrafiła zająć się drobnymi ranami, czy też przygotować wywar z ziół, który przyspieszyłby gojenie. Jednak rzadko kiedy miała do czynienia z poważnymi ranami, po za tym co innego było leczyć innych, a co innego siebie, szczególnie jeżeli było się pół przytomnym i miało się gorączkę.
     Arjuna wysłuchała uważnie jej opowieści. - Trzeba tym czymś się potem zająć. - Skrzywiła się, patrząc na jej rany. - Mogę się tym zająć i mam jakieś bandaże, ale skoro Serek już po nie pobiegł to trudno, poczekamy na jego bandaże. I owszem powinnaś leżeć, może nie znam się na ludziach, ale na pewno jak i wilk z takimi ranami powinnaś biegać, każdy głupi to wie. - Podeszła do niej bliżej.
     - Ar, co chcesz zrobić...? - Spytała, niepewnie spoglądając na wilczycę. Wiedziała, że samica znała się na leczeniu, wiedziała też, że jej metody różnią się od tradycyjnych. Nie potrafiła rozpoznać istoty, która ją zaatakowała, także miała pewne obawy, czy rana w zetknięciu z magią leczniczą Arjuny odpowiednio zareaguje.
     Serek wrócił po kilku minutach, już pod postacią ludzką. I tyle chociaż dobrego, że znalazł tę apteczkę. Przyklęknął przy Aldieb, rozkładając się ze sprzętem. W sumie kilka gaz, bandaży, rękawiczki... Kilka plastrów i woda utleniona. Takie serio najpotrzebniejsze rzeczy tylko miał, ale zawsze. -Ar, mam nadzieję, że się na tym znasz, bo ja to tak niezbyt... Nie mówiąc już o tym, że jak pod tą postacią siedzę i czuję jej krew, to robię się głodny. - zaśmiał się pod nosem, może trochę zażenowany.
     Spojrzała to na Serka, to na Ar, nieco zbita z tropu zamieszaniem, które stworzyło się wokół jej osoby. W gruncie rzeczy nie była przyzwyczajona, do skupiania na sobie całej uwagi, dlatego poczuła się dosyć nieswojo, chociaż jednocześnie cieszyła się, że przyjaciele się o nią martwią. Miała tylko nadzieję, że nie robi im kłopotu.
     Ar po chwili odpowiedziała na zadane jej pytanie. - Moje metody leczenia nie działają na ludzi tak jak powinny. Musze zużyć znacznie więcej siły, jakbym smoka próbowała leczyć. Więc albo codziennie po trochu, albo od razu z kiepskim skutkiem dla mnie. - Zaśmiała się. - To ostanie powiedziała dla żartu. - A teraz na poważnie. Szczerze? Tylko trochę. Ale wiem do czego służą bandaże i to coś białe miękkie. Jednak to coś w butelce nie, wole swoje medykamenty do odkażania. - Skrzywiła się patrząc na buteleczkę, gdzie było napisane "woda utleniona" w nieznanym jej języku.
     -Obudziłam się w formie ludzkiej i od tamtej pory się nie zmieniałam. Mam wrażenie, że mogłoby to źle wpłynąć na gojenie się. - Wyjaśniła dziewczyna, choć w sumie nikt o to nie pytał, jednak poczuła jakąś potrzebę usprawiedliwienia się przed Ar. - A to, to, nie gryzie. - Uśmiechnęła się lekko, widząc minę wilczycy. - No i wolałabym, żebyś się nie przemęczała. Wystarczy, żebyś spojrzała na ranę i powiedziała co o tym myślisz, no i pomogła mi w jej oczyszczeniu i założeniu opatrunku.
     Ar bez słowa podeszła od tyłu do Al i zdjęła z niej przebite jej krwią bandaże. Użyła swojej magii by lekko podleczyć jej rany, niestety jej sił starczyło tylko na tyle by przestały tak mocno krwawić. Więcej na dziś nie da rady - zdecydowała po tym jak poczuła się osłabiona. Następnie wyciągnęła z worka, którego dostała na gwiazdkę, pewien liść. Przejechała nim po ranach, w celu odkażenia ich i założyła opatrunek jakby zakładała go wilkowi. O dziwo udało się.Wyglądało na to, że i ludziom i wilkowi zakłada się tak samo opatrunek. - Gotowe. - Zamknęła na chwile oczy i wzięła głęboki wdech i wydech.
      - Wygojenie tych ran Al groziło by mi serio śmiercią. - Spojrzała na nią. - Nie wiem co z nimi jest nie tak, ale tyle ze mnie wysysają energii jak pijawy. - Skrzywiła się
     - Dziękuję. Od razu mi lepiej. - Powiedziała szarooka, choć chwilę temu, krzywiła się, zagryzając zęby, kiedy po jej ciele rozbiegło się nieprzyjemne mrowienie, a rana zaczęła piec. Teraz jednak poczuła łagodzący chłód leczniczych ziół, które użyła Arjuna. - Też tak mi się wydawało, że to nie są zwykłe rany. Naprawdę, nie wiem o co w tym wszystkim chodzi. - Przeczesała włosy ręką w nerwowym geście.
