piątek, 26 stycznia 2018

Wake me up

Wolf mother, where you been? 
You look so worn, so thin 
You're a taker, devil's maker 
Let me hear you sing

W alabastrowej skórze odbijało się srebrzyste światło księżyca. Spojrzałam na jaśniejącą tarczę, która nagle została przyćmiona przez chmurną gromadę skrzeczących ptasich piór. Podniebny firmament przecięły szkliste żyłki, jakby kopuła nieba zaczynała pękać. Z kosmicznej otchłani runęła gwiazda. Kometa pędziła coraz szybciej w stronę ziemi, jej cień przysłaniał połać lasu. Zdawała się rosnąć cały czas z zawrotną szybkością, a wokół niej rozwinęły się jaskrawe języki ogni, które w moich szarych tęczówkach odbiły się niczym tańczące w zawziętej walce węże. Gdy zdawało się, że przesłoniła już cały świat, rozpadła się nagle na tysiąc atramentowych piór. Kruki zawirowały, pikując w dół. Zapłonęły amarantowym ogniem, zniknęły, a z nieba spadły drobiny obsydianowego szkła. Na moje ciało spłynął deszcz śmierci.
***
Stałam po kostki w lodowatej wodzie. Atramentowa czerń toni wodnej była nie do przebicia. Spojrzałam w dół, kładąc dłonie na powiększonym brzuchu. Przeniosłam wzrok na taflę jeziora, w którym jawiło się moje odbicie. Z moich pleców rozkwitły krucze skrzydła, obsydianowe pióra rozsypały się dookoła, a z głębi ciała wyłoniły się świecące jasną akwamaryną, wijące się nicie, które jak naelektryzowane uniosły się w przestrzeni, rozciągając się wokół niczym pajęcza sieć. W chwiejnym odbiciu, moje oczy zajaśniały amarantową barwą, zmieniając się jednak zaraz na krwisty zew piekielnych płomieni. Wraz z nimi pojawiły się żółtawe kły i dalsza sylwetka smolistej maszkary. Wyskoczyła spod powierzchni wody, rzucając się w moją stronę. Sztylety kłów zatopiły się w moim ciele. Trysnęła krew. Odrzuciło mnie do tyłu. Leciałam. Upadłam na plecy, lądując w mroźnych objęciach jeziora. Zjawa zniknęła, zostawiając mnie w samotnej agonii. Uniosłam drżące dłonie do brzucha, z lękiem spoglądając w dół. Rozszarpane, zmasakrowane. Karmazynowe smugi płynęły swobodnie, rozpływając się dokoła bladego ciała, malując, na mrocznej powierzchni migotliwej wody, rozkwitające pąki róż.
***
Wątłe ciało samicy rozbudziło się gwałtownie, roztrzepując wokół siebie śnieżne drobiny. Dyszała ciężko, unosząc się na chudych łapach. Złote tęczówki powędrowały ku całunowi nieba, jednak zza mglistych chmur wyłaniała się jedynie kremowa połówka księżyca. Nic poza tym. Spojrzała za siebie. Nie było już nikogo na polanie. Zwierzęta rozeszły się do własnych kryjówek, a ognisko wygasło. Podniosła się na wciąż drżących kończynach i udała w kierunku jaskiń. Mimo chudego cielska, jej boki był wyraźnie powiększone. Od apokalipsy, Kamienia, od czasu gdy słyszała przeklęty głos kobiety, minął już ponad miesiąc. A w jej głowie wciąż pojawiały się myśli. Nie tylko jej. Cichy głosik, szept, jakby dziecięcy szczebiot. Zadrżała, skryła się w przyjemnym mroku jaskini, by udać się na dalszy odpoczynek. Nie mogła jednak już zasnąć.

Holy light, oh, burn the night
Oh keep the spirits strong 
Watch it grow, child of wolf 
Keep holdin' on

środa, 24 stycznia 2018

Nieznajoma sprzed lat.


24 stycznia 2018
[21:48] Tristan: Wilk ziewął przeciągle, leżąc. Łapą przytrzymywał truchło dość sporej sarny. Widać było, że ta ma złamaną tylną nogę co pomogło mu ją upolować. Zacisnął kły na jej ciele i szarpnął mocno, wyrywając kilkoma ruchami łba ochłap mięsa. Nie miał zamiaru czekać na nikogo. Nie było samic, a tym bardziej Alphy którzy staliby wyżej nad nim w kolejce jedzenia. Chociaż już dawno zauważył, że tutaj zasady były inne. Ale z jego łba nie mogło wyjść to co mu zwyczajnie było wmówione przez naturę. Oblizał pysk z krwi i rozejrzał się, unosząc ciało. Przeciągnął się z cichym pomrukiem i położył na boku przy truchle.
[22:00] Aldieb: Chude łapy truchtały po śniegu, podczas gdy ślepia lustrowały połacie lasu. Zamyślona samica poruszała się niespiesznie między pniami, nieświadomie po raz kolejny kierując się ku sercu lasu. Wyłoniła się z pomiędzy drzew i gwałtownie się zatrzymała, szybko dostrzegając kto znajdował się na polanie. Mimowolnie sierść zjeżyła się jej na grzbiecie. Choć rany po kłach na jej szyi, były już niemal w pełni wygojone, wspomnienie wydarzeń sprzed kilku tygodni wciąż do niej wracało. Unikała od tamtego czasu konfrontacji z Tristanem, nie wiedząc jak samiec zareaguje.
[22:09] Kirke: Szła powoli, ostatnio znowu bardziej utykając. Ból, nienaturalnie rozchodzący się od łapy, przypominał o wszystkich złych decyzjach w jej życiu. Jednak cieszyła się, że tu jest. Mimo wszystko. Zadarła łeb i rozejrzała się po lesie. Nie zmienił się znowu aż tak bardzo. No, w każdym razie jeszcze istniał i rósł, co było w sumie już jakimś pocieszeniem. Odkąd weszła na tereny stada, nie spotkała nikogo, czuła jedynie zwietrzałe zapachu. Dobrze, drzewa żyją, ale czy to samo można powiedzieć o członkach stada? Westchnęła. Jedyny sposób, by się o tym przekonać, to wejście na polanę. Już z daleka, z między drzew widziała, że ogień się nie pali. To akurat było smutne. Nie mogąc wytrzymać napięcia, podbiegła tam truchtem. Wyszła na polanę z impetem i zatrzymała się idealnie między wilkami. Stanęła jak wryta, ledwie się nie przewracając, aż jej zad podskoczył śmiesznie w górę. Aldieb i jakiś nieznajomy basior. - Aldieb. - powiedziała niewyraźnie na wydechu. Jakby nie rozumiała. Jakby w stadzie nie spodziewała się jego członków. Zastanawiała się czy wilczyca w ogóle ją pozna. Przecież zmieniła się. Tak naprawdę nie była już tym samym wilkiem.(edytowane)
[22:15] Tristan: Zastrzygł gwałtownie uszami i uniósł łeb równie gwałtownym gestem. Oblizał znów pysk, nerwowo i sapnął cicho, podnosząc się jednak. Schylił nisko łeb. - Aldieb. - Mruknął niewyraźnie przez prawie ściśnięte gardło. W jednej chwili przypomniał sobie niczym przez mgłę to co się zdarzyło między nimi. Mimowolnie oblizał pysk i również nastroszył sierść na karku w jakiś dziwny sposób wyczuwając nieznaną i silną.. Energię? Nie wiedział co ma zrobić. Ale zastrzygł uszami kierują je w stronę lasu. Słyszał tupot łap. Zwrócił w tamtą stronę łeb i zaskoczony spojrzał na wilczycę która wypadła spomiędzy drzew, stając między nim, a kiedyśniejszą Alphą.
