Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pierścień Czarnego Feniksa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pierścień Czarnego Feniksa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 grudnia 2017

Zadanie: "Pierścień Czarnego Feniksa" [V.2]

Cienie – wilki z tą rangą otrzymują moc dosłownego rozpływania się w ciemności, ale muszą coś poświęcić - nigdy nie będą mogły mieć dzieci.

Zadanie – Pierścień Czarnego Feniksa
Opis: Twoim zadaniem jest odnalezienie Mrocznego Sanktuarium, w pobliżu którego przebywa ten ptak. Gdy odnajdziesz feniksa, musisz zdobyć jego pióro, jedyne, które ma na sobie znak Pierścienia Śmierci. Na drodze spotkasz wiele przeciwników, a ponieważ udajesz się do Mrocznego Sanktuarium, będą to Twoje najgorsze koszmary.

~***~

I
Przeminęły cztery pory roku od kiedy zostało wyznaczone mi zadanie - pozyskanie pióra z ogona czarnego feniksa. Miałam udać się do Mrocznego Sanktuarium, w pobliżu którego legendarny ptak ponoć przebywał. Wykonawszy pomyślnie misję czekała mnie nagroda - moc Cienia, jednak musiałam także coś poświęcić. Wraz z zyskaniem nowych mocy, miałam stać się bezpłodna. Nie wydawało mi się to jednak dużą stratą, nigdy nie planowałam mieć potomstwa i nie miałam partnera, który mógłby wpłynąć na tę decyzję. Mimo to - zwlekałam z wyruszeniem w podróż. Dopiero teraz, gdy na świat spłynęło ciepło wiosny, a widmo zimy zawisło nade mną, wspomnienia demonów wciąż żywo wyryte w moim umyśle, dopiero teraz gdy bez wspomnianej siły nie mogłam się obejść, musiałam ją zyskać, by przetrwać, by przeżyć - dopiero teraz zdecydowałam się ostatecznie podjąć niebezpiecznej misji.
Wyruszyłam wczesnym świtem, rześkie powietrze przyjemnie chłodziło skórę, delikatny wiatr niósł ze sobą zapach kwiatów i lasu. Ruszyłam na wschód, kierując się ku odległym, dzikim puszczom. Nie znałam tych terenów, także musiałam kluczyć po obcych mi ścieżkach, zbaczając z kursu, gdy wyrastała przede mną przeszkoda. Mimo to nieprzerwanie dążyłam do celu, idąc w obranym kierunku.
Minęło parę nocy. Las Śmierci pozostał za mną daleko w tyle, ginąc za horyzontem. Przemierzałam teraz szerokie łąki w rozległej dolinie. W oddali zaczynała majaczyć ciemna granica lasów, do których zmierzałam. Wpierw jednak postanowiłam się napić i odpocząć, nim wejdę w mroki nieznanej puszczy. Skręciłam, wyczuwając w powietrzu woń wilgoci, niedługo potem usłyszałam delikatny szum i pluski. Pobiegłam w tamtą stronę, szybko docierając do niewielkiego strumienia. Napiłam się wody, zanurzając język w krystalicznie czystym źródle.
Podniosłam łeb, nastawiając uszu. Wiatr zmienił kierunek, niosąc ze sobą znajomą woń. Budziła niechciane wspomnienia, które siłą wdarły się do mojego umysłu. Obrazy, migawki pojawiały się przed moimi oczami, całkiem przysłaniając błękitne niebo. Mrok, ciemność, ból... żelazne pręty krat, ostre strzykawki, niekończący się ból, poczucie bezradności... Błysk światła. Uniosłam powieki, ślepia zapłonęły jasno i czując rodzące się w moim wnętrzu fale nienawiści, pobiegłam za tropem. Mieszanina zapachów miasta, potu, prochu i psów wdarła się w moje nozdrza, podsycając żądzę zemsty. Wyczuwałam dwunogów, a także towarzyszące im psy gończe. Po lesie poniosło się ujadanie, a zaraz potem głośne odgłosy nieporadnego przedzierania się przez zarośla i chaszcze. Zbliżałam się do nich powoli, sama stąpając bezszelestnie, miedzy igliwiem i gęstymi krzewami. Obniżyłam uchylony nieznacznie pysk, ze wszystkimi zmysłami wyczulonymi na otoczenie, mięśnie były napięte, gotowe do skoku. Na ugiętych łapach podchodziłam bliżej, wciąż pozostając niezauważoną. Ukryta za listowiem, obserwowałam jednego z ludzi. Był sam, reszta musiała się oddalić. Wyszłam zza zasłony, wlepiając w przeciwnika złote ślepia. Z gardzieli wydobył się głuchy warkot. Zaskoczony człowiek, niemal podskoczył w miejscu. Z początku chyba myślał, ze to jeden z ich psów, szybko jednak się zorientował, że ma do czynienia z dzikim stworzeniem. Przyjął obronną postawę, na ugiętych nogach, starając się ostrożnie wycofać. Jedną rękę wyciągnął w uspokajającym geście, drugą sięgał za pas, w kierunku noża. Nie czekałam dłużej, odbiłam się od ziemi, dając ulgę naprężonym kończynom. Skoczyłam na mężczyznę, całym impetem lądując na jego ciele, kierując ostre kły ku jego gardle. Stracił równowagę i poleciał do tyłu. Zdążył jednak wyciągnąć nóż, zamachnął się nim w obronie - z trudem zdołałam uniknąć ciosu, w ostatniej chwili się wycofując. Poczułam na kufie piekące cięcie. Mogłam stracić oko, refleks mnie jednak nie zawiódł. Odskoczyłam od niego i złapałam za kostkę, nie dając mężczyźnie uciec. Zawył z bólu, ale przywalił mi z całej siły ciężkim trepem. Odrzuciło mnie do tyłu i na moment przypadłam do ziemi, dysząc ciężko z bólu i podniecenia. Czułam na języku metaliczny posmak jego krwi, co tylko bardziej mnie rozwścieczyło. Adrenalina buzowała mi w żyłach, pobudzając do działania, szybko zerwałam się z powrotem, obniżając znów głowę, gotowa do dalszego ruchu. Człowiek też już był na nogach, jednak mocno kulał, stawiając ciężar na jednej nodze. Najwyraźniej uznał, że nie da rady uciekać, bowiem pierwszy przystąpił do ataku, celując we mnie nożem. Uskoczyłam zwinnie i robiąc szybki zwrot złapałam go za rękę dzierżącą broń. Walczył ze mną, próbując rozewrzeć me szczeki, ale trzymałam mocno. Wykrzywiając twarz w paskudnym grymasie uderzył mnie z całej siły pięścią w bok. Zawyłam, łzy nabiegły mi do oczu, ale nadal trzymałam, aż w końcu jego palce się rozluźniły, a ostry metal upadł na ziemię. W tym momencie puściłam i natychmiast rzuciłam się do jego gardła. Nie zdążył się osłonić, byłam szybsza. Zacisnęłam kły na miękkiej tkance, a jaskrawa krew trysnęła żywo, lejąc się po moim futrze i ubraniu ofiary. Wił się jeszcze przez chwilę w śmiertelnych konwulsjach, nim w końcu członki opadły, a człowiek wydał z siebie ostatnie tchnienie.
Odstąpiłam od ciała, spoglądając ponuro na scenę walki. Moje boki unosiły się boleśnie, w ciężkich, łapczywych oddechach, serce wciąż łomotało dźwięcznie, zmysły jeszcze przez chwilę odbierały bodźce ze zdwojoną czujnością, nim w końcu powoli się uspokoiłam. Znów usłyszałam jazgot psów, pośpieszne kroki i nawoływania. W zaroślach dostrzegłam dwójkę mężczyzn, tym razem ze strzelbami. Nie miałabym z nimi szans w obecnym stanie. Nie doceniłam jednak przeciwnika, jednemu z kłusowników udało się mnie dostrzec mimo dużej odległości. Usłyszałam huk wystrzału, obok mnie świsnęła kula. Przypadłam do podłoża, kuląc po sobie uszy, zaskoczona tym nagłym dźwiękiem. Zerwałam się szybko i zniknęłam w zaroślach, prędko znikając w dzikich ostępach. W górze słyszałam trzepot skrzydeł, czarnych jak smoła, kruków, które zerwały się po wystrzale. Ich uporczywe krakanie, goniło mnie aż do krańca lasu, przedrzeźniając, wyzywając. Niczym przeraźliwy śmiech sumienia.
~***~
Ostrożnie zanurzyłam się w cienie puszczy, wkraczając między wysokie pnie wiekowych drzew. Nie wiedząc czego się spodziewać, uważnie przeczesywałam oczyma teren; uszy chodziły jak radary, wyłapując wszelkie dźwięki. Jednak w wilgotnym półmroku panowała nienaturalna cisza. W powietrzu unosił się zapach zbutwiałych liści. Łapami zapadałam się w podmokłej ściółce - tylko ciche mlaskanie moich kroków zdawało się rozrzedzać panujący tu niebyt. Zagłębiałam się powoli w las, czując w sercu irracjonalny lęk, jakby jakaś nieprzyjazna ręka złapała moją duszę. Nie dostrzegałam żadnych śladów żywych istot. Jedynie martwe szkielety roślin. Omijając pnące się ponad ziemią korzenie, przyspieszyłam do lekkiego truchtu - nie miałam wyboru, musiałam przebyć ten las, by dostać się do swego celu. Przemierzałam zamarłą w czasie puszcze wciąż z tym samym poczuciem niepokoju. W otoczeniu niewiele się zmieniało, a półmrok i monotonia miejsca zaczynały mnie usypiać. Znużona niezmieniającym się widokiem, zaczynałam tracić czujność, pozwalając łapom mechanicznie obierać drogę. Moje kroki, mimo że tłumione przez rozmiękłe runo leśne, w niezrozumiałej ciszy zdawały się rozbrzmiewać głuchym dudnieniem. Ślepia się przymykały. Zapadłam w letarg. Unosiłam się w powietrzu, tak gęstym, że mogłabym w nim pływać. Byłam taka lekka... Jakbym mogła chodzić po chmurach... Jakbym latała.... Umarłam...?
Ostatnia myśl zbiegła się z potężnym uderzeniem. Grzmotnęłam bezwładnie o twardą glebę, jednocześnie czując że coś mnie przygniata. Błysk światła wdarł się do mych ślepi, gdy rozchyliłam powieki. Zdawał się oślepiać, choć był to zaledwie nikły promień, przeświecający przez korony drzew. W głowie mi dudniło, czułam pulsujący ból rozchodzący się po całym ciele. Z głuchym warkotem, podniosłam się ciężko z ziemi, zrzucając z siebie spróchniałą kłodę. Otrząsnęłam się z liści i mchu, zaraz jednak z góry obsunęły się kolejne okruchy ziemi i roślin. Uniosłam pysk. Nade mną ziała niewielka dziura, jej brzegi wciąż się zapadały, sypiąc mi się do oczu. Odsunęłam się, znów potrząsając głową. Otwór był zbyt wysoko by do niego doskoczyć. Rozejrzałam się dokoła, widząc ciemną toń korytarza z dwóch przeciwległych stron. Widoczność sięgała zaledwie do niewielkiego kręgu wokół mnie, tylko tyle zdołało objąć słabe światło dnia. Dalej panowała absolutna ciemność. Nie miałam wyboru, jak objąć trasę, którymś z tuneli - jednak w którą powinnam zmierzać stronę? Przeklinałam siebie za stracenie czujności. Jeśli mi się nie poszczęści, mogło mnie to kosztować życie. Czaszkę wciąż rozdzierał paskudny ból, nie pozwalający mi w pełni skupić się na myśleniu. Przymknęłam powieki i odetchnęłam lekko. Musiałam zaufać intuicji. Oddychałam głęboko, starając się zwolnić oddech, uspokoić kołatające serce. Stać się jednością z otoczeniem. Czułam przed sobą odległą woń świeżego powietrza. Przeciąg? Oznaczało to, że gdzieś przede mną znajdował się jakiś otwór. Mogłam mieć tylko nadzieję, że był wystarczająco duży bym się przez niego wydostała. Jeżeli się nie myliłam, była to także droga na wschód, czyli dokładnie tam, gdzie się kierowałam. Ruszyłam przed siebie, ostrożnie stąpając po nierównej powierzchni. Z gleby wyrastały korzenie, a niekiedy także kamienie. Zanurzyłam się w mrok, myśląc że nie mam innego wyboru. Musiałam być chyba nadal w szoku, po kolejnych obrażeniach, a także uderzeniu w głowę, bowiem zupełnie zapomniałam o swych zdolnościach Pani Powietrza. Prawdą było, że nie często z nich korzystałam, ale w tym momencie mogły mnie uratować. A jednak, szłam teraz przez tajemniczy tunel, w którym panowały absolutne ciemności. Po paru minutach zdałam sobie sprawę z subtelnej różnicy. Nie widziałam tu nic, za to w przeciwieństwie do puszczy, dobiegały mnie przeróżne dźwięki. Ciche szmery, chrobotanie, stukot drobnych łap... Wyglądało na to, że nie byłam tu sama i ledwo udawało mi się zmuszać, by nie wyobrażać sobie mijanych przeze mnie podziemnych kreatur.
