środa, 21 lutego 2018

A walka na ziemi i w niebie
Przeciwko sobie samemu, o siebie

LATA PRZESZŁE

Budzę się w środku nocy. Kolejny sen, kolejny koszmar. Nawet nie próbuję go przywoływać. Wstaję z łóżka, by przejść do łazienki. Zaledwie po kilku krokach czuję zawroty głowy i robi mi się ciemno przed oczami. Ogarniają mnie fale mroku, na moment tracę orientację. Przyspieszone bicie serca i pogłębiony oddech. Jestem zbyt daleko od ściany by się podeprzeć. Próbuję iść dalej, choć moje ruchy są jak w spowolnionym filmie. Minęła chwila, dwie, i wszystko mija. Ciemne mroczki zaczynają się rozpraszać, pozostawiając po sobie jedynie ból głowy. W końcu docieram do łazienki. Wchodzę do pomieszczenia i zapalam jedną z mniejszych lampek. Mrużę oczy, gdy światło mnie razi. Czuję jak serce łomocze mi w piersi. Opieram się rękoma o umywalkę. Podnoszę głowę, spoglądając w taflę lustra. Blada twarz, okalana kaskadą hebanowych włosów. Podkrążone i opuchnięte oczy. Szare tęczówki zdają się być zielonkawe, intensywne w kolorze, na tle delikatnie przekrwionych białek. Mrużę oczy, wciąż czuję niepokój po pozostałościach sennych mar. Odkręcam kran. Kojący szum wody. Nachylam się i przemywam twarz lodowatą wodą. Nie mogę się wyzbyć wrażenia, że jestem obserwowana. Staram się nie panikować. To tylko twoja wyobraźnia, powtarzam sobie w myślach. Podnoszę głowę, zakręcając strumień wody. Sama nie jestem pewna, co oczekiwałam zobaczyć w lustrze. Po prostu odbicie. Moja mokra od kropel twarz. Spływają po policzkach, ustach, jedna tańczy na granicy rzęs. Sięgnęłam po ręcznik i zanurzyłam się w miękkim materiale, znów tracąc kontakt wzrokowy z lustrem. I znów to uczucie niepokoju. Mimowolnie tętno znów mi przyspieszyło. Westchnęłam lekko, odwieszając ręcznik. Kątem oka zdawało mi się zauważyć jakiś ruch. Na pograniczu widzenia. Ale nie. To tylko o d b i c i e. Głupia. Głupia. Zacisnęłam dłonie na brzegach umywalki. Wpatrywałam się uparcie w lustrzane odbicie. A w moim wnętrzu z wolna wnosiła się fala. Nie potrafiłam jej zatrzymać. Oczy zapiekły mnie od wzbierających łez. Znów ten mętlik w głowie. Już nie niepokój. To zdawało się nieważne. Wszystko inne. Wszystko co we mnie tkwiło, wszystkie myśli, uczucia, które starałam się skrywać głęboko wewnątrz mnie, nagle zaczęły wypływać na wierzch. Czasami zastanawiałam się jak można czuć tak wiele sprzecznych emocji jednocześnie. Moim ciałem wstrząsnęły dreszcze. Zakaszlałam, a na bieli umywalki zamajaczyły karmazynowe krople. Osunęłam się w dół na podłogę, kuląc się w kłębek, podczas gdy moim ciałem wstrząsnął bezgłośny szloch. Nie widziałam już jak twarz w lustrze spogląda za mną, rozciągając wargi w kpiącym uśmiechu, po czym odbiega, ginąc za ramą szklanej powierzchni.
*
Leżę na łóżku. Kolejna bezsenna noc. Ostatnio co raz więcej było takich. Leże na łóżku. Nie mogę spać. Ale nie mam siły, by się ruszyć. Zastanawiam się po co. Jaki był sens, w tym wszystkim. Po co miałam się starać i walczyć? Byłam już tak bardzo zmęczona. Co mi pozostało? Trwanie. Oczekiwanie, aż w końcu dopadnie mnie śmierć. Leżę. Patrzę pustym wzrokiem przed siebie. Jedna ręka wystaje poza łóżko. Widzę jak kapie z niej krew. Rdzawe krople w spowolnionym tempie pędziły w stronę podłogi. Widzę zęby, język i pazury. Widzę jak zatapiają się w mojej dłoni. Jak jest zjadana, pożerana, rozszarpywana na kawałki. Widzę jak odchodzi skóra, mięso, aż zaczynają być widoczne kości. Widzę. Ale nic nie czuję. Mam otwarte oczy, wizja nie znika, ale wiem, że to nie dzieje się naprawdę.
*
Leżałam na łące, wpatrując się w niebo. Kosmyki trawy łaskotały moją skórę. Myśli błądziły szaleńczo. Chmury leniwie sunęły po nieboskłonie. Smok pożerał wilka. Statek wzbijał się w przestworza. Przed moimi oczyma tańczyły cienie. Wspomnienie strachu czające się zawsze gdzieś na pograniczu umysłu. gorzkie żale. Cynizm wypełzał na wierzch. Wśród plątaniny myśli, trudno było wydobyć sensowną całość. Aż w końcu wyłapała wśród chaosu coś silniejszego. O tych, którzy byli jej bliscy, o tych, których straciła. Ból utraty wwiercał się w nią siłą wielką, czyniąc nieodwracalne starty. Im bardziej kochała, im więcej cierpiała, tym bardziej obawiała się pokazać, że jej na kimś zależy. Ziejąca krwawą czernią pustka w sercu. Wyryta dziura. Tak bardzo bolało. Zaczęła więc budować wokół siebie mur. Odsuwać wszystkich na dystans. By ochronić kwilącą w środku bezbronną, wrażliwą istotkę, którą była. Aż zaczynała o niej zapominać.
