wtorek, 30 grudnia 2014

Porcelanowa lalka.

[ 30.12.2014, HOTN]
Come little children, I'll take thee away
Into a land of enchantment
Come little children
The time's come to play
Here in my garden of shadows

Drobne łapy stąpały po zmrożonym śniegu z cichym skrzypieniem. Kryształowe drobiny skrzyły się w jasnym słońcu, przyozdabiały drzewa i krzewy, pokrywając je białym płaszczem. W lesie panował spokój. Jedynie jakiś ptak przelatywał od czasu do czasu z jednej gałęzi na drugą. Gdzieś z oddali dobiegło krakanie wron, które przyleciały wraz z nadejściem zimy.
Samica wędrowała niespiesznie leśną ścieżką, choć teraz przykrytą przez mleczny dywan. Rozglądała się dokoła, chłonąc wszystkie najdrobniejsze szczegóły. Jej czułe uszy łowiły z otoczenia wszelkie szmery i szelesty. Wciągnęła przez nozdrza rześkie powietrze, wyławiając kolejne kombinacje zapachów. Znajome wonie członków przeplatały się z tropami innych zwierząt, ale także z zapachem drzew i ziemi.
Przystanęła na moment, unosząc złote ślepia na czerwone owoce, pokryte szklistymi drobinami. Wyglądały jak rubiny, otoczone srebrzystymi diamentami. Przyglądała im się przez dłuższą chwilę z fascynacją. Natura zawsze zachwycała ją w swym pięknie.
Zamachała ogonem w powietrzu. Jej lewe ucho drgnęło, wychwytując jakiś szelest. Nagle wyczuła czyjąś nikłą obecność. Odwróciła się w tamtym kierunku, jednakże nic nie dostrzegła. Zachowując ostrożność, bezszelestnym krokiem skierowała się w stronę, skąd usłyszała szmery.
Po chwili spomiędzy drzew ukazała się drobna postać dziewczynki. Ciemnobrązowa zatrzymała się gwałtownie, spoglądając na ludzkie dziecko ze zdziwieniem. Skąd się tutaj wzięło? Zmrużyła ślepia, zdając sobie sprawę z tego, że nie wyczuwa jej zapachu. Sierść na jej grzbiecie mimowolnie się zjeżyła. Ignorując nagłe uczucie niepokoju, zbliżyła się jeszcze parę kroków, bacznie obserwując postać, która obserwowała ją parą jasnych ślipków.
Zmarszczyła nos, dostrzegając ciemne pnie drzew, poprzez ciało dziewczynki. Duch. No tak. Więc stąd brało się mrowienie w całym jej ciele. Zatrzymała się parę metrów od zjawy, nadal jej się przyglądając. Dziewczynka była naprawdę drobnej budowy. Ubrana była w jasnoróżową sukienkę z falbankami. Jasne, blond loki okalały okrągłą twarzyczkę, usianą delikatnymi piegami, tylko podkreślającymi mlecznobiałą cerę. Wyglądała jak porcelanowa lalka.
Złotooka przechyliła głowę, nie wiedząc co dalej począć. Wciąż nieufnie spoglądała na półprzezroczystą istotkę, która niezmiennie wpatrywała się w nią zaciekawioną parą dużych, błękitnych ocząt. Na twarzyczce dziewczynki malował się radosny uśmiech. Zdawała się być zadowolona z faktu, że spotkała kogoś, kto był w stanie ją dostrzec.
Mimo to samica wciąż nie mogła się przełamać. Duchy budziły w niej irracjonalny lęk, jeszcze zanim mogła je postrzegać. I choć minęły już prawie dwa lata, nadal nie potrafiła przyzwyczaić się do ich ciągłej obecności. Zazwyczaj starała się je ignorować, jednak nie zawsze było to takie łatwe. Po za tym, nie wszystkie wyglądały tak pięknie i niewinnie jak lustrująca się przed nią zjawa.
Potrząsnęła lekko głową. Wyzbywając się resztki wątpliwości postąpiła krok na przód. Źrenice dziewczynki rozszerzyły się gwałtownie, zalewając błękitne niebo tęczówek smolistą czernią. Jej usta rozwarły się w szerokim, dzikim uśmiechu. Po brodzie skapnęły strużki śliny. Malinowe wargi zaczęły pękać.
Zszokowana samica mrugnęła, ale nic się nie zmieniło.Jej umysł nie nadążał z przetwarzaniem rozgrywających się przed nią zdarzeń. Wszystko działo się zbyt szybko, w ciągu zaledwie ułamków sekund. Poczuła jak słabną jej nogi, a bicie serca mimowolnie przyspiesza, pompując krew do tętnic.
Usłyszała trzask rozrywanej skóry. Z opuszków dziecięcych palców wyrosły ostre jak brzytwa szpony. Po porcelanowej skórze lalki spłynęły rdzawe strużki krwi. Do uszy samicy dotarł cichy śmiech, wydobywający się spomiędzy popękanych warg i zaostrzonych, pokrytych smolistą cieczą kłów.
Jedyne co zdążyła to zaczerpnąć łyk powietrza. W następnej sekundzie twarde jak ołów szpikulce wbiły się w ciało, bez trudu rozrywając warstwy futra, skóry i mięśni. Polała się krew. Karmazynowa ciecz obryzgała ziemię, tworząc na białym śniegu barwną mozaikę. Świat zawirował, a samicy zdawało się, że leci. Zaczęła odpływać. Ból dławiący jej ciało, był niczym w porównaniu ze świdrującym jej czaszkę dzwonieniem. Wszystko spowiła biel.
***
Obudziła się z niemym okrzykiem na ustach, natychmiast podrywając się do pionu. Oderwała skostniałe z zimna dłonie od skalnego podłoża jaskini. Serce łomotało jej w piersi jak szalone, oddech był szybki i urywany.
Do zamglonego mgłą umysłu z opóźnieniem dotarły naglące impulsy, sygnalizujące ostry ból. Zacisnęła zęby, z trudem powstrzymując się od jęku. Zgięła się w pół, łapiąc się za brzuch. Szare oczy powędrował w dół. Oderwała na moment dłonie, by spojrzeć na rozkwitające plamy karmazynowej czerwieni. Na ułamek sekundy straciła ostrość widzenia. Zrobiło jej się słabo.
Napięła mięśnie, próbując wstać. Musiała opatrzyć rany. Albo dotrzeć do medyka. Dać komuś znać. Jednak przy próbie wysiłku zakręciło jej się w głowie. Bicie serca ponownie zadudniło jej w głowie, jakby ktoś walił w dzwon. Przed oczami zamajaczyły jej mroczki, które wkrótce przerodziły się w ciemną otchłań. Straciła przytomność.

