Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KOLT. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KOLT. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 kwietnia 2011

Back. IV

[26.04.2011, KOLT]






Lost in the darkness, hoping for a sign.
Instead there is only silence,
Can’t you hear my screams?


Cisza. Coraz bardziej się zacieśniająca. Dławiąca, nie pozwalająca oddychać. Ciężka, gęstniejąca, wręcz namacalna. I mrok, wspierający ją wszystkimi swoimi mocami. Nieprzenikniona, wszechogarniająca ciemność. A ja, mała istota, wśród tej głuszy. Nic nieznacząca i obca w tym świecie. W nicości.

Spanikowana rozglądałam się w około, pragnąć wypatrzeć błysk światła, odrobinę nadziei, wyjście. Jednak czerń była nieprzerwana, jednolicie głęboka. Wyjście… wyjść, uciekać, biec… Biegnij!
Poderwałam się do biegu. Moje łapy uderzały o niewidzialną powierzchnię, ścigając się z rytmem rozszalałego serca. Oddech rzęził mi w krtani, łzy gęstymi strumieniami płynęły po policzkach. Uciec, uciec z tego miejsca…
Z każdym krokiem traciłam siły. Niewidzialne macki owijały się wokół moich nóg coraz bardziej utrudniając mi poruszanie się. A otoczenie pozostawało wciąż to same. Czerń. Wszędzie.
Krzyknęłam, zatrzymując się gwałtownie. Gdybym biegła dalej umarłabym z wyczerpania. To miejsce nie miało końca. Kto wie, może nawet to że się przemieszczałam było iluzją. Schyliłam głowę ciężko dysząc. Myśl, myśl… Jak stąd uciec? No jak?


Płatki śniegu, niczym anielskie pióra zawirowały w powietrzu, tańcząc z wiatrem, do tylko im znanej melodii. Miękki puch z każdą minutą coraz dokładniej pokrywał ziemię puszystym kocem. Drobne ciało, ciemnobrązowej wilczycy leżało samotnie w lesie, a śnieg otulał ją niczym kołdrą. Jej futro usiane było niepowtarzalnymi, sześcioramiennymi płatkami, iskrzącymi się w promieniach słońca.

Szara wilczyca szła przez las, mijając ogołocone z liści drzewa. Mimo, że była niewidoma, bez trudu wybierała drogę, klucząc pomiędzy roślinami. Nagle jej uwagę przykuł znajomy zapach. Zawróciła podążając, za coraz bardziej nasilającą się wonią. W końcu doszła do nieruchomego ciała, przykrytego warstwą białego puchu. Zniżyła pysk do postaci wilczycy i położyła jedną łapkę na jej boku. Jej serce biło, oddychała. Jednak szamanka czuła, że coś jest nie tak. Przymknęła oczy, myśląc gorączkowo. Aldieb żyła, jej ciało było całe i nienaruszone, wyglądało na to, że narządy wewnętrzne również są nieuszkodzone. Z całą pewnością stan w jakim się znajdowała to nie był sen. W takim razie, może… Nikita wciągnęła ze świstem powietrze, gwałtownie otwierając oczy. Jej ciało pozostawało w śpiące, ale było puste. Jej dusza znajdowała się gdzie indziej i możliwe było, że nie wiedziała jak powrócić. Nie mogła tego tak zostawić…


Uciec, uciec. Wrócić do domu, do przyjaciół… Jak stąd wyjść? Słyszy mnie ktoś?! Jest tu kto? Halo!
Krzyczałam, wołałam, ale wypełniająca to miejsce gęsta cisza, wypierała wszystkie dźwięki. Z każdą chwilą traciłam nadzieję, na powrót do mojego świata. Gdybym tylko wiedziała co powinnam zrobić…
Tępy ból. Pustka. Szara mgła zalała mój umysł tłumiąc wszelkie odczucia. Stałam nieruchomo, sztywna, nie mając odwagi drgnąć. Czekałam na swój koniec. Już nic nie mogło mi pomóc.
Umrę. Wśród ciszy i czerni. Sama.
Nikita była większa od innych lisów, jednak mimo drobnych rozmiarów Aldieb i tak miała problemy, żeby przenieść ją do swojej jaskini. Gdy w końcu jej się to udało, położyła jej nieprzytomne ciało po środku jaskini. Dopadła do skrzyni pełnej zwojów, słoików, woreczków oraz innych dziwnych przedmiotów. Wygrzebała z niego czarne pudełeczko. Wróciła do ciała przyjaciółki, po czym zanurzyła łapę w pojemniku. Następnie zaczęła wodzić nią po zimnym kamieniu, rysując znaki charakterystyczne dla sztuki szamańskiej. W następnej kolejności zapaliła pięć świec, stawiając je w równych odstępach, wokół nieruchomego ciała. Skończywszy przygotowania, wzięła głęboki, uspokajający oddech. Usiadła przy ciemnobrązowej wilczycy, po czym przymknęła oczy, nucąc melodię złożoną z pradawnych słów o niesamowitej mocy. Kołysała się w jej rytm, coraz to bardziej zagłębiając się w granicę światów. Pozwoliła by zimna toń ogarnęła jej duszę, porwała ją.