[22:22] Aldieb: Uszu dobiegło jej imię. Wypowiedziane dwa razy. Dwa? Spojrzała za wzrokiem Tristana, dostrzegając szarą waderę. Była tak przejęta obecnością basiora, że nawet nie zauważyła jej obecności. Ale kim była i skąd znała jej imię? Złote tęczówki lustrowały samicę uważnie, czując, że powinna ją znać, jednak rozbity na tysiące odłamków umysł, nie potrafił przebić się przez gęstą mgłę wspomnień i dopasować do wyglądu jakiekolwiek informacje. Nie była już też na tyle ufna, by nie brać pod uwagi podstępu, czy pułapki. Wszystko było możliwe.
[22:25] Wujaszek: (Gdyby mi łeb nie pękał ze zmęczenia...)
[22:30] Kirke: Kirke wycofała się do granicy cienia tyłem. Nie poznajesz mnie. - jakby powiedziała bezgłośnie. Jedna z niewielu osób, za którą Kirke tęskniła, tak naprawdę. Ciężko było się jej w tym momencie cieszyć. Zwiesiła pysk, a potem uniosła go tylko kawałek. Westchnienie przeszło w ciche skomplnięcie. Jak zranione szczenię. - Przepraszam. Nie chciałam się narzucać. - Wymamrotała przymykając przy tym żółte, prawie gadzie oczy.
[22:33] Tristan: Parsknął dość głośno. - Jeśli nie masz wrogich zamiarów nikt nie ma zamiaru Cię stąd przepędzać. - Mruknął, samemu odsuwając się od truchła. Obszedł je i nieznacznie zbliżył się do Aldieb. Usiadł, wpatrującc się w Kirke. Nie znał jej więc wolał mieć pewność i możliwość w razie nagłego wypadku stanąć pomiędzy waderami.
[22:41] Aldieb: Zjeżyła się, cofając o krok. Zniżyła nieco pysk, a długie pasmo ciemnych włosów opadło jej na oczy, przysłaniając dwie cienkie blizny, ciągnące się przez pysk. Po tylu dniach samotnej wędrówki po niemalże pustych terenach Stada Nocy, nagle wpadła w ten niecodzienny zbieg okoliczności. Spojrzała ponownie na samicę. Czemu nie pamiętała? Potrząsnęła łbem, cofając się jeszcze trochę, nie rozumiejąc tego dziwnego uczucia, które się w niej rodziło. Zesztywniała, kiedy kątem oka dostrzegła ruch Tristana, nie ruszyła się z miejsca, kiedy on przeszedł w jej kierunku i usiadł, wpatrzony w szarą waderę. Zmrużyła ślepia, czując się nagle głupio, zmieszana własną reakcją. Jak tchórzliwe szczenię. Podniosła pysk, prostując łapy i znów kierując złoto tęczówek ku waderze. - Tak, jak rzekł Tristan. - Powiedziała cicho. - Każdy jest tu mile widziany, o ile nie ma wrogich zamiarów.A Ty chyba takich nie masz?
[22:47] Kirke: - Nie mam wrogich zamiarów - odpowiedziała głucho. Ewidentnie z nieskrywanym smutkiem, może i urazą. - Chciałam sprawdzić, czy Stado Nocy jeszcze istnieje. - Spojrzała w niebo, odrywając od nich wzrok na znak braku wrogich zamiarów. Za nic nie przyznałaby się, że tak naprawdę chciała wrócić. Teraz bbardziej niż kiedykolwiek,omysł przez długie miesiące, czuła, że to głupie i naiwne, myśleć, że będą chcieli ją z powrotem. - Niegdyś tu należałam. - Uśmiechnęła się połową pyska. I ryzykuję życiem, wracając do Was. Was, których nie znam i którzy nie znacie mnie. - Pomyślała.
