środa, 14 marca 2012

Dobranoc, Ćmy.

[14.03.2012, HOTN]

.Muzyka.
[Podkład może niektórym nie pasować, ale osobiście uważam, że jest potrzebny, żeby uchwycić klimat tego opowiadania. Należy zacząć czytać dopiero wtedy kiedy zacznie się muzyka, a drugi akapit powinien zacząć się wraz ze zmianą melodii.]
          Wyrwana z zamyśleń, przez nagły wybuch śmiechu, zamrugałam parokrotnie powiekami, po czym powiodłam wzrokiem po polanie. Na moim pysku mimowolnie pojawił się uśmiech. Ciepłe refleksy bijące od rozpalonego na środku ogniska, błyskały po smukłych pniach drzew, nadając im tajemniczego, ale zarazem swojskiego wyglądu. Pod ich szerokimi koronami znajdowało się parę osób, które właśnie grały w stadną butelkę, nazywaną przez Nas, od nazwy stada, „HOTN”.
          Teraz była kolej Tin. Wprawnym ruchem zakręciła butelką, a ta wykonawszy kilkanaście obrotów zwolniła, ostatecznie zatrzymując się na Fene. Wszystkie pary oczu powędrowały ku miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą siedziała. Kątem ślepia dostrzegłam, jak dziewczynie pytanie zamarło na ustach. Potrząsnęła głową i rozejrzała się po zebranych, pytając czy ktoś widział, gdzie poszła Fenka. Wszyscy, włącznie ze mną zaprzeczyli.
          Arashi, jako ochotniczka, przetrząsnęła okoliczne krzaki, jednak wśród wydeptanych ścieżek tak wielu stworzeń trop podrostka gubił się niemalże natychmiast, a jej samej nigdzie nie było widać.
          Po krótkiej chwili zastanowienia postanowiliśmy jej szukać. Luna, której zdolności pomagały nam niezwykle często, wykryła niespotykany wzrost energii magicznej, który układał się w dość chaotyczny ślad. Nie mając żadnej innej poszlaki, ruszyliśmy za nim.
          Lu prowadziła Nas przez sam środek Lasu Śmierci, klucząc pomiędzy drzewami i pagórkami. Czasami miałam wrażenie, że zataczamy kręgi, a potem okazywało się, że jesteśmy w zupełnie innej części lasu. Mimo, że mieszkałam tu już tak długo, miejsce to nadal było dla mnie tajemnicą. Wiedziałam, że nie zrobi Fene krzywdy, chyba, że sama by się o to prosiła, a i stworzenia w nim mieszkające nie będą jej się naprzykrzać. Jednakże bywały takie noce… noce, podczas których wszystkiego można się było spodziewać, ponieważ Las żył swoim własnym życiem.
          W pewnym momencie nasza przewodniczka się zatrzymała. Uniosła palec wskazujący do ust, nakazując nam ciszę. Przesunęła gęste zarośla na bok, tak żebyśmy wszyscy mogli zobaczyć, co się za nimi kryje.
          Naszym oczom ukazało się niewielkie oczko wodne, otoczone girlandami nocnych kwiatów. Ich jedwabiście białe płatki zdawały się połyskiwać w świetle księżyca. Wśród nich, po drugiej stronie zbiornika siedziała Fene, jak gdyby nigdy nic wesoło merdając ogonem i ze  szczenięcym uśmiechem na pysku rozglądając się dokoła. A było co podziwiać, wszędzie gdzie tylko spojrzeć, można było dostrzec wdzięcznie fruwające ćmy. Świeciły one własnym srebrzystym blaskiem, nadając otoczeniu magicznego klimatu.
          – Ćmy mnie zaprowadziły. – Powiedziała, spoglądając na Nas, jakby to było rzeczą najoczywistszą na świecie, po czym jej błękitne ślepka powędrowały ku dzielącemu nas odbiciu tarczy księżyca.
  