Aldieb…
           Gdzie jesteś?

Niewyraźny szept dobiegł do jej świadomości. Zamrugała powiekami, zaskoczona. Utracona nadzieja, na nowo, nieśmiało zagościła w jej sercu. Chciała krzyknąć, zawołać, jednak brakowało jej sił. Oddech pogłębił się, wraz z jej staraniami. Musiała dać jakiś znak…
Tutaj! Pomóż mi…
Zachwiałam się, kiedy poczułam jak nogi się pode mną uginają. Nagle ogarnęło mnie nieznośne zmęczenie. Z trudem utrzymywałam się na łapach.
Nagle poczułam czyjś ciepły dotyk, na moim futrze. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę z tego jak było mi zimno. Coś mnie chwyciło, pociągnęło ku górze. Krzyknęłam zaskoczona. Czułam przyjazne ciepło, pochodzące od trzymającej mnie istoty, ale ból rozrywający moje członki, nie pozwalała mi jej zaufać. Szarpnęłam się gwałtownie, mimo to istota trzymała mnie mocno. Nie mogłam oddychać, ruszać się. Świat zawirował. Parzące słońce ciągnęło ku góry, a zimne macki trzymały od dołu. Tortury zdawały się nie mieć końca, gdy nagle rozbłysło oślepiające białe światło. A potem nastała ciemność.
Zamrugałam oczyma, wybudzając się powoli. Głowa pulsowała mi tępym bólem, miałam wrażenie, jakbym spała bardzo, bardzo długo…
W pewnym momencie dostrzegłam postać Nikity, a zaraz potem rozpoznałam jej jaskinię. Lisica podeszła do mnie uśmiechając się ciepło. Wyglądała na bardzo zmęczoną, jakby nie spała od wielu dni.
- Już się obudziłaś. Pamiętasz może co się stało? – spojrzałam na nią, trochę nieprzytomnie. Nic nie pamiętałam, nie rozumiałam co się dzieje. – Mhm.. No tak. Znalazłam Twoje ciało w lesie, jednak Twoja dusza znajdowała się gdzie indziej. Musiałam odprawić rytuał, żeby pomóc Ci wrócić.  Być może wspomnienia wrócą po jakimś czasie, ale jest też możliwość, że nigdy sobie nie przypomnisz co tam się stało.
Skinęłam głową, przyjmując informację do wiadomości i pod dźwignęłam się do pozycji siedzącej. W następnej chwili krzyknęłam, zwijając się w kłębek i łapiąc się za głowę. Pamięć wróciła nadspodziewanie szybko i gwałtownie. Ostatnie wydarzenia w błyskawicznym tempie przewijały się przez mój umysł, ciągnąc za sobą falę emocji. Gdy wszystko minęła oddychałam ciężko jak po maratonie. Spojrzałam ponuro w oczy Nikity. Wiedziała, co się właśnie stało. Nie pytała o nic więcej. Rozumiała…

poniedziałek, 21 lutego 2011

Memories. III

[21 lutego 2011, KOLT]


 
Dark wings they are descending
See shadows gathering around
One by one they are falling
Every time they try to strike us down

