poniedziałek, 21 lutego 2011

Memories. III

[21 lutego 2011, KOLT]


 
Dark wings they are descending
See shadows gathering around
One by one they are falling
Every time they try to strike us down

Cienie uniosły się w powietrze. Zawirowały, okrążając mnie w czarnym korowodzie. Cichy, szyderczy śmiech przebiegł przez powietrze zimnym podmuchem, trafiając we mnie niczym bicz. Bicie serca przyspieszyło. Wpatrywałam się szeroko otwartymi oczami jak czarne postacie wirują, otaczając mnie w nieprzerwanym kręgu.
Ledwo zdążyłam zarejestrować rozmazaną plamę lecącą w moim kierunku. Zaraz potem coś szarpnęło moim ciałem, a we wszystkich członkach poczułam paraliżujący ból, mrożące krew w żyłach zimno. Nim się pozbierałam następny cień odłączył się od kręgu, pikując w górę, by zaraz potem zaatakować. Niematerialne szpony szarpały moje futro, rwały moją skórę na strzępy. W uszach rozbrzmiewał mi krzyk przepełniony bólem i cierpieniem. Dopiero kiedy ucichł, zdałam sobie sprawę, z tego, że wydobywa się z mojego gardła. Demony przerwały na chwilę tę zabawę, by napawać się widokiem mojego cierpienia. Otworzyłam zaciśnięte wcześniej oczy. Byłam przekonana, że nie poznam siebie, jednak moja skóra pozostawała nienaruszona. Jednak to wcale mnie nie uspokoiło. Ból mógł być tylko iluzją. Ale czułam jak te potwory raniły moje serce, duszę, moje jestestwo. Ich lodowaty dotyk pozostawił na mnie piekące ślady, które nie miały się nigdy zagoić.
Starając się ignorować to wszystko, z trudem poddźwignęłam się na  telepoczących się łapach.
- Czego ode mnie chcecie? – odezwałam się zachrypniętym szeptem, nie mogąc wydusić z siebie nic więcej – Co takiego Wam zrobiłam?
Nigdy nie rwałam się do kłótni, czy bójek, nigdy nie chciałam nikomu nic zrobić. Czym mogłam im zawinić?
Po kręgu śmierci potoczył się okrutny śmiech. Jednak jeden z cieni, raczył mi odpowiedzieć na pytanie, widocznie czerpiąc radość z moich lęków.
- Maskę przyodziać zmarłego już aktora. Tak śmiało, bezczelnie i nie spodziewać się konsekwencji…
Pokręciłam głową nie rozumiejąc. O czym on mówi? Co to wszystko ma znaczyć? Jakie maski…? Maski… maski…
Pochłonęła mnie ciemność. W mojej głowie rozbrzmiał cichy szept.
Smutki i radości. Cienie lat minionych,
Magiczny krąg stworzą, będą tańczyć ochoczo.
I ciemność, cisza, mrok. Cienie zataczają krąg…
Budzisz się. Widzisz to. Cienie zataczają krąg…
Cichutko podchodzą, gdy zapada zmrok.
Cisza. Tylko Cienie przeszłości kroczą w mrok…
Gdy tylko Duchy Nocy swe gwiezdne oczy otworzą,
Cienie lat minionych magiczny krąg stworzą…

Łzy napłynęły mi oczu, pod napływem wspomnień. Obrazy zawirowały mi przed oczami. Słowa. Słowa, które ranią…
Memories…
                 Memories…
Znałam ten tekst, wiedziałam o czym mówi, a raczej o kim… Kara, majestatyczna klacz, z oczami wiecznie przesłoniętymi, długą czarną grzywą.
A ja zajęłam jej miejsce. Bez jej woli, bez jej wiedzy. 
Oszustka…
                 Złodziejka…