[23:02] Aldieb: Westchnęła cicho, spoglądając już nieco łagoniej na Szarą. Nie omieszkała zwrócić uwagę na jej ton zabarwiony żalem. - Wielu należało, wielu odeszło i wielu wracało. - Powiodła spojrzeniem po opustoszałej polanie. W śniegu widniały jedynie ślady Tristana i zawleczonego przez niego truchła. Krąg kamieni wyznaczający miejsce na ognisko pokrywała gruba warstwa białego puchu. Od dawna już zwierzęta nie przesiadywały tu w gromadzie. - Stado Nocy będzie istnieć póki Ogień nie wygaśnie. - Uniosła pysk, zza powiek ukazały się złote ślepia, których intensywne spojrzenie wwierciło się w samicę. - Tylko od Nas zależy, czy płomień w Naszych sercach wygaśnie.(edytowane)
[23:13] Kirke: - Uwielbiam tę metaforę z ogniem. - Kirke prychnęła cicho. Co jak co, ale dla kogoś, kto żyje tylko dzięki cholernemu magicznemu płomykowi, takich rzeczy nie powinno się mówić. Wywróciła oczami. Wolnym krokiem, lekko się przy tym kołysząc podeszła do miejsca na ognisko i ogień buchnął gorącym płomieniem, najpierw wielobarwnym, ale dziwnie ciemnym, a potem normalnym. Sięgał wysoko ponad ich głowy, zanim zaczął palić się normalnie. Co ciekawe, nieliczne,pokryte śniegiem gałązki paliły się niczym ogromne polana. Kirke zerknęła na Aldieb i uśmiechnęła się kątem pyska. - Jestem Kirke. Szkoda, że mnie nie pamiętasz. Bo ja Ciebie nieźle.
[23:33] Aldieb: Sierść na jej karku znów się nastroszyła, odskoczyła do tyłu, gdy magiczny ogień buchnął w powietrze, sypiąc iskry ku bezgwiezdnemu niebu. Kalejdoskop barw odbił się w jej ślepiach, budząc w umyśle samicy nieposkładane sceny, migawki, wspomnienia, urywane, porozrywane - przemknęły jej przed oczami, a ogień opadł, wyrównał się i nabrał naturalnych barw żywiołu. Samica warknęła, czując nagły ból w czaszcze, wywołany natłokiem niezrozumiałcyh obrazów. Spojrzała znów ku szarej, nie, ku Kirke. To imię coś jej mówiło, jednak kołatanie w jej umyśle zagłuszało wszelkie wspomnienia z dawnych lat. Wiedziała. Ale nie pamiętała. W końcu uniosła ślepia, spoglądając ciężkim spojrzeniem ku szarej. - Nie jest metaforą, gdy ogień w Tobie rozgorywa. - Rzekła, oddychając przy tym ciężko, choć przecież nie biegła, stała tu przez cały czas. - Nie pamiętam Cię, ale wielu rzeczy nie pamiętam. Nie wymagaj wiele, od tej która własny dom musiała poznawać na nowo.
[23:38] Kirke: - I Ty tu wróciłaś po przerwie? - zapytała, przekrzywiając szary łeb na bok. Usiadła, a potem położyła się, grzejąc bok w cieple ognia. Albo pod takim pretekstem, bo tak naprawdę zbyt dokuczała jej poparzona przed laty łapa. - Choć podejrzewam, nie tak długiej jak ja... Ja opuściłam to stado lata temu. Nie ze swojej winy, ani woli, jednak myślałam, że bezpowrotnie. Ale jestem. - Westchnęła głęboko. - Czy stado ma się dobrze? - Zapytała z lekkim uśmiechem. - Ty rządzisz czy Rada?
[23:41] Fene: Długie postawione na sztorc uszy z łatwością wyłapały cichy opryskliwy ton szarej wilczycy, który zakłopotał jej matkę. Jedno z nich było przekłute grubym szpikulcem obwiązanym rzemykami i kruczymi piórami, które przebijały się również przez ciemne pasma włosów, wraz z malutkimi, pojedynczymi koralikami. Z naturalną sobie ciszą jej ubłocone, pozlepiane białym puchem mokre łapy ledwie muskały śnieg, który wydawał się milknąć pod jej dotykiem. Zatrzymała się, gdy we fioletowych oczach odbił się wielobarwny strumień ognia, lecz po chwili wznowiła chód, by zaraz znaleźć się u boku matki. - Uważaj na ton, Kirke - powiedziała wreszcie. Obserwowała nieznajomą uważnie, choć nie wydawała się groźna. Fene zauważyła, że wilczyca utyka. Chciała uspokoić Aldieb. Dotknęła pyskiem jej barku, zapewniając ją, że jest obok i że będzie w porządku. Jednocześnie przywitała się tym gestem, wkładając weń dużo czułości. Zwróciła spojrzenie na Kirke. - Mama dużo przeszła. Zapewne Ty też, więc powinnaś choć trochę rozumieć - dodała. Miała rację, chociaż nie znała historii Kirke. Zamilkła. Przysłuchiwała się, to prawda. W pewnym stopniu chciała się dowiedzieć czegoś o tej samicy i czuła, że jeśli matka z nią porozmawia, Fene dowie się prędzej czy później tego, co będzie chciała.