          I wtedy to się wydarzyło. Nagle coś przecięło skrzącą się powierzchnię wody, wypryskując z niej prosto w powietrze. Ćma rozpostarła ogromne, a zarazem lekkie jak pajęczyna skrzydła  i pofrunęła w górę. W noc…

niedziela, 11 marca 2012

Pierścień Czarnego Feniksa, cz. VII

[11.03.2012, HOTN]

          Teraz.
          Uda mi się…
          Biegłam tak szybko, że moje łapy ledwie dotykały podłoża. Mknęłam, muskając kamienną posadzkę jedynie opuszkami łap. Wszystko się wokół mnie zamazywało. Tworzyło nieokreśloną plamę, skupiającą się bezpośrednio przede mną. Wiatr, spowodowany pędem, czesał palcami moje futro. Gładził policzki i wyciskał łzy z oczu. A ja biegłam, ze wszystkich sił, jakie jeszcze drzemały w moim ciele. I jeszcze szybciej. Niczym uskrzydlona, niepokonana…
          A wszystko za sprawą nagłego podmuchu świeżego powietrza. To mogło oznaczać wolność. W końcu mogłam wydostać się z tego labiryntu. Każdy krok przybliżał mnie do wyjścia. Wystarczyło jeszcze tylko chwilę wytrzymać. Jeszcze tylko moment…
          Przy kolejnym długim susie moim ciałem nagle coś szarpnęło. Z niesamowitą siłą zostałam posłana na przeciwległą ścianę. Z głuchym odgłosem uderzyłam o twardy kamień i osunęłam się na ziemię z cichym jękiem. Potrząsnęłam głową, pozbywając się sprzed oczu czarnych plamek. Jeszcze przez chwilę cały świat wirował wokół mnie, aż w końcu podłoga przestała uciekać mi spod łap i mogłam podnieść się na równe łapy.
          Drżąc na całym ciele, rozejrzałam się dokoła, szukając wzrokiem jakiegokolwiek zagrożenia. Przeczesałam wzrokiem wszystkie ściany oraz obydwie strony długiego korytarza, jednakże nic nie dostrzegłam. A przecież napastnik nie miał gdzie się ukryć. Z uczuciem narastając paniki, chciałam już ruszać dalej, kiedy nagle coś przyszpiliło mnie do ziemi. Drwiący, sykliwy szept.
          – Na górze, psinko.
          Nim zdążyłam jakkolwiek zareagować, smoliście czarna smuga mgły spłynęła z sufitu, formując się na moich oczach. Sekundę później znów leżałam na ziemi, przygnieciona potężnym ciosem, a po korytarzu poniósł się złośliwy rechot napastnika.
          Z trudem podźwignęłam się do pozycji stojącej i łypnęłam spode łba na wrogą istotę. Tym razem nie uciekła po ataku. Wręcz przeciwnie. Moim oczom ukazała się sylwetka wilkopodobnego stworzenia. Miało około dwóch metrów w kłębie. Jego sierść była czarna jak smoła, z wyjątkiem białego iksa znajdującego się centralnie na pysku i przechodzącego przez dwoje płomiennych oczu. Płynnymi, kocimi ruchami przeszedł kilka kroków po niewidzialnym zarysie okręgu, wlepiając we mnie płonące ślepia. Jego czarny ogon snuł się za nim, pozostawiając po sobie ciemne opary dymu. Warknął przeciągle, ukazując przy tym rząd białych ostrych kłów. Przy każdym kroku stukał cicho wielkimi szponami o kamienną posadzkę.
          Sapnęłam, nagle dostrzegając na jego szyi rzemyk zakończony czarnym, połyskującym piórkiem, na którym wyraźnie rysował się pierścień w jaskrawo-rudym odcieniu. To było to czego szukałam, to po co tu przyszłam.
          I znów rozległ się ten rechotliwy śmiech. Zesztywniałam, odruchowo napinając mięśnie i jeżąc sierść na karku. Czy miałam jakiekolwiek szanse z tym stworzeniem? A jeśli nie czy dam radę uciec? Szanse były zapewne marne zarówno na jedno jak i na drugie. Ale nie mogłam się w tej chwili poddać. Cała moja wyprawa mogła zależeć od tej właśnie chwili.
