wtorek, 6 lutego 2018

Oderwana od rzeczywistości.


6 lutego 2018
[19:57] Aldieb: Wciagnęła w nozdrza mroźne powietrze. Jej oddech formował się w kłębki pary. Szla przez las, w kierunku polany. Ostatnio kursowala prawie wylacznie miedzy nia i jaskinia. Duze, puszyste platki sniegu leniwie sypaly sie z nieba, migacac w srebrzystym blasku gwiazd. Tworzac kolejne warstwy puchowego dywanu. Samica wyszla z pomiedzy drzew i zasiadla na polanie. Przybyla jako pierwsza. Wspomniala wczorajsza rozmowe z Tristanem, zastanawiajac sie czy i dzis sie zjawi.
[20:02] Kirke: Ostatnie dnie spędziła na zwiedzaniu na powrót starych kątów. Nowe zapachy, nowe widoki. tak wiele i tak mało się zmieniło. W jej starej jaskini wciąż leżały porzucone kości. W nagłym impulsie wykopała wiellki dół w zwiędłym krzaku róż i wszystkie je tam zaniosła. Chyba nie chciała, by Stado Nocy kojarzyło ją z przeszłością. Nie była już morderczynią. Już nie. Chyba. Kilka dni, mimo, że na terenach stada, spędziła w samotności. Jednak odkryła w końcu, że znów robi to, od czego uciekała. Siedzi w kamiennej norze i patrzy w przestrzeń, sprzeczając się z własnym rozsądkiem. Dlatego zerwała się z miejsca, wspięła po zaśnieżonych skałach wyjścia z jej nory i pobiegła byle prędzej w stronę polany. Znów uciekała. Tym razem przed własnymi myślami.
[20:07] Rakshasha: Noc tym razem okazała się wyjątkowo mroźna, a przynajmniej taka wydawała się panterze, która jakiś czas wcześniej zdecydowała, że dobry pomysłem będzie swobodny przelot nad lasem. I nie, nie było to wcale dobry pomysł. Ledwie wzbiła się w powietrze, a dotkliwy chłód przeczesujący jej sierść zaczął przedzierać się pod skórę i do szpiku kości, aż musiała zacisnąć szczelnie szczęki i z przekleństwem wywarczanym tylko w głowie, zawróciła czym prędzej w strony polany. Co prawda zdążyła już odlecieć konkretny kawałek, więc obniżając się aż niemal muskała szczyty drzew, z niezbyt szczególnym zadowoleniem przyspieszyła swój lot.
[20:09] Aldieb: Z cichym westchnieciem opadla na ziemie. Wysunela smukle lapy przed siebie i oparla na nich pysk, spogladajac smetnie na wygaszone palenisko. Dni spedzala samotnie, a teraz braklo jej nawet sil na dluzsze wedrowki. Byla ciekawa, czy ktos zawita dzisiaj na polane, chociazby na chwile.
[20:14] Kirke: Biegła w pełnym pędzie. W dwóch skokach pokonała bród przez rzekę i biegła dalej. W jej oczach mieniły się tylko ciemne gałęzie i śnieg. Znała drogę, jej łapy ją pamiętały. W głowie wciąż krzyczał uparty głos "WRÓĆ, WRÓĆ, WRÓĆ", który tak usilnie starała się ignorować. Ciężko jest myśleć, gdy całe Twoje ciało bije na alarm. Dlatego biegła jeszcze szybciej. Zresztą, szaleńczy bieg pomagał nie czuc zimna. A warto zaznaczyć, że Kirke nie była zwierzęciem, które tolerowało dobrze chłód. W końcu zbliżyła się do polany i zwolniła. Stanęła, wzięła wdech. Czy ktoś tam był? Kto? Cholera, czuła tremę. Jakim cudem? Powoli, lekko kulejąc zaczęła zbliżać się do niej między drzewami. Jednocześnie intensywnie węszyła. Aldieb?
[20:20] Rakshasha: Jedynym plusem całej tej sytuacji w przestrzeni powietrznej był fakt, że tak poruszała się szybciej niż na ziemi. Marny był to plus w obliczu mrozu, który właśnie zamrażał krew żyłach, ale od jakiegoś czasu starała się patrzeć na pozytywne aspekty życia. Jakiekolwiek. Tak więc z ulgą powitała widok polany już całkiem niedaleko i po kilku potężnych machnięciach skrzydłami, w końcu znalazła się na jej krańcu i podeszła do lądowania, nie przyglądając się za bardzo obecnej tam wilczycy. Łapy pantery stąpnęły raz, drugi, trzeci, czwarty i w końcu zatrzymała się, otrzepując z powstałego już na sierści szronu. Złożywszy skrzydła szczelnie przy bokach, przywołała wokół siebie więcej ciepła, nie wzniecając jednak jeszcze żadnego płomienia i zwróciła się do obecnej. - Aldieb - powitała wilczycę z lekkim uśmiechem i skinieniem, podchodząc wolno. Zaraz potem przypomniała sobie, w jakim stanie ostatnio była samica i uśmiech na jej pysku zastąpiło zmartwienie. - Mam nadzieję, że nie przeszkadzam dziś zbytnio?