[23:51] Aldieb: Zlustrowała samicę nieprzeniknionym spojrzeniem. Po pytaniach poznała, że zaprawdę długo musiało jej tu nie być. Chciała właśnie odpowiedzieć, gdy przerwał jej znajomy głos. Szybko odwróciła pysk, szukając oczyma córki, a z jej piersi wydobyła się ledwie zauważalne westchnienie... ulgi? Obecność latorośli budziła w niej spokój, którego nie potrafiła zaznać podczas samotnie spędzanych nocy. Przyjęła powitanie, oddając pieszczotę z cichym pomrukiem, pozwalając córce mówić w jej imieniu, by dalej kontynuować już samodzielnie. - Tak, wróciłam, czy też raczej zostałam przywrócona. Po przerwie? Owszem, jednej z tych śmiertelnych. - Zamilkła na krótką chwilę, jej myśli były już bardziej przejrzyste, na moment zaledwie wróciły do wydarzeń z połowy grudnia. - Stado? Istnieje. Nie zostało zgładzone, choć zawisła nad nami groźba apokalipsy. Nie ma rady, nie ma rządzących, a Alpha zaginął. Tak się w tej chwili sprawy mają. Są tylko pojedyncze dusze, których łapy, wciąż wędrują po tych terenach.
[23:58] Kirke: Kirke leżała na śniegu, przez chwilę milcząc. Położyła łeb na łapach i popatrzyła na córkę swojej rozmówczyni. Gdy ostatni raz tutaj była, tej nie było na świecie. Musiała być jej córką, sądząc po niesamowitym podobieństwie. Zerknęła kątem oka w płomienie. - Wybacz mój ton, nieznajoma. Jak sama zauważyłaś, dużo przeszłam. Szczególnie pod względem problemów z przetrwaniem. - Jej śmiech był krótki i szczekliwy. - Nie jestem na Was zła. Właściwie nie jestem w ogóle zdziwiona, że sytuacja tak wygląda. Nie tylko ja zmieniłam się w snujący się po kątach smętny cień.- Znowu westchnęła, patrząc to na jedną, to na drugą. - Te lasy są ciche. Nie tak ciche, jak te z których przychodzę, ale zbyt ciche jak na Stado Nocy. Kolejna chwila milczenia. Kolejny raz położyła pysk na łapach i na chwilę zamknęła oczy. Gdy je otworzyła, czaił się w nich ból. - Na pewno jestem mile widziana? - zapytała. Teraz brzmiała jak zagubione szczenię. Głośno wyraźnie dało się słyszeć w tej wypowiedzi "Potrzebuję domu, naprawdę. Nie wyrzucajcie mnie."
25 stycznia 2018
[00:35] Fene: - Wierzę, Kirke. Tak naprawdę Fene zdziwiłoby, gdyby spotkała w Stadzie Nocy kogoś, kto nie miałby ze sobą ciężkiego bagażu. Oczywiście nie sądziła, że stado składa się wyłącznie z porąbanych zwierząt, jednak była przekonana, że w każdej rodzinie są pewne problemy. - Masz rację. Lasy są wyjątkowo ciche. Nie dziwiłabym się jednak, że Dzieci Nocy zjednały się z nocą - powiedziała, tonem spokojnym i niezbyt głośnym, acz wyraźnym. - Wrócą, jak noc. Ty wróciłaś. Zakładam, że z... sentymentu? Chociaż może... - zamilkła.