~***~
Fuknęłam cicho, z obrzydzeniem. Czułam jak coś zimnego przylepia mi się do łap. Klejąca maź pokrywała powierzchnię tunelu, jak się zdawało ze wszystkich stron, bo za chwilę poczułam jak coś mi kapie na grzbiet. Otrząsnęłam się gwałtownie. Lepkiemu świństwa jednak nie było końca. Przez ciało potoczyła się fala dreszczy. Nie chciałam myśleć po czym stąpam. Przyspieszyłam kroku, nakazując sobie spokój, który burzyła panika wlewająca mi się do serca. Nie myśl, nie myśl!
Niezmienne ciemności działały na moje nerwy, sprawiając, że każdy szmer, każdy stukot zdawał się być głośniejszy, pogłębiany echem. Podskakiwałam nerwowo przy każdym szurnięciu, nie raz reagując na własne nieostrożne kroki. Co jakiś czas wyczuwałam obrzydliwy zapach rozkładu, a także wonie, które były mi zupełnie obce. Nie potrafiłam ocenić upływającego czasu, ale zdawało się, jakbym szła już dniami. A wyjścia nigdzie nie było widać. Mroczne myśli zaczynały mnie nawiedzać. Co jeśli nie wyjdę? Będę iść tym niekończącym się tunelem aż do zasranej śmierci? O ile wcześniej nie stanę się czyimś posiłkiem. Zastanawiało mnie co mogło wydrążyć korytarz takiej wielkości. Może coś dużego? I krwiożerczego? Co połyka w całości? Dawałam się ponieść wyobraźni. Ale jednocześnie zdałam sobie sprawę z podążającego za mną skrobania, które powtarzało się od dłuższego czasu w przewidywalnej kolejności. Coś za mną podążało, a ja nie byłam w stanie ocenić z czym mam do czynienia. Chciałam jedynie, żeby ta mordęga się w końcu skończyła. Nie miałam już sił, ale mogłam jedynie wciąż brnąć na przód. Nie było nawet żadnych rozwidleń, nad którymi mogłabym się zastanawiać. Jedynie prosta droga. Zawrócenie w tym momencie zdawało mi się być marnym pomysłem. Byłam po prostu już taka zmęczona. Obolałe kończyny poruszały się co raz wolniej, w sztywnych, pozbawionych gracji zrywach.
Poczułam jak zahaczam o coś wystającego z ziemi, pewnie jakiś korzeń. Jak bierny obserwator - wiedziałam, że polecę, nie miałam jednak szans by temu zapobiec. Wylądowałam na pysku, boleśnie się obijając. Zerwałam się szybko na równe łapy i zesztywniałam, sparaliżowana nagłym strachem. Zamarłam, dysząc ciężko. Wyraźnie usłyszałam szuranie, charkot. Dokładnie w momencie mojego upadku, poczułam na tylnych łapach czyjś zimny dotyk. Zniknął, gdy tylko podniosłam się z podłoża. Zadrżałam. Byłam obserwowana. Bez możliwości odwetu. Cokolwiek kryło się w ciemnościach, czekało aż padnę z wycieńczenia. A teraz, po moim upadku, z pewnością nie zostawi mnie w spokoju.
Szłam dalej, dopóki nie poczułam nagłego ukłucia w łapę. Podskoczyłam gwałtownie, wydając z siebie syk bólu i zaklęłam siarczyście w myślach. Ach! I znów. Odskoczyłam gwałtownie, nie wiedząc nawet przed czym uciekam. Coś długiego i ostrego niczym igła wbijało się w moje łapy przy każdym kroku. Poczułam jak ciepła posoka strużkami spływa po smukłych kończynach. Nie mogłam się jednak zatrzymać, szczególnie nie teraz, kiedy nieznane stworzenia dosłownie deptały mi po piętach. Obawiałam się, że jeżeli pozwolę sobie na postój wściekłe krwiopijce zjadłyby mnie żywcem. Wznowiłam marsz, przyspieszając kroku, starając się unikać bolesnych ukłuć. Po kolejnym razie, odwróciłam się gwałtownie, rzucając się w ciemność z kłapiącymi szczękami. Natrafiłam na nicość, jednak nieprzyjaciel chwilowo ustąpił. Wciągnęłam w płuca potężny haust powietrza i podjęłam dalszą wędrówkę, modląc się do nieznanych bogów o chociażby cień łaski.
~***~
Osłabiona, ledwo trzymałam się na sztywnych kończynach. Nie wiedziałam jak długo już maszerowałam bez pożywienia, jednak głód coraz dotkliwiej mi doskwierał. Zastanawiałam się, czy atakujące mnie stworzenia nadawały się do jedzenia. Problemem było tylko ich upolowanie. Wciąż uciekały spod moich szczęk, gdy się od nich odganiałam. Zwolniłam tempa, powłócząc nogami, udając że opadam z sił. Poczekałam na znajome kłucie, tym razem wytrzymując ognisty ból. Odczekawszy chwilę, gwałtownym zrywam rzuciłam się na pijawkę i złapałam stworzenie zębami. Nie spodziewałam się jednak tego co nastąpi. Z trudem rozerwałam paszczę, wydając z siebie żałosne kwilenie. Do oczu natychmiast napłynęły mi łzy. W miękkie podniebienie wbiły się liczne kolce, które wraz z twardą skorupą broniły krwiożercze żyjątko. Puściłam najeżoną kulę, rzucając nią o ścianę tunelu. Dobiegłam do niej szybko, wydając z siebie ostrzegawczy warkot - co jeśli jego pobratymcy nie gardzili własnym mięsem? A ja nie miałam wyboru, bez wody i jedzenia, z licznymi obrażeniami, z utratą krwi.... musiałam zyskać energię. Wyhamowałam przed - jak mi się zdawało - kolczastym stworzeniem, zbliżając się do niego ostrożnie, na oślep, kierując się jedynie węchem. Tymczasem w moim umyśle przebiegały intensywne procesy myślowe. Po chwili zdałam sobie sprawę z własnej głupoty - przecież miałam moce powietrza, z których już dawno mogłam skorzystać. Skupiłam się na niedoszłym oprawcy, unosząc stworzenie z powierzchni gleby. Ostrożnie, powoli, zaczęłam zmieniać ciśnienie, wewnątrz skorupy i poza nią. Była to trudna do wykonania operacja, mój oddech szybko się pogłębił. Usłyszałam trzask, po czym skorupa została rozsadzona od środka. Odłamki śmignęły w przeciwne strony, osłoniłam się jednak silnym podmuchem powietrza. Wciąż skupiając się na unoszeniu miękkich wnętrzności, zbliżyłam się do nich powoli. Chwyciłam z obrzydzeniem mięso i wgryzłam się w oślizgłe wnętrzności. Obym się nie otruła, pomyślałam jeszcze, gryząc gumowatą konsystencję. Krzywiłam się przy każdym kęsie, naruszając rany podniebienia. Był to paskudny posiłek, jednak wreszcie coś znalazło się w moim żołądku. W moim sercu zapłonęła iskierka nadziei, która zdawała się już być stracona. Może jednak uda mi się dotrzeć do końca. Wiedziałam jednak, że czekała mnie jeszcze długa droga. A pozostawał jeszcze jeden problem - potrzebowałam snu i odpoczynku. Nie mogłam jednak sobie na to pozwolić, z pasożytami czyhającymi na każdym kroku. Nie wiedziałam jak mogłabym w tym przypadku użyć swych mocy, a tym bardziej wątpiłam bym zdołała je utrzymać w trakcie snu. Westchnęłam ciężko. Pozostawało wierzyć, że korytarz niedługo się skończy.