piątek, 26 grudnia 2014

"And turn the white snow red"

[26.12.2014, HOTN]


I was following the pack,
All swallowed in their coats
With scarves of red tied 'round their throats
To keep their little heads
From fallin' in the snow
And I turned 'round and there you go.
And, Michael, you would fall,
And turn the white snow
Red as strawberries in the summertime.



Muzyka.

Bose stopy na zmarzniętej ziemi. Igliwie i szyszki wbijały się w podeszwy. Jednak nie miało to znaczenia. Gałęzie zahaczyły o koszulkę, skórę, pozostawiając drobne szramy. Nie szkodzi.

Zatrzymała się na skraju polany. Wzięła głębi oddech, potem wydech. Powietrze uformowało się w kłęby pary. Zamrugała powiekami, spoglądając na zimne palenisko. Zawiał lekki wiatr. Ozdoby zawirowały pod wpływem podmuchu. Dzwonki zaśmiały się perliście. Ornamenty rozbłysły diamentami, rozświetlając polanę plejadą barw. Zawiał wiatr.

Poczuła chłód na bladym policzku. Podniosła smukłą dłoń. Dotknęła opuszkami palców skóry, uniosła palce do oczu. Ze zdziwieniem spojrzała na śnieżynkę. Była piękna. Błyszczała przez moment na jasnym tle, by za moment się rozpłynąć, przepaść.

Dziewczyna podniosła twarz ku nocnemu niebu. Frunęły ku niej siostrzane płatki. Jednak każda inna, niepowtarzalna. Każda wyjątkowa. Takie piękne. Wirowały w powietrzu, tak lekko, delikatnie. Niczym aniele pióra płynące ku ziemi z odległych chmur.

Uśmiechnęła się. Postąpiła parę kroków. Zawirowała na palcach, tańcząc razem ze srebrzystymi płatkami. Wokół niej świat pokrywał się białym puchem. Małe drobiny lśniły w blasku barwnych świetlików. Było pięknie. Magicznie.

Here I go again
Slipping further away
Letting go again
Of what keeps me in place


Zatrzymała się. Ze zdumieniem odkryła łzę zawieszoną na jej rzęsach. Objęła się rękoma, jakby dopiero teraz zdając sobie sprawę z zimna. Kucnęła i skuliła się, mocno przyciągając do siebie kolana. Zawiesiła wzrok na przestrzeni przed sobą. Jej spojrzenie zastygło.

I  like it here
But it scares me to death
There is nothing here


Minęła minuta. Druga. Potem następna i kolejne. Dziewczyna się nie ruszała, najwyraźniej pogrążona w myślach. Jej palce zdrętwiały z zimna, całe czerwone. Jej rysy była spokojne, nieporuszone. Jednak pod maską coś drgnęło, przez twarz przebiegł cień.

I can see myself
I look peaceful and pale
But underneath
I can barely inhale


Zerwała się na równo nogi. Odwróciła, zerwała do biegu. Po kilku krokach zatrzymała. Jakby z rezygnacją. Gdzie miała biec? Zmrużyła oczy, spoglądając przez moment na rozciągając się przed nią mrok lasu. Westchnęła. Cicho, ledwo słyszalnie.

And I have searched 
for the reason to go on
I've tried and I've tried 

but it's taking me so long

Opadła na plecy, kładąc się na śnieżnym dywanie. Filigranowe płatki płynęły na nią z góry, opadając miękko na twarz. Wokół panowała uspakajająca cisza. W głowie płynęła nikła melodia. Nawet nie wiedziała kiedy, a po jej policzku spłynęła pojedyncza łza. Poczuła jak do oczu napływają następne. Podniosła dłonie do twarzy, by je zatrzymać. Otarła powieki. Spojrzała na drobne palce ze zdziwieniem przypatrując się karmazynowym kroplom. Jedna z nich spłynęła po papierowej skórze, pozostawiając rdzawą smugę.



I might be better off closing my eyes
And God will come looking for me in time

Opuściła skostniałe dłonie. Je oddech był płytki, równomierny. Ból w sercu zdawał się zanikać, kiedy jej szare oczy śledziły powolną wędrówkę śnieżynek. Czas zwolnił swój bieg, przestał płynąć. Opuściła powieki, zamknęła oczy.

Śnieg przestał padać.


środa, 24 grudnia 2014

"Time is over." I

[24.12.2014r., HOTN]

Deep in the ocean, dead and cast away
Where innocence is burned in flames
A million mile from home, I'm walking ahead
I'm frozen to the bones, I am