     -Noo.. Alutka, na jutro przyniosę Ci zapas bandaży. - Odezwał się Serek - Może uda się znaleźć coś na gojenie ran, co by Ar się też tak nie męczyła... O jakieś zioła czy coś też powinienem pytać? - zwrócił się na koniec do Arjuny, zmieniając się znów w lisa, bo zapach krwi serio trochę drażnił i nęcił. Ciężkie życie krwiopijcy, choć jego pragnienie zazwyczaj nie było za wielkie, nie dało się go całkowicie ugasić, niestety.
     - Dzięki, Serek. - Al posłała mu lekki uśmiech. - To jak? Gramy w końcu w tą butelkę, czy nie?
     Ar ponownie wzięła duży wdech i wydech. - Jeżeli codziennie po trochę będziemy cię leczyć, to nie ma się co bać. - Podrapała się za uchem. - Wszystkie ludzkie rany tak na mnie działają, a ludzkich chorób nie potrafię wyleczyć, cóż wyraźnie moja magia na ludzi nie działa. - Westchnęła, poczuła się dziwnie nie mogąc jej pomóc.
     - To jak ci już lepiej, to możemy zagrać. - Dodała, uśmiechając się.
     - Tak, zdecydowanie lepiej, dzięki Tobie. Jeszcze raz dziękuję, Ar. W takim razie kto zaczyna?
     -Hę... Mogę nie ja zaczynać? Nie lubię... Nigdy nie mam pomysłu. - uśmiechnął się Serek, podkładając do ogniska, co by im nie wygasło.
     - No niech będzie. To je zacznę. - Al trąciła patyk dłonią, żeby zawirował. Charakterystyczna końcówka zatrzymała się na wilczycy. - Ar, HOTN? - Spytała z lekkim uśmiechem.
     Gdy Arjuna usłyszała swe imię spojrzała na Al. - Hmmm będzie zabawnie, bo nigdy tego nie wybierałam niech będzie H. - Zaśmiała się głośno, miała dziś bardzo dobry humor.
     - Hm. - Tego się nie spodziewała. Zmarszczyła brwi, w zamyśleniu. - No dobrze, w takim razie pocałuj się w ucho. - W jej oku błysnęła złośliwa iskierka.
     - Nie dam rady, ale spróbuję. - Śmiejąc się próbowała pocałować się w ucho, co wyglądało nadmiar komicznie.
     Aldieb zaśmiała się, widząc wysiłki Arjuny. Lekkie kłucie przypomniało jej, że nie powinna się nadwyrężać, więc postarała się nieco stłumić śmiech, choć nie do końca jej to wyszło.
     - Może być? - Wilczyca sama się śmiała.
     - Myślę, że może być. No i to chyba na tyle jeśli chodzi o granie. - Stwierdziła, widząc, że Serek się zbiera.
     - Menda sobie poszła. - Spoglądała tam, gdzie Serek zniknął.
     - Ano. Bał się, że też mu każemy kogoś całować. - Zaśmiała się lekko.
     - Oj tam nie mam wścieklizny. - Udała, że się ślini.

***
     Tym razem już nie spadła, lecz zeskoczyła z drzewa. Chyba coś ją niesamowicie nurtowało w tych gałęziach. W każdym razie zabawnie wyglądała, dość niezgrabnie lądując w śniegu pomieszanym z błotem. Otrzepała się i podeszła do obecnych na polanie. - Przepraszam, że zniknęłam. Al, można Ci jakoś pomóc?
      Nic się nie stało, Tin. - Uśmiechnęła się, widząc wilczycę. Wyciągnęła łapki, by zanurzyć palce w jej gęstym, grubym futrze. - Już nie trzeba. Arjuna i Serek mi pomogli. Jak im powiedziałam o ranie, to zanim zdążyłam policzyć do trzech, Serek natychmiast pobiegł po bandaże i inne środki do odkażania, a Ar od razu zabrała się do leczenia. - Uśmiechnęła się na to wspomnienie, przyjaciele niesamowicie poprawili jej humor.
     - To dobrze. Dobre wilki. - Uśmiechnęła się i położyła się z łbem na kolanach Al. Westchnęła głęboko, z przesadą, teatralnie. - Nie mogę ich znaleźć, ahh. Ehh. - Powiedziała tajemniczo, czekając, aż zostanie spytana o co chodzi. Taka z niej bestia.
(...)


Autorzy: Aldieb, Tin, Arjuna, Syriusz