~***~
Pod łapami wyczułam drżenie podłoża. Mych uszu dobiegły niepokojące odgłosy. Z oddali dobiegł do mnie rumor, jakby waliło się sklepienie. Poduszki łap trzęsły się od drgań, które wstrząsały podziemnym tunelem. Zatrzymałam się ze strachem, nie wiedząc czy zaraz sufit zwali mi się na głowę, czy może powinnam spodziewać się czegoś innego. Hałas z każdą sekundą się przybliżał, a ja zamarłam w miejscu, nie zdolna do żadnego ruchu, czekając na nieunikniony los.
Wpierw buchnął we mnie odór zgniłego mięsa, zaraz potem wyczułam ogrom cielska, które zdawało się wypełniać całą średnicę przejścia. Z paskudnego łba monstrum wyrastało kilka czułków, zakończonych świecącymi lampionami, które najpewniej miały wabić ofiary potwora. Cztery pary małych, czarnych ślepi, które rozłożone były po przeciwległych stronach szerokiego pyska, błyskały ku mnie złowieszczo, odbijając w paciorkach światło migotliwych diod. Duży nochal węszył nieustannie, wyczuwając zapach świeżej posoki. Monstrum uchyliło paszczę, ukazując rzędy ostrych jak tarka kłów. Wydało z siebie porażający ryk, pod którym ugięły się pode mną nogi. Stwór ociężale podniósł potężną kończynę, pokrytą gęstą szczeciną i zakończoną tępymi pazurami - zapewne służącymi do kopania tuneli. Opuścił ją na glebę z głuchym odgłosem uderzenia. Byłam pewna, że jednym ciosem pogruchotałby mi wszystkie kości. Mój umysł zalała fala paniki. Bezmyślnie zaczęłam się rozglądać, szukając drogi ucieczki. Takowej oczywiście nie znalazłam. Warknęłam wściekle, prostując samą siebie do porządku. Starając się ignorować stwora, który chwilowo jeszcze nie atakował, wzięłam kilka głębokich wdechów, z trudem powstrzymując drżenie łap. Obserwowałam potwora, czekając na jego ruch. W głowie opracowywałam plan działania. W końcu monstrum ruszyło. Zbliżało się, szeroko rozwierając pysk - planując jedynie zamknąć paszczę, gdy przyjdzie pora. Nie spodziewał się walki. Musiałam go jednak rozczarować. Wbrew pozorom życie mi się jeszcze nie znudziło. Uśmiechnęłam się cierpko do samej siebie. Odskoczyłam do tyłu, by umknąć przed zębiskami i znów sięgnęłam do swych mocy, korzystając z tej samej sztuki co wcześniej. Manipulując ciśnieniem, sprawiałam że komórki i naczynia krwionośne pękały, rozsadzając stwora od środka. Zatrzymał się zdumiony i wydał z siebie wściekły ryk, przeszyty niespodziewanym bólem. W furii rzucił się na mnie, gwałtownym szarpnięciem ciała. Nie sądziłam, że jest zdolny do takich ewolucji. Nie zdążyłam zbiec. Olbrzymie cielsko spadło na mnie i przygniotło do ziemi. Ostatkiem sił, wypompowałam z płuc potwora powietrze, odcinając dostęp tlenu do mózgu. Potwór zamierał. Ja natomiast wydałam z siebie cichy jęk, tylko na tyle miałam sił. Liczyłam płytkie, powolne oddechy, starając się utrzymać na granicy świadomości. Musiałam się prędko wydostać, nim odpłynę... Napięłam mięśnie, próbując wysunąć się spod ciężaru, jednak ważyło zbyt wiele - nawet nie drgnęło, mimo moich wysiłków. Zaczynałam tracić czucie w kończynach. Myśl, głupia. Myśl. Wzięłam kolejny palący oddech, próbując się skupić, jednak ból rozchodzący się po wszystkich komórkach ciała skutecznie mnie