Cienie uniosły się w powietrze. Zawirowały, okrążając mnie w czarnym korowodzie. Cichy, szyderczy śmiech przebiegł przez powietrze zimnym podmuchem, trafiając we mnie niczym bicz. Bicie serca przyspieszyło. Wpatrywałam się szeroko otwartymi oczami jak czarne postacie wirują, otaczając mnie w nieprzerwanym kręgu.
Ledwo zdążyłam zarejestrować rozmazaną plamę lecącą w moim kierunku. Zaraz potem coś szarpnęło moim ciałem, a we wszystkich członkach poczułam paraliżujący ból, mrożące krew w żyłach zimno. Nim się pozbierałam następny cień odłączył się od kręgu, pikując w górę, by zaraz potem zaatakować. Niematerialne szpony szarpały moje futro, rwały moją skórę na strzępy. W uszach rozbrzmiewał mi krzyk przepełniony bólem i cierpieniem. Dopiero kiedy ucichł, zdałam sobie sprawę, z tego, że wydobywa się z mojego gardła. Demony przerwały na chwilę tę zabawę, by napawać się widokiem mojego cierpienia. Otworzyłam zaciśnięte wcześniej oczy. Byłam przekonana, że nie poznam siebie, jednak moja skóra pozostawała nienaruszona. Jednak to wcale mnie nie uspokoiło. Ból mógł być tylko iluzją. Ale czułam jak te potwory raniły moje serce, duszę, moje jestestwo. Ich lodowaty dotyk pozostawił na mnie piekące ślady, które nie miały się nigdy zagoić.
Starając się ignorować to wszystko, z trudem poddźwignęłam się na  telepoczących się łapach.
- Czego ode mnie chcecie? – odezwałam się zachrypniętym szeptem, nie mogąc wydusić z siebie nic więcej – Co takiego Wam zrobiłam?
Nigdy nie rwałam się do kłótni, czy bójek, nigdy nie chciałam nikomu nic zrobić. Czym mogłam im zawinić?
Po kręgu śmierci potoczył się okrutny śmiech. Jednak jeden z cieni, raczył mi odpowiedzieć na pytanie, widocznie czerpiąc radość z moich lęków.
- Maskę przyodziać zmarłego już aktora. Tak śmiało, bezczelnie i nie spodziewać się konsekwencji…
Pokręciłam głową nie rozumiejąc. O czym on mówi? Co to wszystko ma znaczyć? Jakie maski…? Maski… maski…
Pochłonęła mnie ciemność. W mojej głowie rozbrzmiał cichy szept.
Smutki i radości. Cienie lat minionych,
Magiczny krąg stworzą, będą tańczyć ochoczo.
I ciemność, cisza, mrok. Cienie zataczają krąg…
Budzisz się. Widzisz to. Cienie zataczają krąg…
Cichutko podchodzą, gdy zapada zmrok.
Cisza. Tylko Cienie przeszłości kroczą w mrok…
Gdy tylko Duchy Nocy swe gwiezdne oczy otworzą,
Cienie lat minionych magiczny krąg stworzą…

Łzy napłynęły mi oczu, pod napływem wspomnień. Obrazy zawirowały mi przed oczami. Słowa. Słowa, które ranią…
Memories…
                 Memories…
Znałam ten tekst, wiedziałam o czym mówi, a raczej o kim… Kara, majestatyczna klacz, z oczami wiecznie przesłoniętymi, długą czarną grzywą.
A ja zajęłam jej miejsce. Bez jej woli, bez jej wiedzy. 
Oszustka…
                 Złodziejka…

Nie! Nie chciałam tego. Nigdy, nie chciałam znaleźć się w takiej sytuacji. Ale wybrali mnie. Musiałam.. nie miałam wyboru…
Czy na pewno…?
Pani Śmierci miała władzę nad Demonami. A ja? Nędzne stworzenie… przywłaszczyłam sobie jej pozycję i moc. Nie wiedziałam, nie chciałam….
Zachwiałam się, ledwo utrzymując równowagę. Za dużo naraz.. nie mogłam..
Czarne skrzydła rozpostarły si na de mną gotowe do ostatecznego ciosu. Potrząsnęłam głową. Nie chciałam umierać. Nie tak. Nie tu.
- Czekaj!
Cień się zawachał, zainteresowany moim protestem. Okrążył mnie, uśmiechając się szyderczo. Nie zważając na to, rozpaczliwie ciągnęłam dalej.
- Dajcie mi szansę. Udowodnię… Udowodnię, że jestem godna. – wypowiadając te słowa, wolałam nawet nie myśleć w co się pakuję…
Cień zarechotał wrednie, słysząc moją propozycję.
- Dobrze. Będziemy czekać. – doszedł mnie szept, już oddalających się czarnych postaci.
A ja pozostałam sama w nicości.


We try not to forget,
they live through us.
Slowly they die away at every candle’s end 

czwartek, 3 lutego 2011

Silence. II

[3 lutego 2011, KOLT]


.Muzyka.