Nie! Nie chciałam tego. Nigdy, nie chciałam znaleźć się w takiej sytuacji. Ale wybrali mnie. Musiałam.. nie miałam wyboru…
Czy na pewno…?
Pani Śmierci miała władzę nad Demonami. A ja? Nędzne stworzenie… przywłaszczyłam sobie jej pozycję i moc. Nie wiedziałam, nie chciałam….
Zachwiałam się, ledwo utrzymując równowagę. Za dużo naraz.. nie mogłam..
Czarne skrzydła rozpostarły si na de mną gotowe do ostatecznego ciosu. Potrząsnęłam głową. Nie chciałam umierać. Nie tak. Nie tu.
- Czekaj!
Cień się zawachał, zainteresowany moim protestem. Okrążył mnie, uśmiechając się szyderczo. Nie zważając na to, rozpaczliwie ciągnęłam dalej.
- Dajcie mi szansę. Udowodnię… Udowodnię, że jestem godna. – wypowiadając te słowa, wolałam nawet nie myśleć w co się pakuję…
Cień zarechotał wrednie, słysząc moją propozycję.
- Dobrze. Będziemy czekać. – doszedł mnie szept, już oddalających się czarnych postaci.
A ja pozostałam sama w nicości.


We try not to forget,
they live through us.
Slowly they die away at every candle’s end 

czwartek, 17 lutego 2011

Opowiadanie Stadne, cz. VIII

[17 lutego 2011, HOLS]

- Stójcie! – krzyknęłam ale było już za późno. Ingardium zmiażdżyła czaszkę wilka. Przyglądałam się ponuro, jak wokół martwego już ciała rozkwita plama czerwieni.
- No co? – spytała zniecierpliwiona Inq.
Pokręciłam zirytowana głową.
- Trzeba go było najpierw przepytać. Mógł posiadać potrzebne nam informacje. Zresztą mniejsza… – postanowiłam darować już sobie to, że nie przepadałam za zbędnym zabijaniem. Ale nie czas było teraz na roztrząsanie własnych poglądów.
- Po za tym… tak się zastanawiam… Arjuna znowu zniknęła. Nie pomyśleliście może, że.. – zawahałam się na chwilę, bojąc podzielić się z resztą moimi obawami – że może nie została porwana, a umyślnie się od nas oddala? – nie wiedziałam jak mogłabym to wyjaśnić.
- Sugerujesz że nas zdradza? – spytała oburzona Franka.
- No ten.. to znaczy… zresztą zapomnijcie. To była głupia myśl. Wszystko przez ten stres.
Zwierzęta spojrzały na sobie z powątpiewaniem. Widać było że nie chcą wierzyć w zdradę Arjuny, jednak moja sugestia dała im do myślenia.
- Dobra, to co z tym zwojem? – ponagliła nas Shanti.
Rain rozwinął zwój, na którym ręcznie wypisany był jakiś tekst.
- Tam.. - Nack, zaczał czytać, ale mu przerwałam.
- A co jeśli to zaklęcie? To może być niebezpieczne!
Rain spojrzał na mnie niecierpliwie.
- Aby uaktywnić zaklęcie, nie wystarczy przeczytać tylko słowa, trzeba do tego użyć mocy. – wyjaśnił szybko, nie chcąc tracić czasu na zbędne rozmowy.
Skinęłam głową, nie do końca przekonana, jednak nie znałam się tak dobrze na czarach, musiałam zaufać Rainowi, że wie co mówi.
Inq wzięła od wilków zwój i zaczęła w końcu czytać. Jej donośny głos rozległ się po równinie.

Tam gdzie czarny blask
Mrok przyćmiewa słońce
I nigdy nie nastaje brzask
Biały płomień pojawi się
Gubiąc się wśród morza kłamstw

Wieloletnie przygotowania
Mędrców starania
Magiczne zawikłania
Nic nie wskórają
Gdy Ona przybędzie
Srebrzystą maską przyodziana
I na zawsze świat pogrąży w obłędzie