          Zaczęliśmy krążyć po niewielkim okręgu jaki wyznaczała średnica tunelu. W oczach bestii wyraźnie widać było politowanie, podczas gdy ja starałam się złapać na czasie. Gorączkowo obmyślałam strategię, szukając wszystkich swoich atutów, które mogłabym wykorzystać w walce, lecz w porównaniu z takim przeciwnikiem nie znalazło się ich zbyt wiele. Ale nieważne.
          Zamiotłam po ziemi długim, puszystym ogonem, wzniecając w powietrze tumany zaległego kurzu, podsycając jeszcze dodatkowo obłok powietrzem, tak by choć na ułamek sekundy zaskoczył przeciwnika. Niemal w tym samym momencie, skrywana przez chmurę pyłu, zanurkowałam pomiędzy potężnymi łapami demona. Zawirowałam pomiędzy kończynami, wypryskując spod klatki piersiowej i kłapiąc zębami tuż przy jej szyi.
          W jednym momencie znalazł się kilka metrów dalej, mrużąc ślepia, najwyraźniej zaintrygowany tym nagłym atakiem. Jednakże moim celem wcale nie było, tak jak się spodziewał, zranienie go, a zerwanie talizmanu. Chybiłam.
          Zerwałam się, z miejsca, ponownie skacząc w jego stronę, jednakże, monstrum nawet nie drgnęło. W ostatniej sekundzie orientując się co się co się stanie, z przerażeniem próbowałam jeszcze wyhamować, jednakże na próżno. Wbiegłam na niego z całym swoim impetem i próbując jakoś uratować sytuację, zaplątałam się o długie kończyny bestii i wyrżnęłam się na kamienną posadzkę, wydobywając z siebie cichy pisk.
          Ciężko dysząc, oderwałam się od podłogi i zrozpaczona skierowałam spojrzenie ku czarnej jak smoła istocie. Rozwarła pysk, w dzikim, zadowolonym uśmiechu. Jej oczy błyszczały najprawdziwszym podnieceniem. Skoczyła.
          Nie byłam pewna co najpierw poczułam, trzask łamanych żeber, czy  może raczej rozlewającą się po całym ciele falę bólu? Może jednak naszły jednocześnie – a zaraz po nich korytarz wypełnił bolesny skowyt.
          Biorąc płytki urywane oddechy z trudem podźwignęłam się z powrotem, patrząc jak demon cierpliwie obserwuje moje zmagania, przechylając nieznacznie łeb, niczym zaciekawiony szczeniak. Zacisnęłam z całej siły kły, starając się zapomnieć o bólu. Ale nie dało się, kłucie rozchodziło się po całym ciele, przez cały czas, bez przerwy.
          Nadeszła. Zacisnęła olbrzymie kły na mojej lewej łapie, bez najmniejszego trudu łamiąc kość w kilku miejscach. W pierwszym moim odruchu szarpnęłam się, jednakże to tylko spotęgowało paraliżujący ból. Ale nie, nie mogłam tak po prostu zostać pokonana. Musiałam się bronić. Jakkolwiek.
          Zebrawszy w sobie wszystkie pozostałe mi siły, ostatnim wysiłkiem doskoczyłam do pyska monstrum, zaciskając na nim swoje małe, lecz niezwykle ostre kiełki. Zaskoczony demon pisnął jak jakiś niedoświadczony młodziak i wyszarpnął się z mojego uścisku, tryskając mi w oczy atramentową posoką.
          Podniosłam łapę do oka, chcąc wytrzeć piekącą ciecz z twarzy, jednakże moje zabiegi jedynie pogorszyły całą sprawę, gdyż jedynie wtarłam głębiej lepką substancję. Obraz zaczął mi się zamazywać, czułam, że tracę zmysły. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa, nie  byłam już dłużej wstanie walczyć. Upadłam.