We’re part of a story, part of a tale
We’re all on this journey
No one is to stay
Where ever it’s going
What is the way?


Mrok.
Czułam, że istnieję, jednak moje zmysły nie działały. Były jakby spowite nieprzeniknioną ciemnością, tłumiącą wszelkie odczucia. Nie widziałam, nie czułam, nie słyszałam. Nic. Tylko cisza zacieśniająca się coraz ciaśniej wokół mnie. Chciałam się skulić, schować, uciec, byle jak najdalej od tego miejsca, jednak kiedy pomyślałam o tym, żeby się poruszać, nagle zdałam sobie sprawę z tego, że mojego ciała nie ma. Po prostu nie ma. A przynajmniej go nie czułam. Tylko głęboka czerń, wypełniająca przestrzeń. Przy jej ogromie czułam się zaledwie jak pyłek, mały i niezauważalny.

Silence…
             Silence…

Ciche szepty, dobiegające jednocześnie ze wszystkich stron przemknęły ku mnie, przedzierając się przez warstwy ciszy, opadły na mnie i przykryły, przyprawiając o drżenie, pod nagłym podmuchem chłodu.

- Kto tu jest…? – zapytałam przerażona, ale żaden dźwięk nie wydobył się z moich ust. Słowa przetoczyły się wyłącznie w moim umyśle, nie wydostając się na zewnątrz, zagłuszone przez ciszę.

It’s the fear
Fear of the dark


Tysiące oczu zwróconych w moją stronę. Niewidzialnych, ukrywających się za weneckim lustrem. Obserwatorzy czekali, szeptając między sobą, naśmiewając się z mojej bezradności, byłam zdana na ich łaskę. W momencie kiedy zdałam sobie z tego sprawę, poczułam, że wpadam w panikę. Chrapliwy, przyspieszony oddech, wypełnił moje wnętrze, choć nie byłam wstanie odbierać tego jako dźwięk. Strach sparaliżował całą moją świadomość. Mogłam tylko trwać i mieć nadzieję, że przeżyję.

Take away
These hands of darkness
Reaching for my soul
Now, the cold wind
blows out my candles
Feeling
only fear
without any hope


Mrok zaczął się przerzedzać, stopniowo szarzał, odpływał, aż w końcu nastąpiła całkowita biel. Stałam w kręgu stworzonym przez upiorne cienie, zwrócone ku mnie, obserwujące z szyderczymi uśmiechami. Jakim cudem znalazłam się w tym koszmarze?! Gdzie jestem, co ja tu robię? To tak nie powinno wyglądać…

- Czego ode mnie chcecie? – krzyknęłam, w ostatnim rozpaczliwym wysiłku. Jednak nawet nie łudziłam się, że czarne postacie raczą mi odpowiedzieć. Więc czekałam…

Dark wings they are descending
See shadows gathering around
One by one they are falling
Every time they try to strike us down

piątek, 21 stycznia 2011

Cold. I

[21 stycznia 2011, KOLT]

.Muzyka.