Wraz z ostatnimi słowami smoczycy zwój zapłonął czarnymi płomieniami. Spalił się i przeobraził w mroczną czeluść. Cofnęłam się przestraszona kilka kroków. W tym momencie poczułam jak coś szarpnęło moim ciałem. Krzyknęłam zaskoczona. Wszyscy zostaliśmy wessani przez czarny portal i wylądowaliśmy na twardej, kamiennej posadzce. Jęknęłam, podnosząc się z ziemi i rozejrzałam się po pozostałych. Wszyscy byli cali.
- Gdzie jesteśmy? – spytała przejęta Venus.
Dopiero teraz zaczęłam przyglądać się w miejscu, w którym się znaleźliśmy. Wylądowaliśmy w coś na kształt komnaty, oświetlonej pochodniami. Kolumny ciągnęły się po obydwu stronach, oddzielając główne pomieszczenie od naw bocznych. Za nimi czaiły się liczne sylwetki, czarne postacie, szepczące między sobą. Na samym końcu znajdował się tron, oświetlony jasnymi lampami i otoczony uzbrojonymi strażnikami. Na posłaniu siedziała biała, skrzydlata wilczyca.
- Arjuna! – krzyknęła Sagaphine, w tym samym momencie co ja rozpoznając samicę.
Biała podniosła głowę, kierując swoje oczy na naszą grupkę. Po moim ciele przeszedł dreszcz strachu. Jej oczy były całkowicie czarne, spowite mrokiem, a od jej ciała biła czarna poświata. Jej pysk wygiął się w złośliwym uśmiechu, całkiem odmieniając ciało Arjuny.
Spojrzałam przerażonym wzrokiem po pozostałych.
- Tylko nie mów ‚A nie mówiłam’. – Warknął Dark, podnosząc się z ziemi i wbijając ponury wzrok w potwora, który zawładnął ciałem naszej przyjaciółki.

czwartek, 3 lutego 2011

Silence. II

[3 lutego 2011, KOLT]


.Muzyka.

We’re part of a story, part of a tale
We’re all on this journey
No one is to stay
Where ever it’s going
What is the way?


Mrok.
Czułam, że istnieję, jednak moje zmysły nie działały. Były jakby spowite nieprzeniknioną ciemnością, tłumiącą wszelkie odczucia. Nie widziałam, nie czułam, nie słyszałam. Nic. Tylko cisza zacieśniająca się coraz ciaśniej wokół mnie. Chciałam się skulić, schować, uciec, byle jak najdalej od tego miejsca, jednak kiedy pomyślałam o tym, żeby się poruszać, nagle zdałam sobie sprawę z tego, że mojego ciała nie ma. Po prostu nie ma. A przynajmniej go nie czułam. Tylko głęboka czerń, wypełniająca przestrzeń. Przy jej ogromie czułam się zaledwie jak pyłek, mały i niezauważalny.

Silence…
             Silence…

Ciche szepty, dobiegające jednocześnie ze wszystkich stron przemknęły ku mnie, przedzierając się przez warstwy ciszy, opadły na mnie i przykryły, przyprawiając o drżenie, pod nagłym podmuchem chłodu.

- Kto tu jest…? – zapytałam przerażona, ale żaden dźwięk nie wydobył się z moich ust. Słowa przetoczyły się wyłącznie w moim umyśle, nie wydostając się na zewnątrz, zagłuszone przez ciszę.

It’s the fear
Fear of the dark


Tysiące oczu zwróconych w moją stronę. Niewidzialnych, ukrywających się za weneckim lustrem. Obserwatorzy czekali, szeptając między sobą, naśmiewając się z mojej bezradności, byłam zdana na ich łaskę. W momencie kiedy zdałam sobie z tego sprawę, poczułam, że wpadam w panikę. Chrapliwy, przyspieszony oddech, wypełnił moje wnętrze, choć nie byłam wstanie odbierać tego jako dźwięk. Strach sparaliżował całą moją świadomość. Mogłam tylko trwać i mieć nadzieję, że przeżyję.

Take away
These hands of darkness
Reaching for my soul
Now, the cold wind
blows out my candles
Feeling
only fear
without any hope


Mrok zaczął się przerzedzać, stopniowo szarzał, odpływał, aż w końcu nastąpiła całkowita biel. Stałam w kręgu stworzonym przez upiorne cienie, zwrócone ku mnie, obserwujące z szyderczymi uśmiechami. Jakim cudem znalazłam się w tym koszmarze?! Gdzie jestem, co ja tu robię? To tak nie powinno wyglądać…

- Czego ode mnie chcecie? – krzyknęłam, w ostatnim rozpaczliwym wysiłku. Jednak nawet nie łudziłam się, że czarne postacie raczą mi odpowiedzieć. Więc czekałam…

Dark wings they are descending
See shadows gathering around
One by one they are falling
Every time they try to strike us down