[20:29] Aldieb: Uszy drgnely. Czyzby cos slyszala? Podniosla pysk, kierujac radary w strone szmerow - moze to tylko liscie? Wiatr jej nic nie mowil. Gdy tak sie nad tym zastanawiala, jej uwage przyciagnelo cos innego. Lopot skrzydel, donaszacy sie z nad polany. W pierwszej chwili pomyslala o Zlodzieju. Podniosla sie z ziemi, spogladajac w gore. Nie, to nie byl Seth. Sledzila wzrokiem ladujaca postac, cofajac sie nieco pod wplywem poteznych podmuchow, wywolywanych bloniastymi skrzydlami. Dopiero gdy te sie zlozyly, przyciskajac szczelnie do ciala, w postaci rozpoznala pantere. Drgnela zaskoczona, slyszac z jej strony swoje imie. Zmrozyla slepia, przygladajac sie kocicy. Zdawalo jej soe ze widzi ja pierwszy raz. Nie pamietala nawet przelotnego spotkania sprzed dwoch dni, gdzie wszyscy poza Sethem i Tristanem jawili sie jej niczym duchy. Czula jednak, ze ja zna. Przygladala jej sie dluzsza chwile, az w koncu mdle uczucie wyplynelo na powierzchnie jej umyslu, a niedlugo potem wyblakle wspomnienia. - Raksha...? - Jej glos byl slaby, zabarwiony zdumieniem.
[20:34] Kirke: Wtedy Kirke zatrzymała się wśród drzew, oglądając lądowanie pantery. Nie wiedziała co o tym sądzić. Nie to, żeby nie widziała latających kotów, bo widziała przecież wielokrotnie już nie takie rzeczy, ale ogromne, błoniaste skrzydła wydawały się jej przytłaczające. Czemu Kirke czuła się jak zagubione szczenię? Tak długo siedziała w samotności? Na wszelki wypadek poczekała, aż samice się przywitają, a dopiero potem wyszła z miedzy drzew, otrzepując się i wzdrygając od zimna. Było stanowczo zbyt bolesne. Gdy tworzyła to ciało, nie była przygotowana, że pod względem termoregulacji całkowicie spierdoli sprawę. Stanęła na granicy drzew i odezwała się - Witajcie. - W jej głosie czaiła się niepewność, ale i jakby... wesołość? Starała się chyba tak zabić stres. - Miło widzieć, że nie ja jedna krążę po tych terenach i odmrażam łapy.
[20:47] Rakshasha: Kłamstwem byłoby powiedzieć, że nie ulżyło panterze, gdy usłyszała swoje imię - czyli jednak gdzieś pamięć o niej pozostała, choćby i odległa. Z drugiej jednak strony przyniosło to ponownie ten sam żal, którego jeszcze się nie wyzbyła. - Miło mi, że jednak trochę pamiętasz - wypowiedziała też na głos z uśmiechem, bo sensu nie było w ukrywaniu tak prostej prawdy. - Dziwne rzeczy się działy ostatniej nocy, gdy Cię widziałam. Wszystko w porządku? - Nie ukrywała też zmartwienia, choć może mogło się ono wilczycy wydawać dziwne, jeśli ledwie pamiętała. Wtedy też dopiero zorientowała się, że od jakiegoś czasu obserwuje ich jeszcze jedna postać. Zwróciła nań swe ślepia wtedy i skinęła, czując znów uśmiech powracający na jej pysk. Może i wróciła dopiero parę dni wcześniej, może długo jej nie było i jeszcze nie do końca na nowo należała, ale takie spotkanie na polanie od razu wracało miłe wspomnienia i popychało ku byciu przyjaźniejszym. - Witaj - odpowiedziała więc, skinąwszy również na powitanie. - Rzeczywiście, mróz jest dziś paskudny - stwierdziła, wzdrygając się znów na wspomnienie mroźnego powietrza w górze. Wtedy też wpadła na pomysł i skupiła się na podgrzaniu ziemi wokół pustego paleniska. Para wkrótce uniosła się znad ziemi i ta przestała już tak mrozić w łapy, choć ciepłą nazwać jej się nie dało. Po prostu była znośna. - Hm, tyle jestem na razie w stanie zrobić. Gdyby znalazły się jakieś suche drwa, można by rozpalić ognisko. - Jak za dawnych czasów, dodała w myślach. Po czym zwróciła się jeszcze do nowo przybyłej. - Jestem Raksha, miło poznać - dodała ze skinieniem.