Skuliłam się, kiedy gwałtowniejszy podmuch wiatru, targnął moim futrem. Słońce już dawno zniknęło za horyzontem. Na świat spłynął zmierzch, by następnie przerodzić się w mrok nocy, opatulając każdy skrawek kuli ziemskiej. Gruba warstwa chmur zakryła niebo, nie pozwalając księżycowi, rozświetlić ciemności jego srebrzystym, kojącym światłem.Jednakże, chłód ogarniający moje ciało pochodził z wewnątrz. Rodził się w samym sercu, by chłodnymi mackami rozprzestrzeniać się i niczym najeźdźca zagarnąć całe ciało i duszę.
Powoli rozprostowałam łapy, przeciągnęłam się, by w końcu z ociąganiem wstać. Opuściłam zaciszne schronienie na wzgórzu, pod starym, rozłożystym dębem i zagłębiłam się w gęsty las. Przyśpieszyłam do luźnego truchtu, poruszając się bez problemu pomiędzy suchymi gałęziami. Jednak brakowało mi gęstego listowia, skrywającego moje ciało przed niechcianym wzrokiem. Nadającemu puszczy życia i tajemniczości. Chociaż nie… las, drzewa… te wspaniałe, nieme istoty, były tajemnicze i zarazem magiczne o każdej porze dnia i roku. W lecie szemrające ciche historie o driadach i elfach, poruszane lekkim zefirkiem. W zimie zapadające w letarg, jednakże nadal czuwające, by na wiosnę znów odrodzić się w pełni sił. Kochałam las całym sercem. Niekiedy napawał mnie lękiem, innym razem dawał mi poczucie bezpieczeństwa, lub sprawiał, że czułam się szczęśliwa.
Nagle przystanęłam, odwracając głowę w przeciwną stronę. Zdawało mi się, że słyszałam czyjeś kroki. Wpatrywałam się w przestrzeń, jednocześnie nasłuchując jakiegokolwiek dźwięku, który zdradzałby czyjąś obecność. Położyłam uszy po sobie, kiedy nagła, niezrozumiała fala lęku zalała moje ciało. Cofnęłam się niepewnie o kilka kroków. Kiedy usłyszałam trzask łamania gałęzi, podskoczyłam gwałtownie, wydając z siebie cichy pisk, kuląc się w sobie. Drżąc na całym ciele, nakazałam sobie spokój. Na gałąź pewnie musiałam sama stąpnąć, a nawet jeśli nie, czego tu się bać. W lesie przebywały również inne stworzenia, a może to był ktoś ze stada. Jednakże moje własne słowa jakby do mnie nie docierały. Czułam się obserwowana, czułam, że jestem bliska śmierci, chociaż nic na to nie wskazywało. Mój chrapliwy, urywany oddech oraz szaleńcze bicie własnego serca, wypełniły moje uszy. W głowie mi zawirowało, zachwiałam się, czując jakby ziemia uciekała mi spod łap. Upadłam na ziemię, lądując na pysku. Pisnęłam z bólu i zwinęłam się w kłębek, nie wiedząc jak się bronić przed nieokreślonym niebezpieczeństwem. Mrok wtargnął do mojego umysłu, pochłonął moją świadomość. I nie było już nic.

poniedziałek, 29 listopada 2010

Just Be Ok.

[29 listopada 2010, BK]

.Melodyja.
  Strzygnęłam uchem, wybudzając się z płytkiego snu. Obok mojej jaskini coś przebiegło, chyba zając.. albo coś, coś wielkości zająca. Zaniosłam się kaszlem, zwalając się z posłania na twardą skałę. Jenyyy. Co ja komu zrobiłam? Czułam, jakbym miała zaraz wypluć płuca, mózg i co ja tam jeszcze mam. I jeszcze ten katar, nie pozwalający oddychać.. masakra. Wychynęłam z jaskini i zmarszczyłam nos. Śnieg. Zawsze lubiłam zimę, śnieg, ten biały, puszysty puch. Ale w tym roku coś się zmieniło, na myśl o śniegu w myślach pojawiało mi się takie ‚o nieeeee’. W sumie śnieg by se mógł być, gdyby nie to, że było cholernie zimno. W sumie nie aż tak zimno… ale i tak za zimno.
  Wyszłam całkiem z jaskini i aż usiadłam z wrażenia. No po prostu lol. Ale serio. takie małe niebieskie coś siedzi przed moją jaskinią i się na mnie lampi takimi wielkimi błękitnymi oczętami. No ja Cię żesz kurna, co to niby ma być? Zamknęłam szczękę, zdając sobie sprawę z tego że mam otwartą paszczękę[jest takie słowo...? x'D] i się lampie na to lampiące się stworzenie, nie gorzej do niego. Odsunęłam się kilka kroków, na wszelki wypadek. Może to szpieg? Albo.. coś w rodzaju sondy kosmitów? Eee.. no dobra, raczej nie. Obeszłam ufopodobnego ludka dookoła, a to podążało za mną wzrokiem obracając głowę dookoła własnej osi, jak jakaś sowa czy co. Ponownie klapnęłam na przeciwko stworka. Był przyjemnego niebieskiego koloru, przypominał trochę psa, ale.. nie, wróć, nie przypominał psa. Trudno mi było określić czy cokolwiek przypominał. Miał szeroki pysk i duży granatowy nos. No i te wielkie oczęta. Wywalił jasno fioletowy język, szczerząc się bezzębną paszczą. Eeeueee… może się naćpałam? W mojej jaskini urosły jakieś grzybki halucynki, albo przyszły krasnoludki i mnie czymś nafaszerowały? Nie, lepiej już nie zgadywać o___o’ Uznajmy, że śpię. Olać to.
Poczułam narastający głód, więc wstałam, omijając z daleka Blue.
o.
o Ty.
Już mu imię dałam.
*facepalm*
Źle ze mną.
Ruszyłam dalej, z nadzieją na upolowanie czegoś co nie jest niebieskie. Będą mi się śnić koszmary… a może ja jestem w koszmarze?
Zatrzymałam się gwałtownie i powoli odwróciłam głowę. Blue dreptał za mną.
- Czego chcesz? – odezwałam się, mrużąc oczy.
Blue podskoczył i wystawił język, szczerząc się jak idiota.
No nieee… przypałętało się takie o i mnie teraz nie chce w spokoju zostawić.
Olaać.
Chciałam ruszyć dalej, ale w tym momencie padłam na ziemię, w ataku szaleńczego śmiechu. Tarzałam się w śniegu jakbym miała przedśmiertne konwulsje i nie mogłam przestać się chichrać. W końcu przewróciłam się na plecy i spojrzałam w bezchmurne niebo, niebo błękitne jak oczęta Blue. Uśmiechnęłam się szeroko, szczerze. Czułam się w końcu szczęśliwa, wesoła. Tak o po prostu, bez wyraźnego powodu. Ale to było naprawdę miłe uczucie. Chciałam, żeby zostało tak dłużej.
  Podniosłam  się i otrzepałam ze śniegu. Spojrzałam na stworka i posłałam mu ciepłu uśmiech.
- Chodź, mały, zapolujemy. – mrugnęłam do niego i razem pośliszmy upolować sobie śniadanie.