*
Światła się zmieniają. Z zielonego na czerwone. Staję na wysepce między jezdniami, zaledwie metrowy kawałek ostoi. Przede mną, za mną pasma asfaltu, po których w dwóch stronach pędzą samochody. Wystarczyłby krok w tył lub w przód i nastąpiłby koniec. Bujam się na piętach, ręce w kieszeniach. Na ustach błądzi cierpki półuśmiech. Oczyma wyobraźni widzę jak w moje ciało z całym pędem uderza maska samochodu. Jak wylatuje w powietrze, przetacza się po jezdni, roztrzaskane, połamane. Wizja przemija. Zmiana świateł. Idę dalej. Moje kroki odbijają się cichym echem, jednak giną w zgiełku miasta. Zastanawiam się co mnie tu przywiodło. Wszystko tu było takie brzydkie. Brzydkie ulice, brzydcy ludzie. Spaliny, śmieci i smród. Co ja tu robię? Może to dlatego, że brzydota tego miejsca odpowiada mojemu samopoczuciu. Tak samo gówniane. Idę, przedzierając się między ludźmi. Rozglądam się dookoła. Betonowa klatka. Budynki pną się wysoko, odgradzając me oczy od ołowianego nieba. Idę dalej. Obraz zdaje się migotać. Nagle jakby coś przeskoczyło. Świat zalany karmazynem. I znów wraca do szarej rzeczywistości. Kolejny skok, tym razem dłuższy. Wszystko martwe. Ciała porozrzucane po chodnikach, ulicach; roztrzaskane samochody i witryny sklepowe. Wszystko skąpane w szkarłatnych odcieniach krwi. Trwa to jeszcze chwilę, nim obraz ponownie przeskakuje. Ludzie idę śpiesznie przed siebie, nikt nie zwraca na nic uwagi. Wokół unoszą się hałasy miasta. Przecieram twarz dłonią. Wzdycham ciężko, sama nie będąc pewna czy śmiać się, czy płakać. Potrząsam głową i zarzucam kaptur i zsuwam go nad oczy. Idę dalej, spojrzeniem śledząc własne kroki. A wizja martwego świata powraca co jakiś czas.
*
Uciekaj. Uciekaj. I tak nie uciekniesz. Dopadną cię. Sfory piekielne. I dostaniesz swą karę. Nie uciekaj. Zasłużyłaś na to. Za wszystkie swe błędy, za pychę, odwagę. Chcesz się tłumaczyć? Tak, zwal winę na innych, jak zawsze. Nie chciałaś? Zgodziłaś się.
*
I dopiero gdy w Jej miejscu stanęłam, pojęłam jaki to był ciężar. Jak grube kajdany moje kostki objęły. Spojrzałam w Twe lisie oczy. Wyszeptałam "ratuj", ale Ty nie słyszałaś, gnana własnymi problemami. Bo oni nie rozumieli. Ja też nie rozumiałam. I jak oni, żywiłam żal i pretensje. I będąc na Twoim miejscu, jakże czasami mnie korciło, by jednym ruchem ręki - zakończyć wszystko. Niech nienawidzą.
*
Czasami nawiedzała ją ta myśl. Szczególne spojrzenie na świat. Zmiana perspektywy. Opuszczała wtedy swe ciało, wzlatywała w przestworza. I dalej, w odmęty kosmicznej czerni. I spoglądała na świat. I wszystko nagle traciło sens. Każdy czyn i wybór pojedynczej jednostki z perspektywy wszechświata był tak niemożebnie nieistotny. Cały ból i cierpienie, wszystkie wybory i pragnienia. Starania. I gdy wracała do swego ciała, spoglądała na świat znów swymi oczyma, wspomnienie wciąż było w niej żywe. I nie miała w sobie sił, by wykrzesać iskry motywacji. Jedynie strach przed śmiercią ją gonił. Strach przed n i e i s t n i e n i e m. Myśli te ją przerażały.
*
TERAZ
Szła przez las. Jej łapy zanurzały się w lodowatym śniegu. Chrzęścił pod jej poduszkami. Każdy szmer wydawał jej się tak głośny. Po raz pierwszy od narodzin syna pozostawiła go na dłuższy czas samego. Nie było jej już kilka godzin. Błądziła po lesie, na ślepo obierając drogę. Nie wiedziała dokąd biegnie. Po prostu biegła, przed siebie. Uciekając przed własnymi myślami. Nieposkładane myśli tłukły jej się po głowie. Myśli, wspomnienia, fragmenty wizji. Wszystko w chaosie. Rozbiegane, niepoukładane. Choć otaczała ją cisza lasu, miała wrażenie, że ogłuchnie. Gdzie była jej cisza, gdzie spokój - czemu, ach, czemu... co ona tu robiła? Tu, na tym świecie? Jej nierówne kroki rozbrzmiały na piaszczystym brzegu jeziora. Podeszła bliżej do lodowej tafli. W jej odbiciu ujrzała płomienne ślepia. Odskoczyła gwałtownie, ryjąc pazurami w podłożu. Zaskoczona, przestraszona. Choć nie powinna była być - nie pierwszy raz zaś widziała to spojrzenie. Nawiedzało ją od tylu dni. Wydobył się z jej gardła warkot nagły. Podeszła bliżej, znów spojrzała, jednak tym razem tylko własne odbicie dostrzegła. Lata szaleństwa, a jednak wciąż nie przyzwyczajona. Potrząsnęła głową, pasma czarnych włosów opadły jej na pysk. Zawróciła, kierując się ku jamie. Przemknęła między gęstymi zaroślami i zanurzyła się w wąskim otworze, miedzy głazami. Na jej umysł opadły cudze uczucia. Strach, pretensja, osamotnienie. Wszystko to biło od Valkkaia, który dreptał po jaskini, jakby w jej poszukiwaniu, nie rozumiejąc, czemu zniknęła. Patrzyła na niego przez kilka chwil jak na obcą istotę, jakby znów straciła kontakt z rzeczywistością. Aż chwila minęła i wróciła umysłem, uczuciami na ziemię. Podbiegła do szczeniaka i zaczęła go uspokajać, wtulając się pyskiem w jego czarne futerko, ogarniając jego pyszczek własnym oddechem. W jej myślach wciąż panował chaos.

O tym jak Aldieb traciła rozum. Nikt jednak o tym nie wiedział, skrywała to jak tylko dobrze umiała. A jak widać, po śmierci jej się pogorszyło, teraz jednak już jej tak nie zależy na tym, by to ukrywać.
Opowiadanie trochę chaotyczne, trochę depresyjne, ale hm... mam nadzieję, że chociaż trochę oddaje to co przeżywała.
Trochę inspirowane realem. Troszkę.

