sobota, 16 lipca 2011

Dwudziesty dziewiąty lipca.

[16.07.2011, -]

Dwudziesty dziewiąty lipca.
Dobrze wiedziała co to za data. Przypominała jej o pewnej osobie. O wydarzeniach z minionego roku.
Trzysta sześćdziesiąt pięć dni. Dwanaście miesięcy. Cały rok. A to wszystko wciąż do niej wracało. Na początku nie mogła się od tego uwolnić. Wisiało nad nią każde dnia, jak osobista chmura burzowa. Gościło w jej umyśle, kiedy świat przykrywał czarny całun nocy.
Potem było łatwiej. Zajęta życiem, codziennymi sprawami, nie miała czasu, by wciąż o tym rozmyślać.
Ale jednak. Co jakiś czas powracała z całą swoją mocą.
Założyła ręce na piersi, zaciskając dłonie na ramionach, wbijając paznokcie w miękkie ciało. Jej szare oczy ślepo wpatrywały się w mroczną toń jeziora. Jasne promienie księżyca odbijały się w tafli, wywołując srebrzyste, falujące odblaski. Mroźny wiatr owiał jej sylwetkę, wprawiając ciało w drżenie. Zatrzepotała powiekami, próbując nie dopuścić, by słone łzy popłynęły po jej policzkach. Na próżno.
Oczami wyobraźni ujrzała wszystko tak dokładnie, jakby działo się to zaledwie wczorajszego dnia. Szczęście, ekscytacja, a potem nagle… niepokój i sny, tylko utwierdzające ją w przekonaniu, że coś jest nie w porządku. Wątpliwości przeplatające się z nadzieją…
Ból. Gniew. Rozczarowanie. Wypalające w sercu bolesną dziurę.
Wybaczyła.
Pierwsza wyciągnęła rękę. Może rzeczywiście zbyt ostro zareagowała na początku. Może… Jednak nie chciała nikogo tracić, z tak idiotycznego powodu.
Więc prosiła. Błagała. Krzyczała.
W końcu. Udało się. Nareszcie przerwała ten mur ciszy, tworząc w nim wątły wyłom.
Nie mówiła o tym co się stało. Chciała tylko ją zobaczyć. Zgodziła się. Więc dlaczego…? Dlaczego się jej wyparła? Bez słowa wyjaśnienia, bez żadnego powodu…
A kiedy sączyła w jej żyły truciznę, sama bawiła się z kimś innym… Tak. Była zazdrosna. Cóż za głupie uczucie. Ale to tak bardzo bolało.
Dlaczego?
Co zrobiła nie tak? Co złego powiedziała? Czym sobie na to zasłużyła?
Czując nagły przypływ złości, wypełniający jej członki, i na tę krótką chwilę wypierający ból z jej ciała, chwyciła kamień w rękę. Zamachnęła się i z całej siły cisnęła nim w wodę, burząc szklistą taflę jeziora.
To nie była jej wina.
Nie.
Więc dlaczego?!
Kucnęła, muskając nogami trawę pokrytą rosą. Objęła ramionami głowę, zaciskając z całej siły powieki i pozwoliła, by ciemna zasłona włosów, spłynęła jej na twarz.
Dwudziesty dziewiąty lipca.
A niechby się udławiła tym przeklętym tortem.
Poderwała się z ziemi, odwracając się plecami do srebrzystej tarczy księżyca i gniewnym ruchem wytarła wierzchem dłoni łzy, połyskujące w świetle migoczących gwiazd.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz