sobota, 30 lipca 2011

No Name Poems I

[ lipiec 2011, - ]


Nicość.
Pustka.
Nic.
Pusto.
Cisza.
Ciemność.
I tylko krzyk.

sobota, 16 lipca 2011

Dwudziesty dziewiąty lipca.

[16.07.2011, -]

Dwudziesty dziewiąty lipca.
Dobrze wiedziała co to za data. Przypominała jej o pewnej osobie. O wydarzeniach z minionego roku.
Trzysta sześćdziesiąt pięć dni. Dwanaście miesięcy. Cały rok. A to wszystko wciąż do niej wracało. Na początku nie mogła się od tego uwolnić. Wisiało nad nią każde dnia, jak osobista chmura burzowa. Gościło w jej umyśle, kiedy świat przykrywał czarny całun nocy.
Potem było łatwiej. Zajęta życiem, codziennymi sprawami, nie miała czasu, by wciąż o tym rozmyślać.
Ale jednak. Co jakiś czas powracała z całą swoją mocą.
Założyła ręce na piersi, zaciskając dłonie na ramionach, wbijając paznokcie w miękkie ciało. Jej szare oczy ślepo wpatrywały się w mroczną toń jeziora. Jasne promienie księżyca odbijały się w tafli, wywołując srebrzyste, falujące odblaski. Mroźny wiatr owiał jej sylwetkę, wprawiając ciało w drżenie. Zatrzepotała powiekami, próbując nie dopuścić, by słone łzy popłynęły po jej policzkach. Na próżno.
Oczami wyobraźni ujrzała wszystko tak dokładnie, jakby działo się to zaledwie wczorajszego dnia. Szczęście, ekscytacja, a potem nagle… niepokój i sny, tylko utwierdzające ją w przekonaniu, że coś jest nie w porządku. Wątpliwości przeplatające się z nadzieją…
Ból. Gniew. Rozczarowanie. Wypalające w sercu bolesną dziurę.
Wybaczyła.
Pierwsza wyciągnęła rękę. Może rzeczywiście zbyt ostro zareagowała na początku. Może… Jednak nie chciała nikogo tracić, z tak idiotycznego powodu.
Więc prosiła. Błagała. Krzyczała.
W końcu. Udało się. Nareszcie przerwała ten mur ciszy, tworząc w nim wątły wyłom.
Nie mówiła o tym co się stało. Chciała tylko ją zobaczyć. Zgodziła się. Więc dlaczego…? Dlaczego się jej wyparła? Bez słowa wyjaśnienia, bez żadnego powodu…
A kiedy sączyła w jej żyły truciznę, sama bawiła się z kimś innym… Tak. Była zazdrosna. Cóż za głupie uczucie. Ale to tak bardzo bolało.
Dlaczego?
Co zrobiła nie tak? Co złego powiedziała? Czym sobie na to zasłużyła?
Czując nagły przypływ złości, wypełniający jej członki, i na tę krótką chwilę wypierający ból z jej ciała, chwyciła kamień w rękę. Zamachnęła się i z całej siły cisnęła nim w wodę, burząc szklistą taflę jeziora.
To nie była jej wina.
Nie.
Więc dlaczego?!
Kucnęła, muskając nogami trawę pokrytą rosą. Objęła ramionami głowę, zaciskając z całej siły powieki i pozwoliła, by ciemna zasłona włosów, spłynęła jej na twarz.
Dwudziesty dziewiąty lipca.
A niechby się udławiła tym przeklętym tortem.
Poderwała się z ziemi, odwracając się plecami do srebrzystej tarczy księżyca i gniewnym ruchem wytarła wierzchem dłoni łzy, połyskujące w świetle migoczących gwiazd.

piątek, 1 lipca 2011

Niekiedy pustka staje się błogosławieństwem.

[31.07.2011, - ]

          Wiedziałam, że dzisiejszej nocy nie uda mi się zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, tępym wzrokiem wpatrując się w przestrzeń. Chaos w mojej głowie nie pozwalał mi się skupić. Myśli wirowały jakby porwało je rozszalałe tornado. Jedyne co mogłam zrobić, to tłumić nacierające z całą swoją siłą, dławiące emocje. Czułam wyraźnie ich obecność, gorzkawy posmak, ale udawało mi się je utrzymać za potężnym murem, który budowałam od lat. Jednak sen nie nadchodził.
          Zerwałam się z legowiska i wyskoczyłam z jaskini , w całkowity mrok, bezgwiezdnej nocy. Pragnęłam deszczu. Potrzebowałam, by zimne krople zrosiły moją skórę, a wraz z nimi spłynęły wszystkie myśli tłukące mi się w głowie, zostawiając mój umysł przejrzystym. Lecz oczywiście, kiedy go potrzebowałam, nie nadchodził.
           Już w biegu rozpoczęłam przemianę. Usłyszałam nieprzyjemny trzask przemieszczających się kości. Każdą zmianę odczuwałam we wszystkich, nawet najmniejszych komórkach ciała. Zachwiałam się, próbując złapać równowagę. Z cichym sykiem, w pół zgięta, przytrzymałam się chropowatego pnia drzewa. eden głęboki wdech i już stałam wyprostowana. Nie. Nie stałam. Biegłam. Przyspieszałam coraz bardziej, z każdą minutą stawiając dłuższe kroki. Ręce pracowały rytmicznie po bokach. Powietrze rzęziło mi w gardle, nie przywykłym jeszcze do tak nagłego wysiłku.
         Od dawna miałam ochotę to zrobić. Nie potrafiłam dłużej wysiedzieć w ciele wilczycy. Mimo, że czułam się w nim niemal doskonale, coraz częściej myślałam o przemianie w człowieka. Lecz nie chciałam tego. Nie rozumiałam, dlaczego tak musi być. A jednak coś sprawiało, że nie miałam wyjścia. Zaczepiłam bosą stopą o zdradziecki korzeń, wystający ponad powierzchnię runa leśnego. Runęłam jak długa na ziemię i przejechałam po niej kilka metrów, zostawiając za sobą długi ślad. Skuliłam się do pozycji embrionalnej i złapałam rękoma za głowę. Zastygłam w bezruchu. W końcu się udało. Byłam pusta. Reszta czaiła się na zewnątrz.