poniedziałek, 12 lutego 2018

"Time is over" II

A soldier on my own, I don’t know the way
I’m riding up the heights of shame
I’m waiting for the call, the hand on the chest
I’m ready for the fight and fate

Poranek był mroźny, wilgotny. Deszcz w nocy siarczysty, teraz ustał, a świat zasnuwały mleczne mgliste opary. Powietrze świstało przez nozdrza, kując igłami tchawicę i płuca. Dźwięk; lekkie mlaskanie, kiedy łapa za łapą przemierzała cicho niczyje tereny, od dawna puste i niezamieszkane. Hebanowe strugi włosów były zwiewane nieznacznie przez lekki wiatr, niewielki zefir, nie zakłócający spokoju i ciszy. Opuszczała dom, rodzinę, tereny Stada Nocy, wędrując w nieznane. Nie szła na oślep, zew ją przyzywał, głos Demona, który mamił, osaczał, zalegał w umyśle, szepcząc słowa i wskazówki. Jak chciał - tak szła, niby na rozkaz, nie znając zamiarów poczwary, modliła się tylko w duchu, by ta wyprawa była czegoś warta. Szepty Demona rozbrzmiewały w jej głowie, gdy wyłoniła się z mroków leśnego boru. Spojrzała na horyzont, lecz ginął w mglistych oparach. Zniżyła pysk, łapy wznowiły marsz, kierując się na ścieżkę, lawirującą między krzewami, która prowadziła w dół zbocza. 
***
Przed oczyma miała przejście, wyłom w skalnej ścianie, ziejąca czernią przestrzeń. Wokoło girlandy bluszczu, plątaniny zieleni, zwieszające się z wysoka. Przeszła pod nimi, zanurzyła się w cieniu, w chłodzie, pozwalając by korytarz ją prowadził. Kroki rozbrzmiały stłumionym echem. Przeszła kilka metrów. Wśród mroków zaiskrzyło światło. Wyzierające gwiazdy, które niby z nieba zbłądziły. Wyszła zza ostatniego zakrętu, oczy na moment przymknęła, gdy blask nagły ją oślepił. Ciężki wdech. Zmętniałe ślepia bez wyrazu spojrzały na ścianę kamienną, wilgotna powierzchnia, skrzyła się i lśniła, niczym szmaragdów mozaika, układająca się w pełzające węże. Spuściła ciężkie powieki, opadły niby kotary na koniec przedstawienia. Chłodne powietrze w nozdrzach, zapach był słony, wilgotny. Z jej gardzieli charkot wydobył się słaby. Wejrzała dalej, spojrzeniem demona znalazła. Stała tam, biała zjawa, pośród migoczących cieni i odblasków. Pysk wykrzywiała w uśmiechu lubieżnym, smolistym wejrzeniem brązową samkę taksując.
- Po coś mnie tu wezwała? - Spytała ciężkim głosem, na demonie zakotwiczając spojrzenie. - Czego znów ode mnie chcesz? - Irytacja i ból z jej tonu wyzierały. Wiele kosztowała ją ta wyprawa. Zmęczenie falami ją ogarniało.
- Czas. - Wychrypiała biała, a słowo to zawisło w  przestrzeni między nimi, rozbrzmiewając niczym dzwon. - Czas Cię goni.
Jej świszczący szept wdzierał się siłą do uszu samicy. Nie mogła się bronić przed nim, przed prawdą. Pokręciła głową.
- Po co tu jestem? Co to za miejsce?
- Jaskinia prawdy. - Odparł jej świergotliwy charkot. - Choć to jedna z wielu nazw. Większość w niezrozumiałych dla Ciebie językach.
Brązowa spojrzała na Sanetille nieprzychylnie, zastanawiając się co też kombinowała.
- Podejdź do jeziora. - Wychrypiała, szczerząc się obrzydliwie. - Spojrzyj.
Choć niechętnie, uczyniła tak jak jej demon kazał. Na ugiętych łapach zbliżyła się do migoczącej tafli jeziora. Pazury zanurzały się w wilgotnym piasku. Słonawy zapach ze zdwojoną siłą buchnął w jej nozdrza. Ciałem wstrząsnął dreszcz niepokoju. W końcu podeszła wystarczająco blisko, jej cień padł na taflę wody, obniżyła łeb by spojrzeć na swe odbicie. Obraz jakby się z wolna formował. Smoliste smugi zbierały się z krawędzi jeziora, by w wirującym tańcu dotrzeć do jej osoby. Powierzchnię wody wzburzyły drobne fale, które sięgnęły poduszek jej łap.Barwy zwinęły się spiralnie, po czym rozkwitły niczym pąki kwiatów. W miejscu lewego oka ziała czernią dziura, a z niej wężowatymi mackami rozchodziły się krwiste żyłki, obejmując całe ciało. Czerń rosła, jakby pochłaniając resztę organów, serce, płuca, kości. Wszystko zapadło się, rozpłynęło w proch.
Samica odskoczyła, rozbryzgując krople wody. Cofnęła się gwałtownie, przerażona nagle tą wizją, choć dobrze wiedziała co się z nią działo. Zacisnęła ślepia, kryjąc ich złocistą barwę. Lewe, choć wydawało się niewiele różnić, widziało jedynie to co było po drugiej stronie, zaświaty. Wokół niego, kryjące się pod sierścią znajdowały się ledwo widoczne, zagojone blizny. Aldieb potrząsnęła głową, zrzucając na pysk czarne pasma włosów. Obrzuciła spojrzeniem demona, jaskinie, po czym wybiegła, mknąc chyżo przez stepy, wracając na tereny nocnego stada, tam gdzie jeszcze przez chwilę mogła być bezpieczna.

niedziela, 11 lutego 2018

Seby dzień drugi. Spotkanie z siostrą.

[19:59] Aldieb: Kolejny wieczor. Kolejna noc niespodzianek. Po calym dniu spedzonym w pieczarze, samoca po raz kolejny chwycila mlodego w pysk i wyszla z nim na powierzchnie. Przedarla sie miedzy labiryntem stworzonym z gestych galezi krzewow i poszla dalej waska, kreta sciezka az dotarla na polane. Posadzila szczeniaka na ziemi i sama polozyla sie obok niego, oslaniajac wlasnym cialem.
