[11.03.2012, HOTN]
Teraz.
Uda mi się…
Biegłam tak szybko, że moje łapy ledwie dotykały podłoża.
Mknęłam, muskając kamienną posadzkę jedynie opuszkami łap. Wszystko się
wokół mnie zamazywało. Tworzyło nieokreśloną plamę, skupiającą się
bezpośrednio przede mną. Wiatr, spowodowany pędem, czesał palcami moje
futro. Gładził policzki i wyciskał łzy z oczu. A ja biegłam, ze
wszystkich sił, jakie jeszcze drzemały w moim ciele. I jeszcze szybciej.
Niczym uskrzydlona, niepokonana…
A wszystko za sprawą
nagłego podmuchu świeżego powietrza. To mogło oznaczać wolność. W końcu
mogłam wydostać się z tego labiryntu. Każdy krok przybliżał mnie do
wyjścia. Wystarczyło jeszcze tylko chwilę wytrzymać. Jeszcze tylko
moment…
Przy kolejnym długim susie moim ciałem nagle coś szarpnęło.
Z niesamowitą siłą zostałam posłana na przeciwległą ścianę. Z głuchym
odgłosem uderzyłam o twardy kamień i osunęłam się na ziemię z cichym
jękiem. Potrząsnęłam głową, pozbywając się sprzed oczu czarnych plamek.
Jeszcze przez chwilę cały świat wirował wokół mnie, aż w końcu podłoga
przestała uciekać mi spod łap i mogłam podnieść się na równe łapy.
Drżąc na całym ciele, rozejrzałam się dokoła, szukając wzrokiem
jakiegokolwiek zagrożenia. Przeczesałam wzrokiem wszystkie ściany oraz
obydwie strony długiego korytarza, jednakże nic nie dostrzegłam. A
przecież napastnik nie miał gdzie się ukryć. Z uczuciem narastając
paniki, chciałam już ruszać dalej, kiedy nagle coś przyszpiliło mnie do
ziemi. Drwiący, sykliwy szept.
– Na górze, psinko.
Nim zdążyłam jakkolwiek zareagować, smoliście czarna smuga mgły
spłynęła z sufitu, formując się na moich oczach. Sekundę później znów
leżałam na ziemi, przygnieciona potężnym ciosem, a po korytarzu poniósł
się złośliwy rechot napastnika.
Z trudem podźwignęłam się
do pozycji stojącej i łypnęłam spode łba na wrogą istotę. Tym razem nie
uciekła po ataku. Wręcz przeciwnie. Moim oczom ukazała się sylwetka
wilkopodobnego stworzenia. Miało około dwóch metrów w kłębie. Jego
sierść była czarna jak smoła, z wyjątkiem białego iksa znajdującego się
centralnie na pysku i przechodzącego przez dwoje płomiennych oczu.
Płynnymi, kocimi ruchami przeszedł kilka kroków po niewidzialnym zarysie
okręgu, wlepiając we mnie płonące ślepia. Jego czarny ogon snuł się za
nim, pozostawiając po sobie ciemne opary dymu. Warknął przeciągle,
ukazując przy tym rząd białych ostrych kłów. Przy każdym kroku stukał
cicho wielkimi szponami o kamienną posadzkę.
Sapnęłam,
nagle dostrzegając na jego szyi rzemyk zakończony czarnym, połyskującym
piórkiem, na którym wyraźnie rysował się pierścień w jaskrawo-rudym
odcieniu. To było to czego szukałam, to po co tu przyszłam.
I znów rozległ się ten rechotliwy śmiech. Zesztywniałam, odruchowo
napinając mięśnie i jeżąc sierść na karku. Czy miałam jakiekolwiek
szanse z tym stworzeniem? A jeśli nie czy dam radę uciec? Szanse były
zapewne marne zarówno na jedno jak i na drugie. Ale nie mogłam się w tej
chwili poddać. Cała moja wyprawa mogła zależeć od tej właśnie chwili.
Zaczęliśmy krążyć po niewielkim okręgu jaki wyznaczała średnica tunelu.
W oczach bestii wyraźnie widać było politowanie, podczas gdy ja
starałam się złapać na czasie. Gorączkowo obmyślałam strategię, szukając
wszystkich swoich atutów, które mogłabym wykorzystać w walce, lecz w
porównaniu z takim przeciwnikiem nie znalazło się ich zbyt wiele. Ale
nieważne.