Stado Nocy z pewnością dla każdego członka rodziny było - i jest? - swojego czasu domem. Czy Kirke podzielała te uczucie? Czy dlatego wróciła? Fene nie musiała długo się zastanawiać. Wzrok szarej był wymowny.
- To Twój dom, Kirke. Zawsze znajdziesz tu miejsce, jeśli będziesz tego potrzebować - zapewniła ją. Chociaż nie znała wilczycy, wiedziała, że jest związana z tym miejscem. - Jestem Fene. Córka Aldieb. Miło mi Cię poznać.
[00:38] Tristan: Cofnął się pod krzaki by stamtąd przysłuchiwać rozmowie Wilczyc. Nie chciał również prowokować.. Tego czegoś co cichym szeptem w jego głowie chciało zmusić jego łapy do ruszenia przed siebie. Oblizał pysk i położył się, bokiem do polany. Nie dziwił się, że Aldieb mu nie ufała. Ba, sam sobie powoli przestawał ufać. W jego łbie zadźwięczały słowa Setha, a ich wspomnienie w dziwny sposób ukuło jego duszę. Wydał z siebie głośny, niezadowolony pomruk zmieszany z warknięciem. Potrząsnął mocno łbem i przejechał łapą po pysku, podnosząc się. Nie miał sił siedzieć spokojnie. Wcześniej roznosiła go nienawiść do Ojca, a teraz? Teraz rozdzierały go dziwne, nieznane mu uczucia. Odetchnął cicho, przymykając na chwilę oczy. Wiedział jak to może z boku wyglądać, ale nie przejął się tym. Zastrzygł uszami słysząc słowa Kirke i ton którym to wypowiedziała. - Z tego co wiem, HOTN może być domem dla każdego. - Powiedział głośno z ciemności, obracając ku nim pysk. Żółte ślepie zabłysło w ciemności, a potem przeniósł wzrok na Fene. Uśmiechnął się pod nosem. Obrazek idealnej rodzinki. Mruknął cicho ze słyszalnym rozbawieniem. Musiał zająć czymś głowę.
[00:45] Aldieb: Skinęła tylko głową, potwierdzając słowa młodszych wilków, tak, Stado Nocy mogło stać się domem dla każdego, jeśli tylko tego zachciał. Powiodła spojrzeniem po polanie, zdumiona nagle jak pusta przestrzeń zmieniła się w blasku żywo tańczących płomieni. Cienie rzucane przez sylwetki zwierząt migotały chybotliwie na śniegu i pniach. Spotkanie niechciane i nagły zbieg okoliczności, ale oto byli tutaj, na Polanie, znów się zebrali i byli razem.
[00:50] Kirke: Kirke w tym czasie milczała. Cieszyła się, że było tam ich tylu. Po latach w podziemiach nienawidziła samotności bardziej niż czegokolwiek na świecie. - Wróciłam, mimo, że zdaję się, wrócić nie mogę. - Skrzywiła się. - Powiedzmy, że zdrowie nie pozwala mi na takie wycieczki jak aż na tereny HOTN. - Zerknęła na Fene smutno. - Uznałam jednak, że wystarczająco tęsknię za tym miejscem, by ryzykować. - Fene. - Powtórzyła za nią. - Jesteście bardzo podobne. - Uśmiechnęła się pod nos nosem, a potem zerknęła na Tristana. Wydawało się jej, że zna tę minę. Czy ten wilk... walczył ze sobą? O coś? Co się stało? Z chęcią porozmawiałaby z nim na osobności. Patrzyła prosto na niego. Chciała, by wiedział, że patrzy i analizuje jego zachowanie.