[21:01] Aldieb: Pamieta. Ostatniej nocy. Nie byla pewna co pantera miala na mysli. Jednak odkad wrocila nie mogla ufac nawet wlasnemu umyslowi. Choc tak wiele wiecej wiedziala, jednoczesnie tak wiele bylo przed nia skrywane. Wiedziala ze zrodzi zycie, ze chronic je musi; przed Zlodziejem, przed Tristanem i przed innymi zagrozeniami. Nie wiedziala gdzie byla, gdy martwa ja nazywano. Wiedziala ze wiatr dzisiaj bedzie slaby, duchy spokojne, a mroz bedzie dotkliwy az do kosci. Choc sama nie czula go w takim stopniu, nie zawsze. Nie pamietala imion, twarzy. Nie, zle to powiedziane. Pamietala, lecz wciaz wymieszane; wszystkie wspomnienia roztrzaskane i wrzucone w jedna mase, pogubione. Odetchnela ciezko, zmeczona, zirytowana wlasnym stanem. Tak dlugo juz to trwalo, liczyla na poprawe, jednak pamiec wciaz ja zawodzila. Nie tylko sprzed smierci, lecz nawet z dni ostatnich. Wyrwana zostala z tych rozmyslan. Glos ja dobiegl, jakby z opoznieniem. Nawet nie zauwazyla. Spojrzala na samke, widziala ja juz, choc nie rozpoznala, nawet za wroga uznala. Kirke, bodajze sie nazywala. Skinela w jej strone pyskiem, nie dobywajac jednak glosu. Spojrzala po polanie, stopnialym sniegu, ktory jakoby Pantery byl wyczynem i z nieznanych powodow zal ja scisnal. Spojrzec by na nia teraz, mozna stwierdzic, ze nieco byla od rzeczywistosci oderwana. Wedrowek po zaswiatach, miedzy swiatami odmetow, mogla byc to zasluga.
[22:27] Rakshasha: Coś było zdecydowanie nie tak, jak Raksha to z dawnych dni pamiętała. Może i nie była bardzo blisko z Aldieb, ale znały się całkiem dobrze jak na te lata, które w stadzie i Radzie razem spędziły, i nie pamiętała, by wilczyca aż tak oderwana była od rzeczywistości. Zwłaszcza pamiętając ich wspólne zadanie, wydawało się to wręcz nieprawdopodobne. Jako że nieznana jej jeszcze postać dalej nie ozwała się, pantera zwróciła swą pełną uwagę na wilczycę, marszcząc pysk w skonsternowaniu i zmartwieniu jednocześnie. - Aldieb? Wszystko gra? - głos pogłębił jej się nieco, schrypł bardziej, a też pysk pochyliła nieco ku wilczycy. Mogło długo nie być jej w stadzie, ale nigdy nie przestałaby martwić się o los tych, których znała i szanowała. Porażona myślą nagłą, że może to i mrozu było winą, skupiła się, by powietrze wokół jeszcze się ociepliło, tworząc wokół ich trójki obręcz jakby odcięcia od zimna. Bezpieczną, małą wysepkę pośród chłodu, oddzieloną niewidzialną barierą. Na jakiś czas chociaż, póki nie zacznie to ciążyć Mrokowi wewnątrz pantery, mogła utrzymać ten mały azyl, by i przyjemniej, i bezpieczniej się wydawało.(edytowane)
[22:40] Aldieb: Uniosla pysk, gdy pantera ponownie sie do niej zwrocila. Zloto jej slepi blysnelo w ciemnosciach. Cofnela sie polkroku, zachowujac dystans miedzy nimi. Czy wszystko gra. Jak echo, slowa przetoczyly sie po jej umysle. Czy gra, jak odpowiedziec na takie pytanie? Odetchnela glebiej, toczac spojrzeniem wokol polany, uciekajac wzrokiem od Rakshy. Jesli pantera wystarczajaco by sie skupila, moglaby sama wykryc, ze samica nie byla taka jak dawniej. Gesta siec blizn, ciezarny brzuch - jedynie zewnetrznymi bylo objawami. Lecz glebiej, rowniez nastapily zmiany. Poskladany przez cudze rece umysl, gdy zza grobu byla przyzywana. Obdarta z mocy, bez wiatru, ktory jej sluchal, bez skrzydel, bez cieni, bez ludzkiej powloki - wszystek zdolnosci, ktore posiadala, skradzione jej zostaly wraz z fragmentem duszy. Natomiast w jej lonie zycie sie rozwijalo, pochodzenia obcego, nieziemskiego. Tak wiele zmian. Uniosla pysk, ciezkie spojrzenie lokujac w panterze, by w koncu odpowiedzi udzielic na jej pytanie. - Tak. - Mruknela gardlowo, choc wyraz jej pyska nie odpowiadal temu slowu. Otrzepala sie gdy wokol niej cieplo nagle zaplonelo. Spojrzala ponownie, czujac ze powinno cos wiecej jeszcze rzec. - Kazda noc niesie ze soba nieznane, chyba nic na to nie poradzimy, nieprawdaz?(edytowane)
[22:52] Rakshasha: - Hm... Trudno orzec, czy głos to jeszcze był pantery, czy może już samo mruczenie dobyło się z psyka, gdy z lekko zmrużonymi ślepiami, z nowymi myślami krążącymi gdzieś po głowie, przyglądała się wilczycy po tych dziwnych słowach. Zdawało się, jakby zupełnie inna postać stała tu teraz przed nią niż ta, którą spotkała lata, lata temu, gdy po raz pierwszy zadomowiła się w Stadzie Nocy. Dziwny ścisk złapał ją za pierś, niepokojem nowym przeszywając, choć już nie takie dziwy widziała i przeżyła przez wszystkie swe lata życia. W końcu podróż przez poprzednie wcielenia również zmieniła i panterę, nasycając doświadczeniami, myślami i zupełnie nowym spojrzeniem. Odwracając w końcu wzrok od wilczycy, kolejne mruknięcie dobyło się głęboką wibracją z piersi pantery, gdy ta w końcu ułożyła się wygodnie przy ognisku, krzyżując łapy przed sobą i rozluźniając nieco skrzydła z ciasnego dotąd kokonu. Gdy trzymała ciepło wokół, niepotrzebnym już było dodatkowe krycie się przed mrozem. - Każda noc, ale czy nie każdy dzień również? Tak, przychodzi. Czy coś na to poradzimy? - Zwróciła znów ślepia na wilczycę, poważniejszy jakby stał się wzrok fiołkowo-zielonych ślepi. - Poznać możemy - odpowiedziała neutralnie, jej ogon poruszył się wolno przy smolistym skrzydle, a ona dalej przyglądała się wilczycy. Uważnie, lecz nienachalnie, spokojnie, z rezerwą, ale i otwartością.(edytowane)
[23:00] Kirke: Kirke powoli usiadła, sztywno, nienaturalnie na samej granicy ciepłego okręgu. Tak naprawdę mogła sama rozpalić ogromny ogień nie potrzebujący drew, ale czy na pewno chciała zrobić tutaj takie popisy? Tu nie pasujesz... Potrząsnęła głową. Wypchaj się. burknęła w myślach do głosu. Potem skupiła wzrok na samicach. Przekrzywiła głowę jak słuchające szczenię. Idiotycznie wyprostowana, karykaturalna i z przekrzywioną głową wyglądała jak efekt wyobraźni pięciolatka. Słuchała samic i uznała, że mimo rozmawiania z cholernym zdechłym bóstwem, nadal jest najnormalniejsza. I że to stado było kiedyś normalniejsze. Czy ona ryzykowała życiem dla stada wariatów?! - Czy mogę się wciąć do rozmowy? - zapytała, a jej głos poniósł się po całej polanie. - To, że dni odchodzą i przychodzą to chyba truizm, tak myślę. Czy możemy... - zawahała się, unosząc zranioną łapę w górę. - Skupić na czymś... bardziej życiowym? Czuła sie jak debil. Jak szczenię, które nic nie rozumie. Wewnętrzny głos się śmiał. Czuła się jakby był przy niej Kruk. Miała ochotę wymiotować. Musiała zająć czymś myśli, bo bała się, że zaraz zwariuje.
[23:09] Aldieb: - Dni rozciagaja sie w nieskonczonosc, jedynie noca ktos sie zjawia. - Odparla na slowa Rakshy. Zbyt wiele samotnych dni i nocy spedzila od swego powrotu; zagubiona w realnym swiecie, zaglebiala sie jedynie we wlasnym obledzie. Jej mysli tlukly sie po czaszce, wedrujac ku swiatom nieznanym, wsrod wizji nieznanych. Noca zas sny i koszmary jej sie objawialy. - Co zyciowym nazwiesz? - Odparla pytaniem, na pytanie, nie odwracajac sie nawet do samki. Zerknela ku niebu, szukajac ksiezyca, jednak skryl sie juz za chmur zaslonami. Pokrecila pyskiem i opadla ciezko, do lezacej wracajac postawy. Dopiero wtedy z ukosa spojrzala szara samice o znieksztalconej lapie.
[23:17] Rakshasha: Ciche parsknięcie dobyło się z pyska pantery, gdy nieznajoma jej postać włączyła się znów do rozmowy. No tak, znów użyła słów nie tak, jak powinna, i została słusznie zresztą niezrozumiana. Jednak długi czas nieobcowania z żywymi odciskał znacznie większe piętno, niż podejrzewała, a przecież winna była się spodziewać. - Dobrze, że się wcięłaś, ciężko to konkretną rozmową nazwać, wybacz, Al - stwierdziła z rozbawieniem, posyłając Al przepraszające, ale iskrzące się spojrzenie, mając nadzieję, że Al albo to nie obejdzie w jej obecnym stanie, albo zrozumie. - Na myśli miałam, odpowiadając Aldieb, że nieznane przychodzić może i nocą, i dniem, a poradzić możemy na to jedynie tyle, że możemy spróbować ów nieznane poznać - wyjaśniła spokojnie, zwracając się już konkretnie do drugiej rozmówczyni. Wysłuchała dalej, co obie mówiły i co Al jej odpowiedziała, a jej ogon znów przesunął się leniwie po ziemi, jakby wyrażając zamyślenie pantery. Nie wiedziała jednak, co odpowiedzieć leżącej już wilczycy, więc postanowiła nie próbować tym razem ciągnąć tego tematu, jakimkolwiek mógłby być, w razie gdyby znów została źle zrozumiana. Zwróciła się zatem do drugiej samicy. - Jak najbardziej możemy, nawet chętnie - stwierdziła, rozciągając nieco skrzydła wzdłuż boków. - Jeśli masz coś konkretnego na myśli, na tym możemy spróbować się skupić. Chociaż chętniej wpierw poznałabym Twoje imię - dodała, uśmiechając się pod koniec nieco krzywo, nieco z rozbawieniem, jednak w jak najlepszej wierze.