Deszcz. Małe krople wody nieustannie od dwóch dni płynęły z zachmurzonego nieboskłonu. Zimne drobiny w niezmiennym tempie rozbijały się o przemokniętą glebę. Strużki cieczy spływały po wilgotnej korze, skapywały po ogołoconych z liści gałęzi. Ciemnoszare chmury zlały się w jednolitą masę, zza której do świata nie docierały dobrotliwe promienie słońca. Z trudem można była odróżnić dzień od nocy.
Smukłe łapy poruszały się w szybkim truchcie, kiedy samica wędrowała przez las, lawirując pomiędzy wiekowymi drzewami. Poduszki zanurzały się w poszyciu leśnym z lepkim mlaskaniem. Z każdym ruchem pokrywając się kolejną warstwą błota i mułu. Ślizgały się na przegniłych liściach, mokrej trawie i rozmiękczonej glebie. Łapy, brzuch i ogon samicy pokrywały plamy błota, zlepiając jej ciemnobrązowe futro.
Ciężkie krople spływały po jej grzbiecie, kolejne zaraz miały do nich dołączyć. Zniżyła łeb, wciągając przez nozdrza intensywny zapach mokrej gleby. Wśród tysiąca krzyżujących się ze sobą woni, samicę zainteresowała jedna. Bez zbędnych myśli podążyła za tropem zwierzyny.
Przyspieszyła nieco, chcąc dogonić ofiarę. Przed oczami stanęła jej kłoda. Odruchowo wskoczyła na przewalony pień, za późno zdając sobie sprawę ze swojego błędu. Wyślizgane drewno. Plączące się łapy. Dwa uderzenia serca. I skarpa przed jej oczami.
Nie miała czasu by zareagować. Pazury nie zdołały utrzymać się na zdradliwej powierzchni. Próbowała jeszcze łapać się trawy i kamieni na zboczu, jednak na próżno. Towarzyszyło jej już tylko ołowiane niebo. Cieniste chmury zdawały się szydzić z jej losu. Siostrzane krople mknęły w jej kierunku, ścigając się ze sobą, próbując ją przegonić, by jako pierwsze rozbić się na twardych skałach.
Runęła w dół.
Ciemne tonie rzeki przyjęły ją w swoje objęcia. Woda wlała się do gardła, nosa, uszu. Niewidzialne dłonie pociągnęły w dół. W mgnieniu oka zabrakło jej tchu. Z trudem młóciła łapami niewyobrażalnie gęstą ciecz. Czuła jak jej serce oblepia panika. Z determinacją jednak dążyła ku powierzchni.
Miała wrażenie, jakby musiała przebić się przez skorupę lodu. Wynurzyła głowę ponad wzburzoną taflę, czerpiąc potężny haust powietrza. Jej płuca paliły żywym ogniem. Mrugając powiekami, by pozbyć się wszechobecnej wody, płynęła ku brzegowi. Ten jednak wzniósł się nad nią niczym pionowa ściana. Z jej pyska wyrwał się pisk rozpaczy.
Wyciągnęła łapy do przodu, rozbryzgując na wszystkie strony strugi wody. Stromy brzeg był jednak nieubłagany. Nie miała żadnej możliwości by wyślizgnąć się na ląd. A z każdą sekunda traciła siły. Prąd rzeki wzmagał się. Wiatr zawył pomiędzy drzewami. Wzburzył ciemną toń.
Znów brakło jej tchu. Rozwarte palce kurczowo trzymały się wystających z gleby korzeni. Mimo jej wysiłków nie mogła długo tak wytrzymać. Osiągnęła swój limit, puściła.
Uniosła się nad nią fala. W jej przerażonym umyśle wyglądała jak olbrzym morski, kraken pożerający statki. Spieniona woda przykryła łeb, posyłając drobne ciało w odmęty. Szargana bezlitosnym żywiołem słabła z każda chwilą. Kończyny stawały się coraz cięższe, brak powietrza rozrywał jej płuca. Walczyła z całych sił, jednak przegrywała. Woda przemocą wdarła jej się do pyska. Spadała w dół, ciągle w dół, ciągnięta przez lepkie palce demonów ku bezdennej czeluści. Jej oczy zasnuła mgła. Zaczęła ogarniać ją ciemność. W oddali usłyszała czyjś szyderczy, szeleszczący chichot. W następnej chwili wszystko pochłonęła czerń.
***
Mocne szpony zacisnęły się na jej skórze. Poczuła opór odmętów rzeki, jakby jej spragnione, chciwe ręce nie chciały jej puścić. Wzleciała powietrze, ostry wiatr smagał jej przemęczone ciało. Krople deszczu zdawały się być jak rozżarzone iskry.
Usłyszała głośny łopot skrzydeł, a nad nią zamajaczył cień. W następnej chwili runęła na ziemie, jej ciało boleśnie zderzyło się z twardą glebą. Miała wrażenie jakby pękły jej wszystkie żebra. Wciąż półprzytomna zaniosła się kaszlem, wyrzucając z płonących płuc zdradliwą truciznę.
Zamrugała powiekami, z trudem przywracając ostrość widzenia. W czaszce jej łupało, kości trzeszczały. Przez moment zapatrzyła się na ziemie pod sobą, na mozaikę karmazynowych kropel. Ze zdziwieniem odkryła, że należały do niej.
Z trudem wdychając powietrze, właściwie rzężąc, odwróciła się, słysząc za sobą szelest składanych skrzydeł i czyjeś kroki. Zagłuszane jedynie przez szum deszczu. Szum i rozbijające się krople. Jakby ktoś walił młotem. Łup. Łup. Łup.
Z wysiłkiem zebrała myśli, wpatrując się dziwnym wzrokiem w postać, która ją uratowała. Wysoki, umięśniony osobnik, tylne łapy wilcze, przednie zaopatrzone w orle szpony. Pysk ptasi, ostry dziób przystosowany do rozrywania mięsa. Pstrokate, brązowo szare ubarwienie. Potężne skrzydła.
Co tu robił?
Powtórzyła swoje pytanie na głos, choć dźwięk, który się z niej wydobył przypominał starczy charkot.
Demon przechylił łeb. Jego różnobarwne źrenice skupiły się na samicy. Jedna czarna, druga płonąca krwistą czerwienią. Obydwie na tle mroźnych lodowców.
Minął moment zanim odpowiedział, wypuszczając na świat zgrzytliwe skrzekot.
- Sanetille mnie przysłała.
Złote ślepia samicy rozwarły się w zdumieniu. Warknęła z niechęcią patrząc na Threiyana. Stała już pewniej na nogach, jednak wciąż była osłabiona. Mimo to, nie zlękła się demona.
- Czemu tu jesteś? - powtórzyła. - Czego chcesz? Dlaczego miałaby Cię przysyłać? - wyrzuciła z siebie pytania, mrużąc ze złością oczy.
Odpowiedziało jej nieczułe, lodowate spojrzenie. Gryf zdawał się być zirytowany. Najwyraźniej  jemu też nie podobało się to, że stał się czyimś narzędziem.
- Kazała Ci stawić się jutro za granicami Stada. Pragnie Ci coś pokazać. - odparł, wciąż mierząc brązową mroźnym spojrzeniem. Nie czekając na odpowiedź, rozpostarł majestatyczne skrzydła i wzbił się w powietrze, pozostawiając ją w samotności.
***
Musiała zmuszać się by kontynuować dalszy marsz. Każdy kolejny krok wydawał się być ostatnim. Łapy ciążyły w dół, potykając się co chwila o wystające korzenie, ślizgając się na zgniłych liściach i mokrym mchu. Szła jednak dalej. Nie było to daleko, nie więcej niż kilometr. Jednak miała wrażenie, jakby była to wyprawa na koniec świata.
W końcu dotarła. Popchnęła nosem drewnianą powierzchnię. Drzwi zajęczały w zawiasach. Pazury zastukały na podłodze. Poszła w głąb sieni. Znalazła odpowiedni kąt i położyła się, zwijając ciało w kłębek. Nie patrzyła już na błoto czy wodę. Była zbyt wycieńczona.
W mgnieniu oka zasnęła.