[20:01] Tristan: Większość czasu spał, jadł, próbował wspinać się na Matkę i znów spał. I tak cały dzień. Ale wyczuł, że mieli wyjść, jeszcze nim Aldieb to zrobiła. Dlatego wesoło teraz machał łapami, zwisając z jej pyska. A gdy poczuł grunt pod sobą, od razu w kilku susach zrobił niewielkie kółko, potykając się. Pyskiem wylądował w boku Matki. Fuknął kilka razy i potrząsnął głową, patrząc na nią tak jakby to była właśnie jej wina. Zastrzygł uszami i rozejrzał się, nie dostrzegając nikogo. Jedynym światłem w jego oczach, zajmującym większość widoku była Aldieb. Dlatego też wspiął się niezgrabnie na nią i usiadł na jej boku/plecach by mieć lepszy widok.
[20:12] Fene: Fene od dłuższego czasu omijała polanę. Wyczuwała byt dużo negatywnych emocji piętrzących się w jej środku. Przyprawiało ją to o ból głowy. Jeśli miała wybór - zostać w bezpiecznym sobie miejscu lub męczyć się wśród tylu złych czynników - oczywiście wolała wybrać tę opcję z korzyścią dla siebie. Zbyt długo jednak nie widziała matki. Między palcami umysłu przewijały się nieprzyjemne myśli. Obawiała i martwiła się o nią. Przecież dopiero co odzyskała Aldieb i nie chciała - nie mogła - jej znów stracić. Odszukanie jej wbrew pozorom nie było dla Fene trudne. Poczekała jednak, aż matka zjawi się na pustej już polanie i dopiero wtedy podeszła. Zjawiła się niepostrzeżenie, jak cisza. Otoczona nutą spokoju i pewnego rodzaju tęsknoty. ─ Mamo ─ przywitała się. Zatrzymała niedaleko brązowej wadery. Jej łapy zdawały się nie wydawać dźwięku nawet w kontakcie ze skrzypiącym śniegiem. Zmarszczyła nos i brwi, wyczuwając i dostrzegając dziwną, czarną kulkę, kłębiącą się przy ciele matki. Szczeniak? Otworzyła szerzej oczy, wyraźnie zdumiona widokiem rodzeństwa. ─ Co to jest?
[20:36] Aldieb: Powiodla spojrzeniem za mlodym, ktory postanowil wdrapac sie na jej grzbiet. W tym samym momencie wyczula, ze cos sie zmienilo. Nie uslyszala niczego, bylo to raczej przeczucie. Fene tu byla. Nie wiedziala skad to wiedziala. Bylo to tak nienamacalne, nieuchwytne. Wyczuwalne czyms co mozna bylo jazwac szostym zmyslem. Brak czegos. Cisza. Uniosla pysk, spogladajac wprost w jej fioletowe slepia. Poczekala az sie zblizy. - Fene. - Mruknela cicho, cieplym od uczucia szeptem. - To jest Twoj brat.
[20:41] Tristan: Wciąż rozglądał się ciekawie po polanie. Nie zauważył Fene, siedział jednak tyłem do niej więc nie spostrzegł jej, a łba nie obracal aż tak daleko. Oblizał pysk i ziewnął, strzygąc uszami gdy usłyszał głos matki. Spojrzał na nią, orientując się po chwili gdzie patrzy. Obrócil się więc w tamtą stronę i kompletnie zaskoczony oraz wystraszony widokiem wilczycy cofnął się, spadając z Aldieb. Zapiszczał cicho i skulił się, kładąc po sobie uszy. Wyszczerzył drobne ząbki w jej stronę, ale że był schowany za Aldieb, raczej słabo to widziałam. Praktycznie nie widział jej światła. Widział ją jedynie zwykłymi oczami. Strach który opadł na niego tak wcześniej mógł udzielić się teraz również i jego Matce. Uspokoił się jednak po chwili. Ciekawsko oparł łapy na boku Aldieb i wystawił ponad nią łeb, węsząc w powietrzu. Pomarańczowe ślepia wbil w Fenkę i przechylił łeb, patrząc na nią.
[20:59] Fene: ─ Mój brat... ─ potwórzyła głucho. Jej słowa echem odbijały się w umyśle, powolutku nabierając sensu i realności. Fene ciężko było uwierzyć w to co właśnie zobaczyła. Cięzko było jej uwierzyć w fizyczną obecność brata. Ale to nie był Tir. To, co widziała, było do niego podobne, lecz to nie był Tir. Powietrze kłębiące się niczym dym dmuchnęło z jej nozdrzy razem ze smutnym westchnięciem. Długie, postawione na sztorc uszy pikowały ku małemu, wyłapywały dźwięk jego ruchów i pisków. Wydawało jej się, że dostrzegła u niego pomarańcz kłów. Poczuła ukłucie w klatce piersiowej. ─ Wygląda prawie jak on... ─ szepnęła. Skrzyżowała fioletowo-pomarańczowe spojrzenie, szukając w nim więcej Tira. Westchnęła kolejny raz. ─ Ale to nie jest on ─ dodała, bardziej dla siebie. Musiała to usłyszeć. Musiała zrozumieć, że on nigdy nim nie będzie, i nie zmieni tego nawet największa tęsknota. ─ Jest bardzo strachliwy? Wydaje się mnie obawiać. ─ Usiadła, starannie przykrywając łapy długim, smukłym ogonem, uważając na przeplataną rzemykami czaszkę mocno trzymającą się futra. Krucze pióra tańczyły nieśmiało zachęcane delikatnym podmuchem nocnego chłodnego wiatru. Przeplatały się z ciemnymi włosami opadającymi na pysk samicy, która wyglądała na całkowicie nie przejętą tym faktem, jakby w żadnym stopniu jej to nie przeszkadzało.
[21:06] Aldieb: Poruszyla sie niespokojnie, gdy czarny szczeniak nagle z niej spadl i zaczal piszczec. Pierwszy raz widziala u niego taka reakcje, choc zapewne nie bylo to nic wyjatkowego u zwyklych szczeniakow. On jednak nie byl zwyklym szczeniakiem. Niepokoj jakby sie jej udzielil. Podwinela ogon blisko ciala i nerwowo zastrzygla uszami. Po chwili wrocila spojrzeniem do Fene, ktora mimo spokoju wydawala sie byc poruszona. - Tak, Twoj brat. Jego imie to Valkkai. - Umilkla na chwile, przypatrujac sie corce wnikliwie. - Pierwszy raz tak zareagowal. Trudno jednak mowic czy to norma, gdy zaledwie od dwoh dni stapa po tym swiecie. Wszystko jest dla niego nowe.