[23:25] Kirke: Odkryła, że Aldieb ją przeraża. Zrozumiała to, gdy ta znów zaczęła mówić. Czy ta miała jakieś wizje? Wydała z siebie westchnienie, które przeszło w wysokie, nerwowe ziewnięcie poddenerwowanego psa. I wtedy, gdy samica się położyła, zauważyła jej brzuch. Zawiesiła na nim wzrok, nie komentując. Nie wiedziała, że Aldieb jest w ciąży. W ogóle nastała sytuacja ją dziwiła. Przecież Aldieb powinna ją pamiętać. Znały się. Aldieb wściekała się, gdy Kirke zabijała wszystko co znalazło się na jej drodze... W tych najgorszych czasach. Nie odpowiedziała jej. Starała się nie wbijać w nią wzroku, ale każdy milimetr jej ciała sugerował, że jest zdenerwowana. Popatrzyła na Rak. - Jestem Kirke. Należałam tutaj... Przed siedmioma... Może ośmioma laty. I przyszłam znowu. - Uśmiechnęła się do niej lekko, jedynie połową pyska. Potem jednak położyła uszy po sobie i wyznała cicho. - Wciąż przyzwyczajam się do tego ile się zmieniło odkąd byłam młoda. - Miała nadzieję, że Rak zrozumie, że chodzi jej między innymi o Aldieb. I o pustkę na terenach stada nocy. Trzeba przyznać, że Kirke była faktem, że Al jej nie poznaje zasmucona. Nie wiedziała czy powiedzieć coś więcej o sobie. Chyba nie było co mówić. Albo lepiej... Nic co wypadałoby mówić.
[23:38] Aldieb: Niedoslyszala juz slow pantery, uwage przenoszac na Kirke. Cos w niej ja zainteresowalo. Moze sposob w jaki na nia patrzyla? Jak wrecz bilo od niej zdenerwowanie? Spogladala na nia z ukosa, bladzac co chwila spojrzeniem, choc uszy czujnie sluchaly. Drgnela, gdy szara wspomniala o swym przynalezeniu do stada. Czyzby jednak sie znaly? Wyjasnialoby to jej wczesniejsze reakcje. Siedem, osiem lat... tak dawno to bylo. A gdzie ona sama wtedy byla? Nawet nie wiedziala. Wciaz nie potrafila ujrzec w Kirke znajomej, choc bardzo tego chciala. Zreszta, caly ten swiat zdawal sie jej obcy.(edytowane)
[23:47] Rakshasha: - Podejrzewam zatem, że pewnie dorastałaś tutaj, w Stadzie? - podjęła po słowach Kirke, zainteresowana teraz nawet bardziej. Oczywiście, zdawała sobie sprawę, że wielu już odchodziło i wracało, i to wielokrotnie, w końcu słyszała to od nich samych. Ba, jak dziś pamiętała, gdy Aldieb wspominała z żalem o tym, jak było kiedyś, nim pantera sama dołączyła. Taka się wtedy czasami czuła zagubiona, nowa pośród niemal samych dawnych członków stada. Gdyby jednak dała sobą kierować tym niepewnościom, nie zostałaby na tak długo, nie starałby się tak bardzo i nie zapamiętałaby tego tak dobrze, nosząc wspomnienia zawsze z ciepłem w sercu, teraz tylko barwionym żalem odejścia. - Też powróciłam po latach, choć dla mnie będzie to... hm, sześć od dołączenia? Nie jestem pewna, ale spędziłam tu bardzo piękne dwa, nawet ponad. - Uśmiechnęła się ciepło, choć po chwilę i pewien smutek zabarwił jej mimikę i słowa. - Niewielu z tamtych lat dotąd spotkałam, a też niełatwe to spotkania, zwłaszcza niektóre... - Zerknęła tylko przelotnie na Al, całkowicie rozumiejąc, co Kirke mogła mieć na myśli. - Podejrzewam, że dla Ciebie jeszcze trudniejsze? - Niby stwierdzeniem zamierzała powiedzieć, a jednak pytanie jej wyszło, kiedy spojrzała w kierunku Kirke. Miała nadzieję, że ta widzi, iż pantera rozumiała, przez co przechodzić mogła.(edytowane)