niedziela, 21 grudnia 2014

Toniesz.

[21.12.2014 r., - ]
***

[Polana w Lesie Śmierci: Rozmawiają Shun i Szera]

          - Hej, może podejdziesz i porozmawiasz z nami? – Shun zadał pytanie, kierując się w stronę Szery.
          Ta uniosła łeb i spojrzała na Niego. A jednak, została zauważona. - Dziękuję. Jednak wolę się nie pokazywać. -Mruknęła cicho.
          - Dlaczego?
          - Sama nie wiem. - Spojrzała na łapy, które miejscami pozbawione były futra. Westchnęła cicho i skuliła się, chowając za pniem.
          - Oh, no dalej, pokaż się. – Powiedział, posyłając ciepły uśmiech w stronę buszu, w którym chowała się samica.
          Przemilczała zaproszenie. Wiedziała, że nie powinna tam iść. I tak miało jej już nie być. Złożyła łeb na łapach i przymknęła ślepia.
          - A mogę chociaż ja podejść do ciebie? – samiec ponowił próbę.
          - Odradzam. - Mruknęła jedynie.
          - No dalej, nie wstydź się. – Powiedział, wstając powoli.
          - Nie o to chodzi. - Mruknęła, mimowolnie odsłaniając kły. - Wybacz. - Dodała szybko.
          - To o co chodzi? – Spytał zdezorientowany, stawiając powoli krok za krokiem w kierunku jej kryjówki.

          W trakcie ich rozmowy zwierzęta mogły wyczuć narastający spadek temperatury na polanie. Szara poczuła to dziwne ukłucie w żołądku. Ktoś się zbliżał. Czuła to poprzez emanujące rozdrażnienie, którego źródłem byli jej Towarzysze, skryci gdzieś w mroku puszczy.  
          Z lasu wylała się gęsta, mlecznobiała mgła. Chwilę potem dało się słyszeć przenikliwy, syczący szept. - Wstydzi się. - Głos zdawał się biec zza drzew prosto do uszu wilczura, okręcając się wokół niego, po czym podążając dalej ku sylwetce wychudzonej wilczycy, by zniknąć tuż u jej łap.
          Shun zatrzymał się i rozejrzał dookoła. - Kto idzie? Pokaż się. - Powiedział, skupiając zmysły na otoczeniu. 
          Szara wadera drgnęła i zesztywniała. - Zwyczajnie nie lubię... - Urwała, zaciskając kły. - Bez przyczyny. - Wbiła pazury w ziemię, czując jak drętwieje jej łapa.
          Odpowiedział jej chrapliwy chichot. Nim zdążył przebrzmieć, obok szarej samicy zmaterializowała się mglista sylwetka potężnego stworzenia. Nachyliła rozwarty pysk do jej ucha, a z gardzieli znów wydobył się chropawy szept. -  Czyżby? 
          Nie czekając na odpowiedź mara podniosła dwoje czarnych, bezdennych ślepi na samca, szczerząc ciemne kły w drapieżnym uśmiechu. Na chwilę straciła zainteresowanie waderą, postanawiając odpowiedzieć na wcześniejsze wołanie samca. - Jestem. 
          Teraz pozostaje tylko pytanie czym jesteś - pomyślał Shun. Jednak z jakiegoś powodu nie był pewien czy naprawdę chce to wiedzieć. Zamiast tego zadał inne, bardziej nurtujące w tej chwili pytanie. - Jesteś wrogiem czy przyjacielem?
          Samica ponownie zaniosła się głośnym chichotem, kierując spojrzenie ku samcowi. - Ty mi powiedz. - Wysyczała, oblizując się przy tym długim językiem. Lepkie krople śliny pociekły po jej pysku, nieuchronnie zmierzając w stronę ziemi.
          - To już chyba zależy od ciebie, wygląd twój wiele mi nie powie. - Odparł, obserwując bacznie stworzenie.
          Tymczasem szara wilczyca podniosła się, kierując spojrzenie ku intruzowi. - Ty. - Odsunęła się kilka kroków. Nie wiedziała co może oznaczać Jej obecność, jak i nie wiedziała jak może zareagować. - Co chcesz przez to powiedzieć? - Zamiotła nerwowo ogonem. Zdecydowanie wolała milczeć, jednak słowa demonicy odbijały się w jej głowie, tworząc mętlik i chaos.
          Zaśmiała się dziko. - Ja. - Przytaknęła, przekręcając łeb o całe dziewięćdziesiąt stopni. Szara mogła wyczuć świdrujący wzrok, czarnych jak smoła przepaści, skierowany wprost w jej sylwetkę. Wpatrywała się w nią przez kilka długich sekund, po czym nagle podniosła głowę, stawiając na sztorc uszy. Jej postać rozmyła się, tak, że przez chwilę w ogóle nie była widoczna, po czym znów stała się wyraźniejsza. 
          Szara zacisnęła kły. Spokój, który ją opuścił nie chciał powrócić. Dziwne. Powinna być przyzwyczajona do emanującego chłodu i dziwnego odczucia, które budziły w niej demony. - Co Cię sprowadza? - Wyrwało się z jej gardła, jakby sama przez dłuższy czas starała się powstrzymać zadanie pytania.
          - Wyliczanka. Kołysanka. Kto mi powie co oznacza deszcz z krwi wzięty i rozpaczy? - Zaczęła z wolna wycofywać się w głąb lasu. Psychodeliczna parodia uśmiechu wciąż nie schodziła z jej pyska, natomiast czarne studnie świdrowały zmarniałą sylwetkę szarej wadery. - TONIESZ. - Warknęła, kłapiąc szczękami i rozpłynęła się w powietrzu, zabierając ze sobą gęstą mgłę.