[21:15] 🌸: A Kwiat co? W sumie nic, bo znów się szlajała, oblepiona śniegiem, przez wpadnięcie w zaspę, której... no cóż, nie zauważyła, zajęta rozglądaniem się wokół bez jakiegokolwiek celu. Usiadła zaraz, wtykając ogon między swoje łapy i zniżając do niego pysk, by ponownie zawiązać rzemyk z kulkami, od których biło ciepło. Westchnęła ciężko, dotykając łapą jednej, rozbitej. Znów będzie musiała, chociaż na kilka godzin, zniknąć, by móc nazbierać trochę powietrza, zbić kolejną kulkę, by ocieplić zimne i takim też sposobem odbudować te dwie stłuczone. Pokręciła łbem, wstając, ruszając z wolna w dalszą, bezcelową podróż.
[21:18] Tristan: SebaWdrapał się na Aldieb by widzieć dokładniej tę której nie widział. Opuścił pysk i zsunął się teraz ostrożnie z ciała matki, tak by móc podejść ku Fene. Oblizał pysk, nerwowo strzygąc uszami. Niepokoiło go to, że jej nie widział. Bylo to dziwne i niezrozumiałe. Chociaz był szczenięciem, zrozumiał już, że te świetliste sylwetki to ci, którzy mówią i żyją. A ona mówiła. Ale jej nie widział. Zaskomlał cicho, nie wiedząc co zrobić. Usiadł bezradnie, patrząc na nią pomarańczowymi ślepami. Podniósł się jednak i ostrożnymi krokami ruszył ku Fene. Gdy znalazł się przed nią, uniósł głowę, węsząc w powietrzu. Każdy jego ruch naszpikowany był niepewnością. Tak jak aura, którą rozsiewał wokół siebie. TristanNie mial ochoty wracać ku polanie. To co teraz tam było nie wnioslo nic dobrego. Rozdrażnialo go, podjudzało, nie pozwalalo do siebie podejść, jednocześnie kusząc Hiacynt. Prychnął cicho, wygrzebując się ze śniegu w którym leżał już jakiś czas. Zimno pomagało opanować to co powinno być opanowane. Zastrzygł uszami, słysząc skrzypienie śniegu pod czyimiś łapami. Zawęszył w powietrzu i uśmiechnął się mimowolnie, od razu puszczając się biegiem w stronę dźwięków. I po krótkiej chwili prawie wyskoczył na Hiacynt, przewracając ją niechcący. Nie jego wina że byla tam skarpa!(edytowane)
[21:26] Aldieb: Poruszyla lapa, przekracajac sie odrobine, gdy smolisty szczenior zaczal sie na nia wdrapywac. Nie zatrzymala go, gdy ruszyl do siostry, choc w pierwszym odruchu chciala go przytrzymac lapa lub zlapac zebami za ogon. Pozwolila mu jednak poczlapac samodzielnie przed siebie, sledzac za nim spojrzeniem.
[21:30] 🌸: Co... co, co, co, co ─ Wymruczała w jednej sekundzie, widząc jedynie czarną kupę sierści, jakby... lecącą w jej stronę. Stanęła, nie wiedząc, co się dzieje, lądując zaraz w śniegu. Uniosła pysk, prychając i kręcąc nim na boki, chcąc pozbyć się śniegu. Spojrzała po sobie, zaraz zadzierając łeb, by spojrzeć na Tristana. Uśmiechnęła się, zaraz kładąc pysk na ziemi, śmiejąc się cicho. Nie chciała pytać, co się stało, dlaczego tak się stało, ani co sobie myślał - to akurat teraz nie było ważne. Opanowała śmiech, mimo to nadal drżała, trzymając to w sobie.
[21:37] Fene: Zauważyła jak nerwowo zachowuje się Aldieb. Zmiana w jej emocjach nastąpiła tuż po tym kiedy szczeniak zaniepokoił się istotą Fene. Nie spodobało jej się to. Widocznie szczeniak mógł wpływać na uczucia i stan istot znajdujących się w pobliżu. Co będzie potrafił kiedy podrośnie? Rzuciła spojrzenie matce. Wiedziała, że Aldieb nie będzie do niej wrogo nastawiona, ale miała wrażenie, że przez wpływ młodego poczuła od niej pewnego rodzaju obcość i dystans. Rozumiała, że byli ze sobą bardzo związani, jednak nie wyrażała ani grama aprobaty na kontrolowanie nastroju Aldieb. ─ Interesujące. ─ Przerzuciła wzrok na szczenię. Obserwowała jak wspina się na grzbiet wilczycy i jak zastanawia się nad podejściem do Fene. ─ Czego się boisz, mały? Co widzisz? Co zauważyłeś? ─ zastanawiała się, szukając odpowiedzi w jego oczach. ─ To ciekawość czy strach? ─ Valkkai zadzierał łeb i węszył u jej łap. Fene patrzyła na niego z góry. Wyczuła bijącą od niego niepewność, ale ta niepewność nie przebiła się przez jej barierę spokoju. Zetknęła się z nią, jednak opływała wokół, jakby szukała luki. ─ Mamo, jesteś świadoma tego, co on robi?
[21:41] Tristan: Seba Słowa które do niego docierały wiele dla niego nie znaczyły. W tej chwili liczyl się tylko ton oraz ich zabarwienie. Spokojne, nie nerwowe. Jakby odetchnął cicho z ulgą. Nie wyczuł również żadnych złych emocji od Matki. Co znaczyło, że istota której nie widział, stojąca przed nim nie była nikim złym. Dlatego postąpił w jej stronę kilka kolejnych kroków, a potem wykonał kilka susów przy których łapy ugrzęzły w śniegu. Ale udało mu się! Dotarł do tego co go interesowało. Pacnął łapą czaszkę na ogonie wilczycy, zbliżając do niej zaraz nos by ją powąchać. Niepokój i niepewność ustąpiły miejsca dziecięcej ciekawości i wesołości. TristanWydał z siebie glośny pomruk i spojrzał na Hiacynt, zaraz z niej schodząc. Otrzepał się i potrząsnął lbem. - Wybacz. - Mruknął cicho, kładąc po sobie uszy. - Nie chciałem, to był wypadek. - Zaczął się tlumaczyć niczym małe dziecko. - Co tu robisz sama? Dlaczego? - Przekrzywił łeb na bok, wpatrując się w nią kolorowymi ślepiami.
[21:46] Aldieb: Powiodla spojrzeniem za potomkiem, zaraz jednak przerzucajac je na corke, ktora emanowala zludnym spokojem. - Co wedlug Ciebie robi, Fene? - Spytala. Jej wzrok bladzil od jednego dziecka do drugiego.
[21:50] 🌸: Podniosła się chwilę po nim, mając ciągle zwrócony łeb w jego stronę. Stanęła na równych łapach, otrzepując się, gdzie pod koniec wesoło zamiotła ogonem śnieg. ─ Nie musisz mi się tłumaczyć, przestań. ─ Uśmiechnęła się, robiąc dość gwałtowny krok w jego stronę, by schować nos w jego futrze na szyi. Odetchnęła ze spokojem i nieustającym uśmiechem na pysku. Ciepło. ─ Nie muszę chyba pytać o pozwolenie, czy mogę się przejść, prawda? ─ Spytała cicho, odsuwając się, by potrząsnąć łbem na boki.
[21:52] Tristan: Drgnął nieznacznie gdy ta wykonała tak gwałtowny gest. Uśmiechnął się odrobinę szerzej, ciepło i przymknął oczy, opierając pysk na jej szyi. - Nie musisz. Ale nie masz szczęścia do samotnych wędrówek. Nie muszę Ci chyba przypomniać..? - Mruknął z cichym rozbawieniem w głosie. Cofnął się i jęzorem przejechał po boku jej pyska. Zachowywał sie jakby chciał jakoś naprawić swoje wczorajsze zachowanie.
[22:00] 🌸: Nieco pochyliła pysk, czując jego jęzor. Gdyby była w cielsku człowieka, pewnie znów stałaby się czerwona na twarzy i znów by się z niej śmiał. Ubiła końcówką ogona ziemię, unosząc zaraz pysk. Ona nie miała szczęścia? Można by tak powiedzieć, w końcu poobijane ciało nie jest wynikiem jej widzimisię. Chociaż nigdy nie wiadomo. Nie wspominała mu nigdy o tym, czy było to celowe, czy jednak wypadek. ─ Nie musisz, wiem o tym. ─ Odpowiedziała z uśmiechem, strzygąc uszami na boki.
[22:00] Fene: To jej brat. Jej brat. Jej bliźniak zaginął, a ona stała się starszą siostrą. Czuła się z tym nierealnie. Zaakceptowanie i oswojenie się z tym na pewno zajmie jej sporo czasu. Małe kiełki objęły czaszkę, łapka zbadała jej powierzchnię. Fene powoli odsunęła ogon w obawie przed uszkodzeniem ozdoby. Widocznie Valkkai uznał to za zachętę do zabawy, doskoczył do czaszki, jednak Fene zablokowała jego ruch łapą. Odsunęła go i przypadkiem wywróciła. ─ Nie wolno ─ powiedzia stanowczo, lecz z tym samym spokojem. Podsunęła bratu małą śnieżną kulkę w zastępstwie. Zachęciła go do interakcji pokazując mu jak się toczy. ─ Nie jestem pewna co on robi, mamo ─ przyznała. ─ Ale wydaje mi się, że jest w stanie w jakiś sposób wpływać na to co czujesz. Jest taki mały... Może mi się tylko wydawało? ─ zamilkła. ─ Przez chwilę miałam nadzieję, że to Tir. Że w jakiś sposób zmienił się w szczenię. Że wrócił. Tęsknię za nim ─ przyznała cicho.
[22:08] Aldieb: Przymknela nieco slepia, ze spokojem wdychajac zimowe powietrze. Spod polprzymknietych powiek obserwowala zabawe rodzenstwa. Byla zmeczona. Valkkai wymagal opieki niemal cala dobe. Spokoj byl tylko kiedy spal, jednak nie mogla zostawiac go jeszcze calkiem samego. Jeszcze przez co najmniej pare dni. Uniosla powieki, gdy Fene kontynuowala. Pokrecila pyskiem na jej slowa. - Nie wydawalo Ci sie. Moze to i wiele wiecej. A raczej bedzie mogl. Ale nie przejmuj sie tym, on nie jesr zly. - Opuscila pysk, kladac go na wyciagnietych lapach. Wydychane powoetrze z nosa wprawilo w ruch drobne sniezynki, ktore leniwie sypaly sie z nieba. - Ja rowniez. - Szepnela cicho, prawie bezglosnie. Starala sie nie myslec zbyt czesro o synu, ktorego nie widziala od tylu lat.
[22:10] Tristan: Tristan - No więc właśnie. To gdzie idziemy? - Zapytał, rozglądając się. - Po co szłaś i gdzie? - Zerknął na nią, wesoły i zadowolony tym, że nie ma w najbliższym otoczeniu ostoty która psuła mu cały nastrój i życie. Skrzywił się mimowolnie i przeciągnął mocno, machając kilka razy ogonem. Spojrzał na śnieg, a potem na Hiacynt. Łapą zgarnął śnieg i rzucił nim w Kwiatka, bez jakichś większych emocji na pysku. Seba Warknął głośno w stronę łapy która zablokowała mu dalszy ruch w stronę zabawki. Prychnął głośno i spojrzał na śniegową kulkę. Po krótkiej chwili spojrzał jednak na Fene jakby chciał ją zapytać co ona wyprawia. Prychnął znów i stanął na tylne łapy, przednie opierając na jej łapie. Ale ta mu się ześlizgnęła i wylądował cały w śniegu.
[22:19] 🌸: ─ Po nic i... I w sumie nigdzie. Tak po prostu rusz... ─ Przerwała, czując na swoim cielsku zimno śniegu. Przez chwile stała jak słup, wpatrując się w niego z miną: "Ale... za co?", po czym delikatnie ugięła łapy, pochylając nisko łeb z szerokim uśmiechem. Zerwał się dość mocny wiatr, który nie tyle, co zaczął się kumulować wokół niej, tworząc jako tako tarczę, ale i zgarniając za sobą śnieg, który skierowała na Tristana. Widząc, jak z czarnego samca w jednej chwili zrobił się biały z kilkoma ciemniejszymi plamkami, zaśmiała się, uskakując zaraz w tył, w każdej chwili gotowa do ucieczki.
[22:21] Tristan: Widząc jej zacięcie się miał ochotę parsknąć śmiechem. Ale nie było mu to dane. W kolejnej chwili był caly w śniegu. Fuknąl głośno i otrzepał się, nie dając rady jednak pozbyć z siebie wszystkiego. Zmrużył ślepia i ruszył w stronę wilczycy, robiąc skok w jej stronę. Zmiotła śnieg z najbliższej okolicy ale musiał zmusić ją do odsunięcia się o kilka metrów! Parsknął ichym, mimowolnym śmiechem.
[22:23] Fene: Patrzyła zdziwiona na brata. Rozumiała jego kłopot z równowagą, ale szczenięca chęć zabawy była dla niej odległa. Fene nie umiała jej podzielić. Westchnęła. Nie mogła przecież mieć żalu i winy do młodego o to, że nie jest Tirem. Nie mogła ich porównywać. Zniżyła łeb i trąciła maleństwo nosem, przewracając go na bok. Hebanowe kosmyki łaskotały jego futro i zasłaniały oczy. Uniosła głowę i tym razem popchnęła go łapą, nie dając mu chwili wytchnienia. ─ Ma dwa dni. Skąd pewność, że nie jest zły? Wiem, że to Twoje dziecko i mój brat, ale zwyczajnie niepokoi mnie to co on wyprawia. Wiem, że może nieświadomie. Martwię się o Ciebie ─ powiedziała otwarcie. ─ Dużo przeszłaś. Jesteś wyczerpana. Zagubiona. A i tak decydujesz się na samotność, mimo tego, że pojawiasz się wśród zwierząt. To sprzyja manipulacji. ─ Mówiąc ostatnie słowo, spojrzała wymownie na szczenię. To według niej robił. Manipulował. ─ Odpocznij. Zajmę się nim.
[22:30] 🌸: Nadal z łbem zawieszonym kilka centymetrów nad ziemią i z uniesionym zadem, cofnęła się kawałek, obserwując go. Nie znała jego zamiarów, tak też nieco się spięła, gdyby przyszło jej szybko spierdalać z miejsca. Byle z niej nie zrobić bałwana. Zmrużyła delikatnie ślepia, oblizując truflę wraz z górną wargą. ─ Dalej. ─ Wymruczała, śmiejąc się cicho.
[22:38] Aldieb: Uniosla nieco pysk, wlepiajac ponownie zlote slepia w corke. Rozumiala jej obawy, jednak ich nie podzielala. Ale jak wytlumaczy, cos co ona po prostu wiedziala? Choc z poczatku byt w jej ciele byl dla niej obcy, a jego pochodzenie nadnaturalne, nie roznil sie wiele od innych noworodkow. Postanowila zaakceptowac go jako swe dziecko, mimo ze sama stala sie jego matka poprzez podstep, gdy sama wciaz nie w pelni przytomna byla. Jednak dano mu nowe zycie, zaczynal od zera, z czysta kartka. Nikt nie w momencie narodzin nie byl ani zly ani dobry. Wszystko zalezalo od niego oraz od tego jak go wychowa. Nie mogla tez obwiniac potomka za jego umiejetnosci, o ktore przeciez nie prosil, byly czescia jego i musiala sie z tym pogodzic. Westchnela ciezko, zerkajac za czarna kulka, ktora po raz kolejny wyladowala w sniegu. - Po prostu wiem. - Pokrecila lbem. - Nie robi nic, co by moglo mi czy Tobie zagrazac. I nie martw sie o mnie, nie musisz. - I tak Cie nie ma. - Radze sobie jakos, odkad wyrwano mnie na ten swiat. Radzilam i wczesniej. Teraz rowniez dam rade. - Zmruzyla slepia, zamiotla ogonem po sniegu. Spojrzala w bok, dajac sobie chwile by ta dziecinna irytacja i bol, ktory zagoscil w jej sercu minely. - Ale dobrze, zrobie jak mowisz, a Ty sie nim zaopiekuj. Moze sie jednak przekonasz. - Usmiechnela sie niepewnie, troche jakby zapomniala jak to sie robi, po czym polozyla ponownie pysk na lapach, kladac po sobie uszy.
[22:46] Tristan: Łapę Fene obral za nową zabawkę. Objął ją łapami, gryząc niezbyt mocno jej skórę. Wydawał przy tym śmieszne, krótkie warknięcia niczym atakujący prawdziwy wilk. W dość mocno zmniejszonej wersji. Odskoczył od niej i machając ogonem na boki, znów rzucił się ku niej. Nie przejął się zimnym śniegiem oblepiającym mu futro. Wolał zainteresować się tym co żylo. Nawet jeśli tego nei widział tak jak powinien. Zatrzymał się, znieruchomiał w jednej chwili. Uniósł łeb by spojrzeć na Fene. Wydawało się, że patrzy przez nią zamiast niej. Przekrzywił delikatnie łeb na bok, a oczy przywodzące na myśl jeziora lawy zajaśniały odrobinę żywiej. - Nie jesteś zła, prawda? - Cichy, ledwie widoczny szept spróbował dotrzeć ku umysłowi Fene. Mógł również być słyszalny dla Aldieb, ale próbował ją jednak ominąć. Szczeniak postawił kilka kroków ku Siostrze i dotknął nosem jej ciała, wydając z siebie cichy, szczenięcy pomruk. Opuścił łeb i skoczył gwaltownie ku Hiacynt, wyciągając przed siebie przednie lapy. W jego oczach widać było dziecięcą radość która tak bardzo nei pasowała do jego aparycji i charakteru. Wylądował jednak obok niej i zwinnym ruchem spróbował wleźć pod nią by móc ją wywrócić.(edytowane)
[23:06] Fene: Wbiła wzrok w matkę, mrużąc oczy. Czy właśnie wyczuła irytację? Nie mogła doszukać się źródła. Wiedziała tylko, że coś w nastroju Aldieb zmieniło się i tym razem młody nie miał z tym nic wspólnego. ─ Nie wątpię, mamo. Poradzisz sobie. Tylko granica między faktycznym radzeniem sobie a oszukiwaniem się jest cienka. Możesz mnie zwodzić mamo. Możesz mnie odpychać. Ale nie oszukasz siebie ─ powiedziała ściszonym tonem. ─ Dopuść kiedyś do siebie myśl, że mi na Tobie zależy. ─ Już nie patrzyła na Aldieb. Obserowała brata, dotykała go łapą, popychając lekko i zwodząc, angażując się w jego grę. Nie była jednak radosna. Uszy tuliły kark, przez co wyglądała na zasmuconą. Nie wiadomo, czy faktycznie była - spokój dalej przebijał się najmocniej przez jej wszystkie emocje. Słowa Aldieb zmieszały się z silnym, wyraźnym głosem, który znikąd pojawił się w jej głowie. Zaskoczona Fene otworzyła oczy, będąc przez moment pewną, że wyobraźnia płata jej figle. Zerknęła na matkę, a następnie na brata, i zrozumiała - jego pytające, wyczekujące spojrzenie. To był jego głos. Zwalczyła chęć odsunięcia się, gdy Valkkai jej dotknął. Za dużo. ─ Zła? ─ powiedziała niewyraźnie. ─ Nie. Raczej skonfundowana. ─ Postawiła uszy. ─ Czy Ty... wszystko rozumiesz?
[23:17] Aldieb: Nie odpowiedziala, trawiac w milczeniu jej slowa. Chciala cos powiedziec, jednak glos ugrzezl jej w krtani. Zacisnela kly, zamknela powieki, ciasniej kulac po sobie uszy. W jej umysle echem poniosl sie cichy szept, niewyrazny, nierozpoznawalny, jednak wiedziala od kogo pochodzi. Uniosla leciutko powieki, przez szpary obserwujac rozmazane ksztalty jakimi bylo teraz dla niej Fene i Valkkai. Przez moment wydali jej sie tak odlegli, tak obcy. Jakby znajdowali sie tysiac mil od niej, a nie tutaj, na wyciagniecie lapy. Choc starala sie z calych sil, nie potrafila w pelni byc. Choc futro przykrylo ciagnace sie przez jej cialo blizny, choc starala sie emanowac spokojem i rozsadkiem, nie bylo czasu ani miejsca, ktore zaleczyloby wszystkie doznane przez nia rany. Nie byla juz soba, nie byla taka jak dawniej. Czegos w niej braklo. Zdawala sobie z tego sprawe, a slowa Fene tylko jej o tym przypomnialy. Probowala. By sie nie rozpadnac.
[23:18] Tristan: - Dlaczego? Kto jest zły? - Zapytał, siadając przy jej łapie. Kichnął i niezgrabnie otarł nosem łapę. - Nie, nie rozumiem. Dlaczego? - Zadał kolejne pytanie, spoglądając w stronę Aldieb, świetlistej sylwetki, wyraźnie widocznej w ciemnym świecie. - Nie widzę Cię. Dlaczego? - Kolejne pytanie małego dziecka. Uniósł głowę, patrząc na Siostrę. - To jest.. -Milczał chwilę, szukając nazwy dla uczucia które temu towarzyszyło. - Dziwne. Straszne. Boję się. - Przyznał, a szept nabrał siły tak jakby chciał wymusić na samicy to by się pokazała. Poruszył łapami przypominającymi gadzie w śniegu i podniósł się, drepcząc w kółko by wydeptać śnieg. Usiadł w tym niewielkim kawałku przestrzeni i z przekrzywionym ciekawsko łbem patrzył na Fene, oczekując odpowiedzi. Wielka moc zamknięta w niewielkim ciele. Nierozumna jeszcze istota potrafiąca wiele. Będąca małym dzieckiem które musi nauczy się jeszcze tak wielu rzeczy.(edytowane)
[23:32] Fene: Rozbolała ją głowa. Czuła nieprzyjemne, chłodne, ostre igiełki wbijające się w jej czaszkę. Tępy ból napierający na jej skronie. Zwilżyła nos czubkiem języka, strzygnęła uszami. Czy ten ból miał związek z głosem? Zamknęła oczy. Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego? A skąd ona miała wiedzieć?! Za dużo. Za szybko. Kłapnęła zębami. ─ Dość! ─ powiedziała głośno, tnąc stanowczym głosem powietrze. Szepty ustały, ustępując miejsca ciszy. Z początku głuchej, dzwoniącej, później spokojnej i przyjaznej. Potrzebowała czasu. Odetchnęła i otworzyła oczy. Aldieb, wyraźnie przejęta, leżała. Młodzieniec, zmieszany i zakłopotany, siedział dalej u jej łap. ─ Spokojnie mały. Za niedługo poznasz odpowiedzi. Musisz być cierpliwy... ─ Przypatrywała się Aldieb. Fene zdawała sobie sprawę z jej walki z myślami. ─ Mamo? Wracajmy. Prześpij się w bezpiecznym miejscu.
[23:34] Aldieb: Drgnela gwaltownie pod wplywem wyjatkowo donosnego glosu Fene, po ktorym zapadla nagla cisza. Podniosla glowe, stawiajac uszy na sztorc. Slyszac jej kolejne slowa skinela tylko pyskiem i podniosla sie z ziemi. Znow wpadla w tryb milczenia.
[23:35] Tristan: Wydał z siebie charkot zmieszany z warknięciem gdy ta zareagowała podniesieniem głosu. Spojrzałby na nią z pretensją gdyby jego oczy potrafiły coś wskazać. Zupełnie niepodobnie do siebie ruszył w stronę matki. Usiadł jednak zdezorientowany gdy jego Matka wstała, zostawiając go tak. Zapiszczał głośno, zaraz zaczynając zwyczajnie skomleć.(edytowane)
[23:38] Aldieb: Obejrzala sie za szczeniakiem, ktory nie wiadomo kiedy znalazl sie za nia. Westchnela lekko i zawrocila. Popchnela malca nosem by sie ruszyl. Po namysle zlapala go jednak za skore na karku i podniosla z ziemi, by przeniesc go do bezpiecznej jamy.