***
          Każdy oddech oznaczał ból przeszywający mnie na wskroś, jakby miliony igiełek wbijało się w moje ciało. Wyglądało na to, że miałam połamane żebra. Nie mogłam oddychać, z każdą chwilą mój oddech stawał się krótszy, coraz bardziej urywany. Zaczynało brakować mi tlenu.
          Rozmazana plama, którą miałam przed oczyma, zaczęła pokrywać się rozbieganymi, czarnymi mrówkami.
          Zaraz? Mrówki? Ale skąd…?
          Ostatnim co zarejestrowałam, nim mój umysł zalazła wzburzona fala ciemności, był odległy, świszczący chichot…

piątek, 9 marca 2012

Klątwa Stada Nocy

[9.03.2012, HOTN]

"Klątwę rzuconą na Stado Nocy, 
Nim konie poranka na niebo wkroczą, 
Zdjętą musi zostać wedle waszej mocy, 
Nim czerń Wasz dom pochłonie z radością ochoczą.

Gdy klucze trzy znajdziecie, 
Każdy z osobna niewarty w zimnym mroku, 
Tam, gdzie serca Waszego Stada kwiecie, 
Elementy zespolicie wedle pór roku.

Pierwszy, drugi, trzeci, wedle kolejności: 
W zielonych ostępach czasu, koronie wieczystej drzewa, 
U stóp olbrzymów jałowych, przez milczącego strażnika strzeżony, 
W głębokich jaskiniach wodnych, tam gdzie drzewa śmierci są pośrednikami.

Pod osłoną nocy, z Duchów starożytnych pomocą, 
Idźcie nim kukułka kresu czas oznajmi."

czwartek, 1 marca 2012

To Let Myself Go.

[01.03.2012, HOTN]


          .Muzyka.
          Ane Brun – To Let Myself Go          [Opowiadanie należy czytać bardzo, bardzo powoli, dostosowując się do rytmu melodii. Inaczej będziecie musieli co chwilę czekać.Zresztą... chyba i tak będziecie musieli.]

          Jedwabna wstążka zafalowała w pół obrocie, połyskując w ciepłych promieniach słońca. Podążała za dłonią, która gięła się miękko we wszystkie strony. Wraz z nią tańczyło całe ciało, spowite w gęstych oparach mgły, której drobiny połyskiwały radośnie, zamieniając się w miliony błyszczących, rozświetlonych klejnotów.

          To let myself go
          To let myself flow
          Is the only way of beeing
          There´s no use telling me
          There´s no use taking a step back
          A step back for me

          Przy kolejnym kocim ruchu, oderwała się gładko od piaszczystego podłoża. Bosymi stopami dotknęła rozkosznie miękkiego puchu, zanurzając się w nim bez oporów, otulając się nim niczym pierzyną w mroźne, zimowe dni.
          Unosiła się coraz wyżej, czując się lekka jak piórko, wznoszące się gładko na wietrze.

          To let myself go
          To let myself flow
          Is the only way of beeing
          There´s no use telling me
          There´s no use taking a step back
          A step back for me

          W sukni z mlecznie białych chmur, przeplatanych pierwszym promieniem poranka, tańczyła w przestworzach, niczym majestatyczny ptak, który wyrwał się zza prętów klatki na wiecznie upragnioną wolność. Skrząca niczym samotna gwiazda na nocnym niebie, była jak marzenie senne, jak magiczna bajka zamknięta w maleńkiej bańce mydlanej, która pozbawiona kotwicy unosiła się coraz wyżej i wyżej, ku nieznanemu. Płynęła.
          Płynęła swobodnie, zapomniawszy o wszystkim, z daleka od ziemi, z daleka od zmartwień i bólu. Tak lekko i przyjemnie. Płynęła.
          Wirowała w niekończącym się tańcu. Była tylko ta chwila. Ona i przestworza. Wszystko inne nie miało już znaczenia. Płynęła. Tańczyła. Wirowała. Z daleka od świata. Lekka niczym ptak, nieważka. Wolna od wszystkiego. Bez kajdan. Bez bólu. Bez ciężkiej kuli u nogi. Bez obciążenia wciąż i wciąż ciągnącego ją w dół. Nieważka.

          Czyżby?
          Więc dlaczego musiała rozpostrzeć swe majestatyczne skrzydła? Potężnie się nimi zamachnąć by nie spaść, by nie runąć jak kamień, w dół? Wciąż płynęła.
          Płynęła ku ziemi. A wraz z nią płynęły łzy.

          To let myself go
          To let myself flow
          Is the only way of beeing
          There´s no use telling me
          There´s no use taking a step back
          A step back for me…

          
          Z bolesnym nawrotem świadomości, powróciłam do rzeczywistości, wyrwana ze świata duchów, przez siedzącą obok mnie towarzyszkę. Zamrugałam kilkakrotnie powiekami, by pozbyć się resztek odłamków przepełnionej słońcem wizji.
          Przed moimi oczami znów rozpościerała się zasnuta śniegiem dolina.
          Z ciężkim westchnieniem przeniosłam wzrok na Szerę, wydobywając z siebie nikły uśmiech. Nawet nie zauważyłam kiedy się tu zjawiła…