***

[Na podstawie rozmowy z chatu. Autorzy: Shun, Szera, Sanetille]

czwartek, 13 listopada 2014

SHADOW SUN.

[13 listopada 2014, HOTN]

In your soul time
When you're closing down
Shadow sun
On the white sleep
Of death
I am standing still
In the blackest rain
Denying you
Breaking day

          Misternie utkana sieć cieni. Ciche wycie przeplatane łkaniem. Cisza. Czarna, ciężka cisza. A potem zimny świst wdychanego powietrza. Czyjś oddech. Urywany, przyspieszony, niepewny. Lepka plątanina nici, utkana przez pająka czasu. Otaczająca cię dokoła. Pułapka.
          Czyjeś ciche kroki. Cień postaci przemykających na pograniczu widnokręgu. Niewyraźne sylwetki i mroźny podmuch wiatru. Biel gołej kości. Tak naprawdę brudnożółtej, jednak wśród zbutwiałych liści zdaje się jasno świecić. Plamy rdzawej krwi. Słodkawy zapach rozkładu. Larwy wypełzające z oczodołu. Rozerwana skóra i mięśnie, wiszące na pojedynczych włóknach.
         Absurdalna rzeczywistość. Masz ochotę płakać. A potem się śmiać. I już nie wiesz czy to świat oszalał, czy to tylko ty. Sen? Śmierć? A może nie istniejesz?
          Pustka. Cisza. A potem śmiech.

In the name of nothing
When we break apart
I will raise the dead
The chain of lies

         Widzę jak się oddalasz. Krzyczę Twoje imię. Lecz ty nie słyszysz. Nie słyszysz.  I znów myślę, że oszaleję. Nie wiedząc czy płakać, śmiać się czy krzyczeć. A potem wracasz i mówisz "Śniłaś mi się.". I znów łzy chcą płynąć po policzkach. I równie głośno wołam byś mnie zostawiła i równie głośno byś nigdy nie opuszczała. Plątam się, plątam i duszę. Wśród uczuć rozrywających, rozdzierających mnie na strzępy.
         A pamiętasz ten mur ciszy, który nas rozdzielił? Pamiętasz to uczucie jakby palono cię żywcem? Nie, nie. Bo to byłam ja, a mur był Twój. Ale to nie ważne. Bo to już minęło. Minęło, prawda? Tak myślę.
         I rozumiem dlaczego. Ale nie chcę rozumieć. Bo krwawię. A krew płynie przez szczeliny. I rozpadam się. Nie mogąc puścić Twojej ręki, pozwalam Ci ciągnąć się w dól. Lecz nic nie powiem. Bo wtedy sama byś mnie uwolniła. A ja nie wiem czy bym to przeżyła. Wiec spadam dalej.


I am freezing over
Crystal mountain clay
Cloud of darkness
Defeating pain

          Niepewny krok. W tył, w przód. Z otchłani ciemności, krainy cieni. Pojawia się. Unosi wzrok. Mętne, ponure spojrzenie. Ślepia ciemne. Nie, jasne. Złote? Być może. Choć raczej chłodne. Sylwetka drobna. Ciało chude, wycieńczone. Drży przy podmuchu mroźnego wiatru. Spogląda w dal, w dół. W głębiny niespokojnego jeziora.
          Myśli i serce zdają się być czarne jak smoła. Jakby krucze skrzydła oplotły je dokoła. Nie chciały puścić. Myśli ponure. Przez moment. Pustka. Cisza. Tak gęsta, że aż bolesna.
           Kły błyskają w uśmiechu. Cierpkim, ironicznym. Horyzont spowija się w czerni. Nie ma już na co patrzeć. Lecz znów można pomyśleć. Czy jest się chorym, czy to tylko świat?


And then you fell
Becoming darkness
Shadow sun

          Zza kurtyny czarnych włosów wyziera złote ślepię. Krwawi atramentem.




LIFE IS MEANINGLESS.







Lyrics: Shadow sun - Moonspell

niedziela, 12 stycznia 2014

Sleep.

[12 stycznia 2014, HOTN]



„Toczysz jakąś zawziętą walkę z demonami?”

Przycupnęły cichutko, czając się na granicy umysłu. Ukrywając się wśród mgieł, czekały na właściwy moment. Z rzadka przemykały niezauważenie niczym duchy, wodząc dokoła pustymi oczyma. Cierpliwi myśliwi, precyzyjnie wykonujący plan łowów. Pod osłoną ciemności słali szepty, wnikające w najdalsze zakamarki umysłu ofiary. Drażnili się, tańcząc na granicy świadomości, będąc obecnymi, lecz wciąż niewidocznymi. Rozsiewali poczucie niepokoju jak zarazę, zatruwając serce i rozum. Ich ciche szmery rozchodziły się niczym fale na wodzie, mącąc spokojną taflę myśli.


Cienie... na pograniczu jawy i snu.