rozpraszał. No, myśl. Dalej. Kolejny wdech, posyłający falę cierpienia w głąb mojego mózgu. Ból mnie dekoncentrował, był nie do zniesienia. Skup się, do cholery. Wciąż się napominałam, ale myśli kołatały się w bezładzie, niezdolne do splecenia sensownej całości. Zacisnęłam szczęki i zamknęłam powieki, dokładnie próbując sobie zilustrować co zamierzam zrobić. Zajęło mi to parę chwil, nim w pełni wyobraziłam sobie kolejne kroki. Martw truchło drgnęło. Potem delikatnie się uniosło. Zaledwie parę centymetrów, powoli. Odetchnęłam gwałtownie, czując kolejne potężne fale bólu, kiedy ciężar się zmniejszył. Trwało to długo, ale w końcu siłą woli udało mi się unieść olbrzymie cielsko i przesunąć w bok. Gdy znalazło się wystarczająco daleko, puściłam i trup opadł z trzaskiem na glebę, wbijając tumany kurzu, Wypuściłam ze świstem powietrze, dopiero teraz zdając sobie sprawę z tego, że je wstrzymywałam. Chwila napięcia minęła. Pozwoliłam sobie na kilka głębszych oddechów. Bolało jak diabli, ale chyba byłam cała. Ostrożnie podniosłam się z ziemi, uważając na każdym ruchu, bojąc się złamań i obrażeń. Jednakże poza zgnieceniami wydawało się, że nie dolegało mi nic więcej. Znów miałam szczęście. Stojąc na drżących łapach, otworzyłam w końcu ślepia. W tunelu znów panowała aksamitna ciemność. Po chwili namysłu podeszłam do martwego potwora. Zmarszczyłam nos, węsząc zawzięcie, szukając pomiędzy pancerzem cienkiej skóry, przez którą mogłabym się przebić. Kolczaste pijawki, które wcześniej się rozbiegły - ciekawe gdzie one się chowały? - znów zaczęły się zbierać, wyczuwając nadchodzącą ucztę. Znalazłszy miękką tkankę, zagłębiłam w niej kły i potężnym szarpnięciem rozerwałam skórę. Pożywiłam się w pośpiechu twardym mięsem potwora. Oblizałam pysk z posoki i wcisnęłam się pod wielką łapę potwora, zwijając się w mały kłębek. Byłam wykończona. Przykryłam nos długim ogonem, jeszcze prze chwilę próbując utrzymać przytomność. Zewsząd dobiegały mnie odgłosy ucztujących krwiopijców. Żywiłam nadzieję, ze potwór im wystarczy i zostawią mnie w spokoju. W końcu moje powieki opadły i niemal natychmiast odpłynęłam w niebyt.

II
Przez otaczające mnie ciężkie kotary mgły, z trudem przedostał się nieprzyjemne dźwięk. Poruszyłam się nieznacznie, układając wygodniej i zatapiając w przytulnym, gęstym mroku, oblepiającym moją ocieżałą świadomość. Draźniący chrobot jednak nie ustawał. Próbowałam ignorować budzące się we mnie niepokojące przeczucie, nie chciałam wychodzić z bezpiecznych objęć Morfeusza. Nie chciałam wracać do koszmaru, jakim stała się moja rzeczywistość. Uczucie jednak narastało, przeszywając mnie swym chłodem, pozbywając resztek sennych mgieł,
Podniosłam gwałtownie łeb, a wraz z tym ruchem odpłynęło całe ciepło, które ze mną jeszcze pozostawało. Grzmotnęłam wierzchem czaszki o twardy pazur potwora. Wygramoliłam się z zagłębienia i otrząsnęłam się lekko, nie potrafiąc powstrzymać stęknięć, kiedy rozbudzone ciało znowu zapłonęło tępym bólem. Ziewnęłam szeroko, po czym przeciągnęłam się ostrożnie, wyciągając łapy i wyginając grzbiet, prężąc zesztywniała mięśnie. Mlasnęłam lekko i rozejrzałam się wokoło. No tak. Ciemność. