poniedziałek, 29 listopada 2010

Just Be Ok.

[29 listopada 2010, BK]

.Melodyja.
  Strzygnęłam uchem, wybudzając się z płytkiego snu. Obok mojej jaskini coś przebiegło, chyba zając.. albo coś, coś wielkości zająca. Zaniosłam się kaszlem, zwalając się z posłania na twardą skałę. Jenyyy. Co ja komu zrobiłam? Czułam, jakbym miała zaraz wypluć płuca, mózg i co ja tam jeszcze mam. I jeszcze ten katar, nie pozwalający oddychać.. masakra. Wychynęłam z jaskini i zmarszczyłam nos. Śnieg. Zawsze lubiłam zimę, śnieg, ten biały, puszysty puch. Ale w tym roku coś się zmieniło, na myśl o śniegu w myślach pojawiało mi się takie ‚o nieeeee’. W sumie śnieg by se mógł być, gdyby nie to, że było cholernie zimno. W sumie nie aż tak zimno… ale i tak za zimno.
  Wyszłam całkiem z jaskini i aż usiadłam z wrażenia. No po prostu lol. Ale serio. takie małe niebieskie coś siedzi przed moją jaskinią i się na mnie lampi takimi wielkimi błękitnymi oczętami. No ja Cię żesz kurna, co to niby ma być? Zamknęłam szczękę, zdając sobie sprawę z tego że mam otwartą paszczękę[jest takie słowo...? x'D] i się lampie na to lampiące się stworzenie, nie gorzej do niego. Odsunęłam się kilka kroków, na wszelki wypadek. Może to szpieg? Albo.. coś w rodzaju sondy kosmitów? Eee.. no dobra, raczej nie. Obeszłam ufopodobnego ludka dookoła, a to podążało za mną wzrokiem obracając głowę dookoła własnej osi, jak jakaś sowa czy co. Ponownie klapnęłam na przeciwko stworka. Był przyjemnego niebieskiego koloru, przypominał trochę psa, ale.. nie, wróć, nie przypominał psa. Trudno mi było określić czy cokolwiek przypominał. Miał szeroki pysk i duży granatowy nos. No i te wielkie oczęta. Wywalił jasno fioletowy język, szczerząc się bezzębną paszczą. Eeeueee… może się naćpałam? W mojej jaskini urosły jakieś grzybki halucynki, albo przyszły krasnoludki i mnie czymś nafaszerowały? Nie, lepiej już nie zgadywać o___o’ Uznajmy, że śpię. Olać to.
Poczułam narastający głód, więc wstałam, omijając z daleka Blue.
o.
o Ty.
Już mu imię dałam.
*facepalm*
Źle ze mną.
Ruszyłam dalej, z nadzieją na upolowanie czegoś co nie jest niebieskie. Będą mi się śnić koszmary… a może ja jestem w koszmarze?
Zatrzymałam się gwałtownie i powoli odwróciłam głowę. Blue dreptał za mną.
- Czego chcesz? – odezwałam się, mrużąc oczy.
Blue podskoczył i wystawił język, szczerząc się jak idiota.
No nieee… przypałętało się takie o i mnie teraz nie chce w spokoju zostawić.
Olaać.
Chciałam ruszyć dalej, ale w tym momencie padłam na ziemię, w ataku szaleńczego śmiechu. Tarzałam się w śniegu jakbym miała przedśmiertne konwulsje i nie mogłam przestać się chichrać. W końcu przewróciłam się na plecy i spojrzałam w bezchmurne niebo, niebo błękitne jak oczęta Blue. Uśmiechnęłam się szeroko, szczerze. Czułam się w końcu szczęśliwa, wesoła. Tak o po prostu, bez wyraźnego powodu. Ale to było naprawdę miłe uczucie. Chciałam, żeby zostało tak dłużej.
  Podniosłam  się i otrzepałam ze śniegu. Spojrzałam na stworka i posłałam mu ciepłu uśmiech.
- Chodź, mały, zapolujemy. – mrugnęłam do niego i razem pośliszmy upolować sobie śniadanie.

poniedziałek, 22 listopada 2010

Zagubiona.


Pośród fal, jak rozbitek na bezludnej wyspie
W labiryncie, szukając złotej nici
W morzu kłamstw i pojedynczych prawd
W szarym deszczu, czekając na rozbłysk stu tysięcy barw

Chaos w mojej głowie z niepokornych myśli
Nieznane twarze, puste korytarze
Nie dają spać, serce gubi rytm

Szaleńczy bieg, życie daje w kość
Codziennie rano, czuję że mam dość
Trucizna płynie w żyłach, zamiast krwi

W całym tym zgiełku mała dusza tkwi
I myśli sobie, że nie ma sił już iść
Lecz coś ją trzyma, pozwala dalej żyć

Kiedy błądzi w chmurach niepewności, ogarnia ją paniczny strach
Nie wie czego trzymać się ma, by nie odfrunąć, wolna jak ptak
Lecz nadal stoi, choć instynkt każe wiać
I kiedy czuje, że nadal jej czegoś brak
Rani tych, którym serce i dusze oddałaby swe

Na dnie studni, oddala ciągle się
Nie wie, co robić dalej ma

wtorek, 9 listopada 2010

Niepokój.

[9 listopada 2010, BK]

.Muzyka.

  Przekręciłam się na drugi bok, powoli wybudzając się ze snu. Przeciągnęłam się, wyciągając po kolei wszystkie łapy i grzbiet. Zamrugałam najpierw jedną powieką, potem drugą, w końcu otworzyłam oczy. Przez ten czas w moim ciele rodziło się znajome uczucie niepokoju. Właściwie nie tyle, że się pojawiało, raczej było pozostałościami snu, który we fragmentach właśnie powracał do mojej pamięci. Zadrżałam i wstałam. Wychynęłam z jaskini, idąc na chwiejnych łapach, nadal do końca nieobudzona. Jednocześnie odruchowo starałam się przypomnieć sobie każdy szczegół snu.
  Przed jaskiniami zobaczyłam zwierzęta, niektóre jeszcze zaspane, inne już dawno rozbudzone. Zwyczajowa poranna krzątanina. Zawróciłam i padłam na posłanie, zwijając się w kłębek. Chyba nic się nie stanie, jak jeszcze chwilę sobie poleżę...? Z pewnością, ale oczywiście... zasnęłam.
  Przebudziłam się na chwilę, częścią świadomości zdając sobie sprawę z tego, że powinnam była już dawno wstać. Ale druga część mojego jestestwa, ta bardziej leniwa nakazała mi zostać w ciepłym miejscu i odpoczywać. Zapomnieć o wszystkich szaleństwach tego świata. Nigdy nie szczyciłam się silną wolą. Zostałam, nie oparłam się pokusie. Znów pogrążyłam się w śnie.
  Przebudzałam się w ten sposób jeszcze dwa razy. Za trzecim otworzyłam gwałtownie oczy i usiadłam. Zaspałam. Zdałam sobie z tego sprawę niemal natychmiast. Moje ciało ogarnęło dziwne poczucie winy. Prawie zagłuszyło strach, ten ciągły niepokój towarzyszący mi przy każdym śnie. Przez te kilka godzin znów zostałam złapana przez koszmary nocy.
  Pokręciłam się chwilę przed jaskiniami. Ale niedługo, znów wróciłam na posłanie. Coś pożerało mnie od środka. Zapatrzyłam się w szarą zimną skałę, znajdującą się kilka centymetrów od mojego nosa. Znowu te sny. Nie, to nie były koszmary. Nikt mnie w nich nie gonił, nie zjadał, nie było krwi, zwłok, niczego tak naprawdę strasznego. A mimo to po wybudzeniu, po każdym tym śnie w moim ciele pozostawał strach, niepokój, uczucie że to było złe.

  W pewnym momencie moje myśli przeniosły się do innego okresu. Lipiec. Ciepły, słoneczny miesiąc. Wtedy przyśnił mi się ten sen. Ten, który pamiętam do dzisiaj, który tak mną wstrząsnął. Byłam przerażona. Wyobrażałam sobie Bóg wie co... to niby tylko sen ale... w tym śnie moje dwie najlepsze przyjaciólki zostały zastrzelone. To było po prostu nie na moje siły.