~***~

Hear your heartbeat
Beat a frantic pace
And it's not even seven a.m.
You're feeling the rush of anguish settling
You cannot help showing them in
Hurry up then
Or you'll fall behind and
They will take control of you
And you need to heal the hurt behind your eyes
Fickle words crowding your mind

            .Muzyka.
                (Podkład jest za krótki, kiedy się skończy, można go puścić jeszcze raz. Po za tym, podkład nie jest wymagany, ale szczególnie na początku dobrze wprowadza w nastrój. Niestety później w niektórych momentach niezbyt pasuje. :c )


Obudziła się z dziwnym uczuciem niepokoju, oplatającym serce. Miała wrażenie jakby była obserwowana, jakby każdy jej najmniejszy ruch był rejestrowany przez istotę, skrytą w półmrokach jaskini. Wciągnęła w nozdrza zimne, wilgotne powietrze, jednak nie wyczuła żadnego obcego zapachu. Zmarszczyła nos, wpatrując się jeszcze przez chwilę w rozciągające się przed nią szare kamienie, zastanawiając się czy przypadkiem nie popada w paranoję.


Z cichym westchnieniem wstała, rozprostowując smukłe łapy. Podeszła do wyżłobionej w kamieniu niecki, w której przez noc zgromadziła się krystalicznie czysta woda. W odbiciu ukazał się jej ciemnobrązowy pysk, obrysowany czarnymi pasmami długich włosów. Ponury nastrój ogarnął całe jej ciało, znajdując odzwierciedlenie w oczach samicy. Zwykle jarzące się złotem ślepia dziś przygasły, jakby zmrożone przez chłód wędrujący z jej wnętrza. Zmarszczyła nos, a z jej gardła wydobył się cichy pomruk. Nie zwlekając dłużej, nachyliła się nad zwierciadłem, różowym językiem zagarniając kilka łyków przezroczystej cieczy.


Zesztywniała nagle, dokładnie wyczuwając moment w którym się pojawiła. Mimowolnie napięła wszystkie mięśnie, jednocześnie próbując opanować narastająca w niej irytację. Nie miała dzisiaj siły na utarczki z demonem.


Oblizała pysk, po czym odwróciła się powoli do wnętrza sali. Jej łapy były do połowy zanurzone w gęstej mgle, która rozpłynęła się po całej jaskini. Mleczny dywan tak szybko jak się pojawił zaczął rzednąć, by w końcu niemal całkowicie zniknąć. Jedyne pozostałości kłębiły się wciąż wokół białej, półprzezroczystej sylwetki, przypominającej ducha.


- Tak, witaj. Możesz już iść. – rzuciła zgryźliwie, mimo świadomości, że demon nie podda się tak łatwo. Skoro już się tu zjawiła, na pewno tak szybko nie zniknie.


W odpowiedzi usłyszała jedynie świszczący chichot, który poniósł się echem po kamiennych ścianach jaskini. W następnej sekundzie patrzyła wprost w dwie bezdenne otchłanie, a demon wykrzywił pysk w obłąkańczym uśmiechu, przy wtórze mrożącego krew w żyłach świstu. Nim brązowa zdążyła zareagować, potwór rozpłynął się w oparach mgły, a zza jej pleców dobiegł ją przeciągły, szeleszczący rechot.


W następnej chwili wszystko ucichło, a Sanetille pojawiła się obok drobnej, niemal dwa razy mniejszej od niej samicy. Umyślnie spowolniła swoje ruchy, starając się imitować sposób poruszania się żywych stworzeń. W jej wykonaniu wyglądało to raczej groteskowo. Zupełnie jakby była lalką poruszaną na sznurkach. Skierowała przeszywające spojrzenie na towarzyszkę, w jej ślepiach zdawały się żarzyć płomienie. Przechyliła łeb, a na jej pysku znów pojawił się uśmiech, odsłaniający rzędy ciemnoszarych, ostrych kłów.


Aldieb zacisnęła szczęki, rozdrażniona przez samą obecność demona.


- Spierdalaj. – Warknęła przez zęby i nie czekając na odpowiedź wyminęła wychudzone cielsko Sanetille, kierując się w stronę wyjścia.


- Swoją drogą, nie powinno Cię tu być. Masz zakaz wstępu na tereny Stada Nocy – rzuciła przez ramię, zanim opuściła jaskinię, stawiając długie, zdecydowane kroki, starając się ignorować podążającą za nią dręczycielkę. Obrzuciła bez namysłu okolicę ponurym spojrzeniem.


Nagle zwolniła kroku, zdając sobie sprawę z tego, że ona naprawdę nie mogła tu być. A to oznaczało, że... Uniosła głowę, nie dowierzając w obraz, który ukazał się jej oczom. Rozciągało się przed nią pustkowie. Sucha, jałowa ziemia, upstrzona siatką pęknięć. Linia horyzontu zlewała się z równie pustym niebem, pokrytym doszczętnie jednolitą warstwą chmur. Jak okiem sięgnąć tylko skała i piasek.


- Gdzie... my... jesteśmy? – wydusiła z siebie pytanie, odwracając się do demonicy. Jej uszu dobiegł dziki rechot, owijając się wokół umysłu niczym kleista, gęsta mgła.


Jak na sznurkach, w dziwnej parodii tańca, znów wykonała obrót, z trudem siląc się na opanowanie. Nie miała czasu na uciążliwe gierki Sanetille. Otworzyła pysk, chcąc zadać kolejne pytanie, jednak nikogo tam nie było.


- Zabierz. Mnie. Stąd. – rzuciła w przestrzeń, dokładnie wymawiając każdy wyraz. Zaczynała tracić nad sobą panowanie, czując jak zbiera w niej wściekłość. Dezorientacja jaką odczuwała, budziła w niej lęk, a ten przeobrażał się w złość. Nie mogła być pewna, czyja to sprawka, jednak Sanetille uwielbiała mieszać w głowach.


- Zresztą nieważne, sama sobie poradzę. – Zmieniła nagle zdanie, całkowicie zaślepiona przez tłoczące się w niej emocje. Niewiele myśląc, ruszyła przed siebie, zagłębiając się w szarawą mgłę, która opadła na monochromatyczną krainę.