wtorek, 9 listopada 2010

Niepokój.

[9 listopada 2010, BK]

.Muzyka.

  Przekręciłam się na drugi bok, powoli wybudzając się ze snu. Przeciągnęłam się, wyciągając po kolei wszystkie łapy i grzbiet. Zamrugałam najpierw jedną powieką, potem drugą, w końcu otworzyłam oczy. Przez ten czas w moim ciele rodziło się znajome uczucie niepokoju. Właściwie nie tyle, że się pojawiało, raczej było pozostałościami snu, który we fragmentach właśnie powracał do mojej pamięci. Zadrżałam i wstałam. Wychynęłam z jaskini, idąc na chwiejnych łapach, nadal do końca nieobudzona. Jednocześnie odruchowo starałam się przypomnieć sobie każdy szczegół snu.
  Przed jaskiniami zobaczyłam zwierzęta, niektóre jeszcze zaspane, inne już dawno rozbudzone. Zwyczajowa poranna krzątanina. Zawróciłam i padłam na posłanie, zwijając się w kłębek. Chyba nic się nie stanie, jak jeszcze chwilę sobie poleżę...? Z pewnością, ale oczywiście... zasnęłam.
  Przebudziłam się na chwilę, częścią świadomości zdając sobie sprawę z tego, że powinnam była już dawno wstać. Ale druga część mojego jestestwa, ta bardziej leniwa nakazała mi zostać w ciepłym miejscu i odpoczywać. Zapomnieć o wszystkich szaleństwach tego świata. Nigdy nie szczyciłam się silną wolą. Zostałam, nie oparłam się pokusie. Znów pogrążyłam się w śnie.
  Przebudzałam się w ten sposób jeszcze dwa razy. Za trzecim otworzyłam gwałtownie oczy i usiadłam. Zaspałam. Zdałam sobie z tego sprawę niemal natychmiast. Moje ciało ogarnęło dziwne poczucie winy. Prawie zagłuszyło strach, ten ciągły niepokój towarzyszący mi przy każdym śnie. Przez te kilka godzin znów zostałam złapana przez koszmary nocy.
  Pokręciłam się chwilę przed jaskiniami. Ale niedługo, znów wróciłam na posłanie. Coś pożerało mnie od środka. Zapatrzyłam się w szarą zimną skałę, znajdującą się kilka centymetrów od mojego nosa. Znowu te sny. Nie, to nie były koszmary. Nikt mnie w nich nie gonił, nie zjadał, nie było krwi, zwłok, niczego tak naprawdę strasznego. A mimo to po wybudzeniu, po każdym tym śnie w moim ciele pozostawał strach, niepokój, uczucie że to było złe.

  W pewnym momencie moje myśli przeniosły się do innego okresu. Lipiec. Ciepły, słoneczny miesiąc. Wtedy przyśnił mi się ten sen. Ten, który pamiętam do dzisiaj, który tak mną wstrząsnął. Byłam przerażona. Wyobrażałam sobie Bóg wie co... to niby tylko sen ale... w tym śnie moje dwie najlepsze przyjaciólki zostały zastrzelone. To było po prostu nie na moje siły.