[00:57] Tristan: Potrząsnął znów łbem, przyglądając się wciąż Aldieb. Zastanawiał się. Ale gdy ukuło go wrażenie tego, że ktoś na niego patrzy powolnie powiódł wzrokiem ku Kirke. Bo tylko ona tu była. Spojrzał na nią dwukolorowymi ślepiami i zmrużył powieki, parskając cicho. Nie wiedział czego od niego chciała, ale jej wzrok mu się nie spodobał. Nie miał ochoty ani na rozmowy ani na interakcje z innymi. Bał się tego, że skoro teraz tak reaguje na Aldieb co będzie później? Odetchnął ciężko, potrząsając głową. Podniósł się, przesunął o metr w bok, dalej od Al i Fene i usiadł znów, tym razem bokiem do Kirke, a zadem do pozostałych samic. Opuścił łeb, wgapiając się z zainteresowaniem w swoje łapy oraz w ziemię. Kątem oka jednak spoglądał czasami na Kirke.
[01:00] Aldieb: Dostrzegła tą intensywną wymianę spojrzeń między Kirke i Tristanem. Przyglądała się samcowi uważni, kiedy ten wstawał by się odsunąć, zastanawiając się czy powinna się obawiać powtórki z ostatniej sytuacji?
[01:13] Fene: - W takim razie Twoje zdrowie musi być naprawdę kiepskie - przyznała. Zaciekawił ją ten wątek, ale wolała nie drążyć tematu. - Mam nadzieję, że teraz czujesz się dobrze. Zadrżała wraz z zimnym podmuchem ostrego powietrza. Posłała Aldieb wymowne spojrzenie i korzystając z rozpalonego ogniska, podeszła bliżej niego by chociaż trochę się ogrzać. Usiadła, owijając łapy ogonem i zerkając na idącą za nią matkę. Spojrzała również na Tristana. Czuła, że jest niespokojny, a tą niestabilnością intrygował Kirke. - Hej, Tristan? - zagadnęła. - Jak się czujesz?
[01:16] Aldieb: Podążyła za córką, siadając nieopodal paleniska. Spojrzała w stronę Basiora, również ciekawa odpowiedzi.
[01:18] Tristan: Drgnął mocno gdy uslyszał głos Fene. Podniósł wzrok i obrócił łeb ku kopii Aldieb. Milczał krótką chwilę i wzruszył lekko barkiem. - Normalnie. Tak jak zwykle. Nic mi nie jest. - Odpowiedział, siląc się na obojętność. Nie wyszło mu to zbytnio i przy pierwszych slowach jego glos nieznacznie zadrżał. Oblizał pysk i potrząsnął znów glową, starając się w jakikolwiek sposób pozbyć irytujących głosików.
[01:27] Kirke: Gdy wilczyce się do niej zbliżyły, milczała. Znów ułożyła łeb na łapach, lekko go tylko przekrzywiając łeb. Nie męczyła już więcej Tristana, przynajmniej na razie. Była może zwyczajnie ciekawa... Albo za dobrze rozumiała jak to jest nie wiedzieć co ze sobą zrobić, a jego zachowanie budziło w niej wspomnienia o dawnym zagubieniu. Po jakimś czasie, gdy wspomnienia stały się nieznośne, wstała i podeszła do niego na kilka krokóww, trzymając jednak wciąż taką odległość, by go nie spłoszyć. - Mogę? - skinęła łbem na śnieg obok niego.
[01:34] Aldieb: Położyła się obok Fene, owijając ciało puszystym ogonem. Zapatrzyła się na tańczące języki ognia, jednak zerkała co jakiś czas w stronę lasu, to znów ku innym wilkom. Czułe uszy przysłuchiwały się rozmowom, a ciało odpoczywało w przyjemnym cieple płomieni.
[01:35] Tristan: Wbił wzrok w podchodzącą Samicę. Opuścił po sobie odruchowo uszy i cofnął się na krok. Po krótkiej chwili niezdecydowania skinął jej jednak łbem, zgadzając się na to by usiadła obok. Odetchnął cicho i znów przejechał łapą po pysku. Nie wiedział po co ta do niego usiadła. Skrzywił pysk niezadowolony. Powienien jednak powiedzieć, że nie. Poczul się w pewien sposób dziwnie, a futro na jego karku i grzbiecie mimowolnie uniosło się nieznacznie. Ale nie wykonał żadnego agresywnego ruchu w stronę Kirke.
[01:40] Kirke: - Jeśli nie chcesz abym podchodziła - zaczęła cicho i spokojnie, jak nie ona. - Powinieneś mi powiedzieć "Zostań przy ogniu, nieznajoma", albo "Nie chcę Cię tutaj" - Otworzyła pysk i wydała z siebie pełne rozbawienia szczeknięcie. - Nie jestem Twoim wrogiem. Wyglądasz jakbyś widział duchy. Wszyscy tutaj siedzą i patrzą w przestrzeń, jakby to była magiczna sadzawka przeszłosci, ale Ty wyjątkowo się czymś martwisz. - Odwróciła od niego pysk. - Skoro nie wygoniłeś mnie, mimo, że dałam Ci taką możliwość, zapytam. Najwyżej przegonisz mnie teraz.
[01:48] Tristan: Słuchał jej nie wydając z siebie żadnych dźwięków nie licząc oddechu. Czuł się dziwnie. Źle. Zamknął ślepia i uśmiechnął się krzywo. - Widzę duchy? Martwię się? Nie. - Mruknął i parsknął. Jawne kłamstwo. - Dlaczego miałbym dzielić się z kimkolwiek swoimi problemami? Poradzę sobie z nimi sam. - Jego ton nie brzmiał jednak stanowczo ani pewnie. Sam siebie karmił wątpliwościami. A możliwe, że własnie przez brak kontaktu z Hiacynt wszystko się pogarszało. Bo gdy był przy niej miał zajętą jednak głowę. Tak samo jak przy Ojcu. Ją chciał bronić, jego atakować. I nie bylo żadnych problemów. A teraz znikli oboje. Zacharczał cicho przez ściśnięte gardło i po raz kolejny potrząsnął łbem, kłapią w powietrzu zębami.
[02:00] Kirke: Kirke nie ruszyła się ani milimetr, gdy ten warczał i kłapał zębami. Najmniejszej reakcji. Dopiero gdy się uspokoił, powiedziala; - Niegdyś nie przeszkadzało mi spać na łożu z wijących się czerwi i rozgrzebanych trzewi martwych wilków. Możliwe, że nadal nie przeszkadza, mimo, że nie chce się do tego przyznać. W każdym razie, niegdyś też patrzyłam takim pustym wzrokiem w ten las. Jakbyś chciał pogadać - machnęła śmiesznie krótkim ogonem. - To tutaj będę, jeśli będę jeszcze żyć. - Wstała. Gdy oparła się na chorej łapie, przeszedł ja bol i podniosła ją do góry. Mróz nie był litosciwy wobec nigdy nie gojacych się blizn. - Nie jestem wrogiem. - Mruknela na odchodne.
[02:04] Tristan: Kolejna która straszyła i informowała go o trupach. Skrzywił się jeszcze mocniej i mruknął pod nosem "kolejna", dając upust myśli. Sam nei wiedział już w sumie co ma zrobić. Czy porozmawiać z nią jednak czy nie.. Poruszył żuchwą, ocierając o siebie zęby i odetchnął ciężko. - Stój. - Mruknął głośniej, opuszczając wzrok. Wstyd się przyznać. Taki bardzo dobrze radzący sobie wilczek który jednak zniża się do przyjęcia jakiejkolwiek pomocy, chociaży rozmowy i to do tego od obcej.
[02:07] Kirke: Kirke odwróciła leb. Bylo widać w jej oczach drobne iskierki zwycięstwa. - Przejdziemy się? - zapytała, kątem oka spoglądając na drzemiace przy ognisku Wilczyce. Była pewna, że jakakolwiek to będzie rozmowa, nie będzie publiczna.
[02:09] Tristan: - Mh. - Mruknął, podnosząc się. Odwrócił się w stronę lasu, wchodząc od razu między drzewa. Powinien chyba na nią poczekać, prawda? Ale to zaraz. Zastrzygł nerwowo uszami, rozglądając się jakby wypatrywał nie wiadomo czego.
[02:12] Aldieb: Alu tymczasem zasnela, uspokojona obecnoscia corki, po wielu samotnych nocach i dniach spedzonych w glodzie i mrozie, w koncu zaznala spoczynku.