[23:58] Kirke: Kirke zauważyła, drgnięcie Aldieb. Nadzieja na spotkanie z dawnymi znajomymi już jednak zdechła. Wciąż nie wiedziała, czemu tak uparcie wierzy, że znajdzie tutaj rodzinę. - Nie dorastałam tutaj - powiedziała powoli, czując, że panterze należy się wytłumaczenie tej nienaturalnej sytuacji. - Miałam cztery lata, gdy - uciekłam od mojego przeznaczenia - dołączyłam do stada. Należałam jakiś czas... A potem musiałam odejść. Wydarzyły się... - Skrzywiła się lekko. Nie wiedziała jak to opisać. - Złe rzeczy. I musiałam odejść. Teraz jednak wróciłam. Mimo wszystko. Chciałam zobaczyć stare pyski. Znaleźć kogoś bliskiego. Pochwalić się tym, że nie jestem już taka jak dawniej. - Zwiesiła pysk. Wyglądała jakby miała się popłakać, albo zacząć wyć. Pierdolenie, Kirke. To, że nie masz ochoty zabijać klażdego na Twojej drodze, nie znaczy, że nie zabiłaś własnego ojca. Suko. - Ale stado się zmieniło. Pisnęła cicho. Wyglądała jak smutne szczenię. I rzeczywiście, fizycznie nie mogła mieć nawet dwóch lat. To pewnie zwiodło Rakshę. - Jestem stara, wbrew pozorom. Już dwunasty rok leci. Chyba tęskniłam. - Zaskomlała cicho. Chyba nie umiała w kontakty międzyzwierzęce. Od śmierci Kruka z nikim nie rozmawiała. A już na pewno nie o sobie. Uniosła chudy pysk i popatrzyła w niebo. Kolejne ciche piśnięcie. - A Ty, Skrzydlata? Czemu odeszłaś? Masz jakąś ciekawą historię? Albo wiedzę co się tu wydarzyło? Zapytała. A potem spojrzała na Aldieb. - A Ty, Aldieb? Czemu jesteś taka milcząca i zagadkowa? - Wstała nagle, rzucona jakimś impulsem. Głowa znowu zaczęła ją boleć i przeszedł ją nagły dreszcz. Nie mogąc ustać w miejscu podeszła do leżącej wadery i okrążyła ją szybkim krokiem. - Skąd są Twoje blizny? Czy zrobił Ci je właściciel nasienia, które dało Ci ten brzuch? Co się stało w Stadzie Nocy, że wibruje taką ciszą? Zatrzymała się pomiędzy panterą, a wilczycą. W samym centrum okręgu ciepła. Popatrzyła to na jedną to na drugą.(edytowane)
7 lutego 2018
[00:23] Aldieb: Przysluchujac sie ich rozmowie, o dawnych latach, o poczatkach i powrotach, jej mysli same zaczely bladzic. Czy raczej pedzic, jak huragan przez pola. Dzien gdy pierwszy raz dolaczyla; odeszla tak predko jak sie zjawila. Pozniej powrocila, zagubiona i w zalobie; po stracie bliskich, rodziny. Krotki obraz Indianinki, ktora jako pierwsza sie do niej zwrocila. I znow pedzi. Kawalki, urywki. Twarze i glosy. Przelana krew, walki i smierc. Wspolne przygody, cieplo futer i szmer skrzydel znajomy. Wszystko mknelo przez jej glowe, lecz wciaz rozsypane; migawki; mozaika odlamkow. Wszystko tak wyraziste, ze az bolesne. W jej glowie jak mantra wyryte byly daty, echem rozchodzil sie hymn, ktory w ostatnich chwilach, gdy demonow sfory ja gonily, sil i otuchy jej dodawal. Czula jak jej cialem dreszcz wstrzasnal. Otworzyla szerzej slepia, nie widzac jednak swiata. Dopiero glos ja z tego wyrwal, ostry, natarczywy. Obejrzala sie z szara, bladzac za nia wzrokiem, gdy ta ja okrazala, rzucajac pytania, oskarzenia. Zerwala sie nagle, wydajac z siebie glosny warkot, siersc jezac na karku. - Wszystko. Wszystko sie stalo. - Wywarczala przez zeby, w Kirke wlepiajac zlote slepia. Jej pytania odczula niczym osobista obraze, choc nie to pewnie bylo ich celem.(edytowane)
[00:23] Aldieb: - Co sie stalo, pyta ta, ktorej lata nie bylo. Otoz to. Odeszli, jeden po drugim, tak jak Ty przed laty. - Warknela ponownie, sama nie wiedzac skad sie w niej ta furia wziela. Wycofala sie o krok, krecac przy tym glowa, oddychala ciezko, zmeczona wlasnym wybuchem zlosci. - Przed miesiaca dwoma nad stadem czychala zaglada. Tym, co z niego pozostalo. - Mowila juz spokojniej, choc wciaz ponurym tonem, niechetnie wracajac do tamej nocy. - Zwrocono mi zycie, nie wiem w jakim celu, lecz tak sie stalo. Zycie, tak sie zjawa nazwala, oddalo mi to, co najcenniejszego mialo. I tak oto jestem brzemienna. Stado ocalalo. - Uniosla ponownie spojrzenie na Kirke. - Blizny? Zapewne po tym jak mnie rozszarpano. - Klapnela po tym zdaniu klami, wpatrujac sie w nia slepiami.
[00:35] Rakshasha: Słuchała uważnie Kirke, w myślach potakując jej słowom. Tak, zdecydowania znała od podszewki, o czym mówiła. Sama mniej lub bardziej podobnych rzeczy doświadczyła, lecz kiedy jej słowa niemal w skomlenie się przerodziły, serce pantery skurczyło się w czarnej piersi. - Może pusto to brzmieć, lecz rozumiem dobrze, o czym mówisz - powiedziała, głosem jakby bardziej miękkim, bardziej ciepłym. - Skoro tyś stara, to i ja, też ku dwunastemu się zbliżam - dodała, uśmiechając się nieco krzywo. A potem nadeszły pytania i westchnienie ciche opuściło gardło pantery, lecz nim była w stanie jakkolwiek odpowiedzieć, pytania posypały się dalej, nie w jej stronę, i nagle sierść zjeżyła się na karku pantery. Poderwała się równocześnie z wilczycą, czujna nagle, nisko na łapach, skrzydła rozłożywszy po bokach, Mrok już mackami cienistymi objął jej sylwetkę, a temperatura spadła niemal do zimniejszej niż poprzednio, gdy czujny wzrok wlepiła w niegdyś jej znaną samicę. Dopiero kiedy słowa jej uspokoiły się, gdy ta straszna prawda opuściła pysk jej, pantera wyprostowała się i powoli przywróciła kręg ciepła, skrzydła kładąc po bokach. - To wiele wyjaśnia - wymruczała pod nosem, lecz nie wiedziała za bardzo, co więcej mogła na to powiedzieć. Współczucie dla wilczycy ocieplało jej pierś, lecz nie było to coś, co wypowiedzieć by mogła, po cichu rozumieć jedynie.(edytowane)
[00:46] Kirke: Kirke zatrzymała się na szeroko rozstawionych łapach. Patrzyła na Aldieb jakby skamieniała, milcząca, wystraszona. Uszy położyła ciasno przy karku. I słuchała. Pierwsza jej myśl to irracjonalna radość, że Aldieb mówi z sensem. Ale dopiero potem zrozumiała, jaki był ten sens. Aldieb warczała, ale Kirke nie bała się ataku. Jej ciało nie miało wartości. Bała sie jej słów. - Gdybym mogła, wróciłabym wcześniej. - Wyszeptała. - Chciałam wrócić. Bałam się wrócić chociaż mogłam. - Każdej cholernej nocy kręciłam się po moim więzieniu, skompląc do zimnych ścian, że chciałabym wrócić. Lecz nie mogłam... Nie potrafiłam. Nie miej mi tego za złe. I tak nie zrozumiesz. - Westchnęła z bólem i urazą. - Powiedziała to i na chwilę zamknęła oczy. Jak to... zwróciło życie? Wycofała się wystraszona. Nie rozumiała. Przysiadła na zadzie, na śniegu, wciąż skołowana. Popatrzyła wystraszona na Rakshę. Czemu tak bardzo ją to przeraziła, jeśli Kirke zdołała poznać śmierć również w praktyce? - Chyba nie powinnam. Przepraszam. - Znów zwiesiła łeb. - Nie chcesz o tym mówić, Aldieb? Czy zechcesz wytłumaczyć nam co się stało? Jeśli sama rozumiesz. Zacisnęła mocno pysk. Potem, po długiej chwili wyszeptała jeszcze. - Przepraszam, naprawdę Cię przepraszam.
[01:10] Aldieb: Wwiercila w nia intensywne spojrzenie, wyzierajace zza kotary rzes. Pasma kruczych wlosow opadly na jej oczy, czesciowo tylko zaslaniajac dwie cienkie szramy przebiegajace przez jej pysk. Usiadla rowniez, przymykajac na moment slepia, spojrzeniem bladzac w bok. Jej oddech wyrownywal sie, gdy samka przez chwile sie wahala. Wrocila oczyma ku Kirke, krzywiac sie gdy kolejne przeprosiny slyszala. Nic jej po nich. Puste byly to dla niej slowa. Przygladala sie wciaz samicy z ukosa, rozwazajac jej prosbe. Westchnela lekko. Niech i tak bedzie. Lecz czy potrafila wyjasnic to, czego w pelni sama nie rozumiala? - Zaczelo sie, gdy na krucze ziemie z nieba runela kosmiczna skala. Nasaczona byla ona energia, moca wielka, ktora ptaszyska zapragnely we wlasnych celach wykorzystac. Lecz jak to zwykle bywa, gdy chciwosc zaslepia, kara cie spotyka. Tak tez sie stalo, a ich ziemie zmarly, przepelnione zgnilizna i rozkladem. Zaslyszaly zas o nas, o lesie co magia oddycha; o drzewie, ktore odpowiedzi zsyla.(edytowane)