Zamiotłam po ziemi długim, puszystym ogonem,
wzniecając w powietrze tumany zaległego kurzu, podsycając jeszcze
dodatkowo obłok powietrzem, tak by choć na ułamek sekundy zaskoczył
przeciwnika. Niemal w tym samym momencie, skrywana przez chmurę pyłu,
zanurkowałam pomiędzy potężnymi łapami demona. Zawirowałam pomiędzy
kończynami, wypryskując spod klatki piersiowej i kłapiąc zębami tuż przy
jej szyi.
W jednym momencie znalazł się kilka metrów
dalej, mrużąc ślepia, najwyraźniej zaintrygowany tym nagłym atakiem.
Jednakże moim celem wcale nie było, tak jak się spodziewał, zranienie
go, a zerwanie talizmanu. Chybiłam.
Zerwałam się, z
miejsca, ponownie skacząc w jego stronę, jednakże, monstrum nawet nie
drgnęło. W ostatniej sekundzie orientując się co się co się stanie, z
przerażeniem próbowałam jeszcze wyhamować, jednakże na próżno. Wbiegłam
na niego z całym swoim impetem i próbując jakoś uratować sytuację,
zaplątałam się o długie kończyny bestii i wyrżnęłam się na kamienną
posadzkę, wydobywając z siebie cichy pisk.
Ciężko dysząc,
oderwałam się od podłogi i zrozpaczona skierowałam spojrzenie ku czarnej
jak smoła istocie. Rozwarła pysk, w dzikim, zadowolonym uśmiechu. Jej
oczy błyszczały najprawdziwszym podnieceniem. Skoczyła.
Nie byłam pewna co najpierw poczułam, trzask łamanych żeber, czy może
raczej rozlewającą się po całym ciele falę bólu? Może jednak naszły
jednocześnie – a zaraz po nich korytarz wypełnił bolesny skowyt.
Biorąc płytki urywane oddechy z trudem podźwignęłam się z powrotem,
patrząc jak demon cierpliwie obserwuje moje zmagania, przechylając
nieznacznie łeb, niczym zaciekawiony szczeniak. Zacisnęłam z całej siły
kły, starając się zapomnieć o bólu. Ale nie dało się, kłucie rozchodziło
się po całym ciele, przez cały czas, bez przerwy.
Nadeszła. Zacisnęła olbrzymie kły na mojej lewej łapie, bez
najmniejszego trudu łamiąc kość w kilku miejscach. W pierwszym moim
odruchu szarpnęłam się, jednakże to tylko spotęgowało paraliżujący ból.
Ale nie, nie mogłam tak po prostu zostać pokonana. Musiałam się bronić.
Jakkolwiek.
Zebrawszy w sobie wszystkie pozostałe mi siły,
ostatnim wysiłkiem doskoczyłam do pyska monstrum, zaciskając na nim
swoje małe, lecz niezwykle ostre kiełki. Zaskoczony demon pisnął jak
jakiś niedoświadczony młodziak i wyszarpnął się z mojego uścisku,
tryskając mi w oczy atramentową posoką.
Podniosłam łapę do
oka, chcąc wytrzeć piekącą ciecz z twarzy, jednakże moje zabiegi jedynie
pogorszyły całą sprawę, gdyż jedynie wtarłam głębiej lepką substancję.
Obraz zaczął mi się zamazywać, czułam, że tracę zmysły. Nogi odmówiły mi
posłuszeństwa, nie byłam już dłużej wstanie walczyć. Upadłam.
***
Każdy oddech oznaczał ból przeszywający mnie na wskroś,
jakby miliony igiełek wbijało się w moje ciało. Wyglądało na to, że
miałam połamane żebra. Nie mogłam oddychać, z każdą chwilą mój oddech
stawał się krótszy, coraz bardziej urywany. Zaczynało brakować mi tlenu.
Rozmazana plama, którą miałam przed oczyma, zaczęła pokrywać się rozbieganymi, czarnymi mrówkami.
Zaraz? Mrówki? Ale skąd…?
Ostatnim co zarejestrowałam, nim mój umysł zalazła wzburzona fala ciemności, był odległy, świszczący chichot…