Nie uszła daleko, a już zdążyła stracić orientację. Gdzie nie spojrzeć rozpościerał się identyczny krajobraz. Bezbarwne pustkowie zdało się samicy nagle strasznie nieprzyjazne, a ona sama, w samym środku tej wielkiej przestrzeni niezwykle mała. I nadal bardzo wkurzona. Parszywy demon.


Jednak to co ją naprawdę martwiło, to miejsce, w którym się znalazła oraz konsekwencje, jakie mogły z tego wyniknąć. Przejmujący chłód, który czuła odkąd otworzyła ślepia zawitał w jej sercu nie bez powodu. Cienie wykonały swój ruch.



~***~
 Szła prosto przed siebie, wędrując nieprzerwanie w obranym przez siebie kierunku. Co więcej jej pozostało? Mimo, że wędrowała już od kilku godzin, nie udało jej się natrafić na żadną kryjówkę, w której mogłaby odpocząć. Na płaskim, równinnym terenie była całkowicie odsłonięta. I mimo, że do tej pory nie widziała żadnego innego stworzenia, to wyczuwała, że są gdzieś w pobliżu. Świadomość ta nie pozwalała jej na to by się zatrzymać, mimo ogarniającego ją zmęczenia. 
Była w obcym świecie, w obcym miejscu i nie znała jego reguł. Dlatego wciąż trzymała się na baczności, czujnie rejestrując okolicę. Nie pozwalając sobie nawet na chwilę się zrelaksować. Dlatego wciąż uparcie szła przed siebie, wciąż mając nadzieję, że w końcu gdzieś dotrze.
 ~***~



Na horyzoncie zamajaczyła jakaś sylwetka. Zbliżała się do samicy w niebezpiecznie szybkim tempie. W sposobie poruszania się Aldieb rozpoznała polującego drapieżnika, który złowił zapach swojej przyszłej ofiary. Przemknęła szybkim spojrzeniem po okolicy, jednak tak jak się spodziewała, nie dostrzegła żadnej możliwości kryjówki. Jak okiem sięgnąć jedynie sucha ziemia, upstrzona gdzieniegdzie spróchniałymi kikutami połamanych drzew.


Nagle odwróciła się z głuchym warkotem, który rozbrzmiał z całą swoją mocą, wprawiając popękaną ziemię w drgania. Złote ślepia zapłonęły jarzącym się światłem, kierując się na zbliżającego się z zawrotną prędkością napastnika. Gęsta sierść na karku samicy zjeżyła się, a mięśnie instynktownie napięły, gotowe do działania.


W kilku następnych susach potwór doskoczył do kilka razy mniejszej od niego samicy. Jego wielkie, pokryte rzadką szczeciną cielsko zdawało się niezdolne do tak szybkich ruchów, mimo to nie przeszkodziło mu to w gwałtownym skręcie, podążając za unikiem swojej, jak mniemał, ofiary.


Zwęziła ślepia, spoglądając na niego z wyrachowanym wyrazem pyska. Bezmózgie stworzenie. Zdolne wyłącznie zabijać. Nie zrozumiał ostrzeżenia, a za swój błąd będzie musiał zapłacić.


Uchyliła się przed kłapnięciem podłużnej szczęki, wyposażonej w dwa rzędy zakrzywionych, pożółkłych kłów. Przemknęła pod brzuchem potwora, klucząc pomiędzy parami umięśnionych odnóży. Wyskoczyła z drugiej strony, natychmiast odbijając się od ziemi. Wylądowała na pokrytym twardym pancerzem grzbiecie, z trudem unikając, wystających spod skóry nagich kości.


Lawirując pomiędzy ostrymi wypustkami, z trudem utrzymując równowagę na rzucającym się pod nią cielsku, dopadła do łba potwora. Mamrocząc słowa w pradawnym języku wyrysowała na jego czaszce prosty znak. Wokół nich podniósł się wiatr, a symbol rozjaśniał niebieskawym światłem.


Nagle wszystko ucichło. W następnej sekundzie monstrum zachwiało się gwałtownie, po czym padło trupem. Wilczyca zeskoczyła gładko na ziemię i odwróciła się, spoglądając na truchło. Z rozwartej paszczy oraz małych, paciorkowatych oczu sączyła się gęsta, rdzawa posoka.


Nie zwlekając dłużej, opuściła miejsce walki, ruszając w losowo obranym kierunku. Musiała liczyć na łut szczęścia, który doprowadzi ją do właściwego miejsca. Żeby wrócić do domu musiała znaleźć rytualny krąg, utworzony z sześciu głazów, nasączonych potężną energią, która umożliwiłaby jej przeniesienie się pomiędzy światami. Jednak nie miała pojęcia gdzie mogłoby się to znajdować, ani czy w ogóle tu jest.



~***~



Krajobraz całkowicie się zmienił. Zdawało się, że dotarła do czegoś w rodzaju mokradeł. Z jednej strony była to miła odmiana, z drugiej, miękka, ilasta gleba, klejąca się do łap już zaczynała działać samicy na nerwy. Musiała się pilnować przy każdym kroku, by przypadkiem nie wpaść do bagnistej wody. Wąska ścieżka którą szła wiła się pomiędzy gnijącymi resztkami drzew i roślin, prowadząc wilczycę w nieznanym kierunku.




W nozdrza kuł nieprzyjemny zapach rozkładających się szczątek organicznych, unoszący się ciężko w martwym powietrzu. Opary mgły znacznie ograniczały widoczność. Na futrze wilczycy osadziły się krople wilgoci. Otaczający ją świat zdawał się pozostawać w letargu.


W pewnym momencie Aldieb poczuła jak grunt ucieka jej spod łap. Spanikowana zaorała pazurami w miękkiej glebie, próbując się jakoś utrzymać, jednak śliskie podłoże nie dawało żadnej przyczepności. Nim zdążyła pomyśleć, zanurzyła się w grzęzawisku, czując jakby czyjeś łapczywe ręce ciągnęły ją w dół. Zamachała rozpaczliwie łapami, próbując utrzymać się na powierzchni, jednak czarna otchłań wciąż ją pochłaniała. W desperacji kopnęła tylnymi łapami, odbijając się od jakiegoś konara bądź kamienia i z trudem przedzierając się przez gęstą warstwę cieczy. W końcu wypłynęła na powierzchnię, zaczerpnęła potężny haust powietrza i kurczowo chwyciła się wystających z ziemi korzeni.


Z trudem wyszła na ląd, wciąż ciężko dysząc. Kiedy udało jej się złapać oddech, otrząsnęła się z oblepiającego jej ciało mułu, pozbywając się go na tyle na ile to było możliwe. Usiadła, spoglądając spode łba na widniejące obok niej zabójcze bajorko, które zamarło w zwodniczym spokoju. Na wszelki wypadek jeszcze kawałek się od niego odsunęła.


Zaabsorbowana wpatrywaniem się z podejrzliwością w oczach w jej niedoszłego zabójcę w pierwszej chwili nie zarejestrowała z wolna narastającego pomruku. Kiedy zaalarmowana przez ostrzegawczy syk, odwróciła się w stronę dźwięku, było już za późno. Jej oczom ukazała się paskudna, gadzia gęba, a następnej chwili poczuła miażdżące żebra uderzenie potężnego ogona, które posłało ją parę metrów dalej. Pociemniało jej przed oczami, ból ogarnął całą klatkę piersiową. Z trudem podniosła się na drżących łapach, w niejakim szoku, spoglądając w stronę napastnika.


Przypominające gigantyczną jaszczurkę stworzenie, o trzech parach nóg i czerwono-rdzawych ślepiach, wpatrywało się w nią w skupieniu. Stwór uchylił pysk, wyposażony w zakrzywione, sztyletowate zęby, a spomiędzy jego szczęk wychynął fioletowy, rozdwojony jak u węża język, którym posmakował powietrze oraz zawarte w nim zapachy. W tym także Aldieb, zabarwiony bólem i przerażeniem.


Zupełnie nie wiedząc co robić samica zamarła w bezruchu, czujnie wpatrując się w gadzią istotę. Ta skoczyła w jej stronę atakując ostrymi jak brzytwa kłami, rozwierając przy tym szeroko szczęki. W ostatniej chwili Al udało się uskoczyć, przemykając pod brzuchem olbrzyma.


Nim jednak zdążyła się odwrócić, poczuła piekący ból w łapie, kiedy jaszczur zadrapał ją ostrymi pazurami. Z jej gardła wydobyło się głośne warknięcie. Wykonała kolejny unik, a zaraz potem następny. Nie miała nawet chwili na to by choćby pomyśleć o kontrataku. O ucieczce przez mokradła nawet nie było co myśleć.


W pewnym momencie zauważyła wejście do groty, z której zapewne wyłonił się jej przeciwnik. Nie zastanawiając się dłużej, skoczyła w bok i pobiegła w stronę jaskini. Stwór zatrzymał się, tracąc orientację, nie widząc dokąd jego ofiara się udała. W przesączonej jego zapachem pieczarze zapach drobnej wilczycy ginął niemal zupełnie.


Aldieb z rozpędem wbiegła na twarde, ubite podłoże i w ostatniej chwili wyhamowała, tuż przed przeciwległą ścianą. Odetchnęła ciężko powietrzem, po czym odwróciła się do pomieszczenia, do którego trafiła, a na jej pysku pojawił się lekki uśmiech. Znalazła to czego potrzebowała. Starożytne głazy, tworzące rytualny krąg. Czarny jaszczur najwyraźniej pilnował wrót do innych światów.


W pośpiechu samica wykonała na ziemi odpowiedni znak, wykorzystując do tego własną krew, która wciąż płynęła z głębokich rozcięć w jej łapie. Symbol każdym końcem stykał się z odpowiednim kamieniem, które powoli zaczynały jarzyć się nikłym blaskiem.


Wilczyca usłyszała za plecami ryk stwora, któremu najwyraźniej udało się już ją namierzyć i teraz zmierzał ku niej, lawirując pomiędzy drzewami. To tylko ponagliło ją do szybszej pracy. Rysunek był nieprecyzyjny, sklecony niedokładnie i na szybko. Miała jednak nadzieję, że to wystarczy.


Stanęła na środku kręgu, odetchnęła lekko, wpatrując się wprost w czerwone ślepia potwora, który był już w wejściu do jaskini. W następnej chwili obraz przed jej oczami zamazał się, aż w końcu świat ogarnęła absolutna ciemność.




~***~


Złote ślepia zapłonęły w ciemnościach. Resztki snu wciąż majaczyły na granicy świadomości. Samica chciała wstać, jednak powstrzymał ją rozchodzący się po całym ciele ból. Zamarła w bezruchu nie rozumiejąc co jest nie tak. Spróbowała ponownie, tym razem ostrożniej, po czym spojrzała po swoim ciele. Jej łapy i bok pokryte były głębokimi ranami, futro pokrywała zaschnięta warstwa błota i mułu.  Sądząc po trudnościach w poruszaniu się miała też pewnie połamane żebra. Kiedy to sobie uświadomiła nagle wróciły do niej wszystkie wspomnienia, zapierając jej dech w piersi.


Potrząsnęła głową, odpychając od siebie natłok chaotycznie rozbieganych myśli. Zacisnęła kły i kulejąc, ruszyła w stronę wyjścia z jaskini. Powolnym, zmęczonym krokiem udała się w stronę strumienia.




So sleep sugar
Let your dreams flood in
Like waves of sweet fire you're safe within
Sleep sweetie
Let your floods come rushing in
And carry you over to a new morning

Day after day, fickle visions
messing with your head Fickle viscious,
Sleeping in your bed
Messing with your head
Fickle visions
Fickle vicious

Sleep sugar
Let your dreams flood in
Like waves of sweet fire you're safe within
Sleep sweetie
Let your floods come rushing in
And carry you over to a new morning