[01:10] Aldieb: Przybyly, lecz piesn wojny za nimi podazyla, ptasie ich mozgi wedle swej woli ksztaltujac, tak by atak na nas przysporzyly. Mowie o tym, jednak z opowiesci znam te historie. Gdyz w srodku tego zamieszania powrocilam. Pamietam nic. A potem dzwiek dzwonkow. Ponoc lesny druid, jelen imieniem Harold Drugi, do Ziem tych sie skierowal, by zycie mi zwrocily; jak to rzekl "poprosil". Nic wiecej o nim nie wiem, nie zjawil sie ponownie. Wrocilam w tym chaosie, nie wiedzac kim jestem i co sie dzieje. A z terenow Stada Nocy wysysany byl wszelki zywot. Wtedy to, rzekome Zycie mi sie ukazalo, wizje zsylajac; wszechswiat mi sie ukazal, wsrod niego wiedza jak nasze ziemie uratowac. Mialam odnalezc kamien, ktorego opetane kruki ponoc szukaly, moca natchniony. I tak tez zrobilam. Kobiecy glos tylko uslyszalam, mowiacy ze tajamnice poczatku istnienia mi przekazuje, to co najcenniejsze miala, nim przytomnosc stracilam. Kruki zas wrocily do normalnego stanu. - Skonczyla mowic, milknac na chwile. Grudniowe wydarzenia w jej glowie jak zywe znow sie rozegraly. Zastanawiala sie czy powinna mowic dalej, o powodach jej smierci, o tym jak to sie stalo.(edytowane)
[01:15] Rakshasha: Tym razem pantera nie odzywała się w ogóle, bo i cóż mogłaby powiedzieć. I w jej gardle słowa podobne do Kirke siedziały, ale inne jednak. Czuła, jak niewiele słowa mogłyby znaczyć, wolałaby obecnością na nowo i zaangażowaniem się wykazać, zainteresować się znów. Dlatego przysiadła znów spokojnie, owinęła skrzydłami swe boki, ogon przy łapach złożyła i słuchała uważnie opowieści, chłonąc sobą każde słowo, w końcu sama bardzo wiedzieć chciała, co wydarzyło się przez ten czas. Nie odezwała się jednak, kiedy Aldieb skończyła, tylko dalej siedziała, uważnie przyglądając się i słuchając, bez słów mając nadzieję przekazać, że tak, chce by dalej mówiła, by wyjaśniła, chciała wiedzieć.
[01:20] Kirke: Kirke słuchała jej, nie patrząc na nią, jakby nie chciała wadery spłoszyć, ani przeszkadzać jej w opowieści. Znów poczuła, że kręci jej się w głowie. Ale nie zwróciła na to uwagi, jakby się godząc, że tak już musi być. - Uratowałaś Stado Nocy... - wyszeptała, cicho, jakby niepewnie. Przekrzywiła lekko łeb i popatrzyła w jej złote oczy. Otworzyła pysk i zawahała się, niepewna czy powinna spytać. - Zginęłaś. Naprawdę? I wróciłaś z martwych? Wiesz jak to się stało? - zapytała szybko, a potem zaraz znów położyła uszy po sobie, zła, że wylewa z siebie taką ilość pytań. - Przepraszam. - Jęknęła. - Chyba nie wiem jak się zachować. Chyba nie jestem dobrym rozmówcą.
[01:26] Aldieb: Skrzywila sie pod kolejnym natlokiem pytan. Nie bylo to cos o czym chciala mowic, nawet z corka sie tym nie podzielila. Nikt nie wiedzial. Ani teraz, ani wczesniej. Moze jednak czas nadszedl by oswoic sie z prawda; pozwolic by i inni ja poznali. - Nie wiem w jaki sposob wrocilam. Wspomnien zza swiatow wciaz nie mam, a wrocona do zycia wbrew woli zostalam - nic tu do powiedzenia nie mialam. Co sie zas tyczy sprzed smierci wydarzen.... Powiedziec moge wiele, lecz dluga to opowiesc.(edytowane)
[01:30] Kirke: Uniosła łeb, patrząc Aldieb w oczy. Przez chwilę milczała, strzygąc uszami. - Opowiedz tylko, jeśli chcesz. - Zadecydowała w końcu. - Nie chcę zmuszać Cię do zwierzeń. Szczególnie, że jestem Ci obcą. Musisz jednak wiedzieć, że ja Cię znam i pamiętam. I martwię się. Jednak brak zrozumienia dla tej sytuacji nie powinien powodować, byś musiała znów to przeżywać. Dlatego zrozumiem. Mówiąc to, położyła się. Było jej straszliwie zimno, ale nie chciała rozpalać ognia. Bała się, że zew podziemnej świątyni będzie wtedy mocniejszy. - Może w to nie wierzysz, ale nie jestem Ci wrogiem.
[01:37] Aldieb: Pokrecila glowa. Przez moment chciala. Jednak slowa stanely jej w gardle gula. Nie potrafila o tym mowic, jeszcze nie. Nie teraz, nie tutaj. - Zegnaj, Kirke. Do zobaczenia podczas nastepnej niespodziewanej nocy. - Szepnela cicho, znow sie podnoszac. - Nawet przyjaciel, moze okazac sie wrogiem. - Mruknela na odchodnym, bardziej do siebie, nizli do niej; zniknela szybko w lasu mrokach, nie ogladajac sie ni razu.
[01:40] Kirke: Kirke zostala sama. Tylko ona i puste miejsce na ognisko i smutek. Ostatnie słowa Aldieb, jej niespodziewane odejście... bolalo. Miala ochotę wyć ze smutku. Nie zrobiła jednak tego. Chwilę siedziała w milczeniu, po czym ogień w kręgu z kamieni znów zaplonal. Bez drew, bezglosnie. Położyła się na wilgotnej od stopnialego śniegu trawie i popatrzyla w przestrzeń. Samotność czekała na nią nawet tutaj.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz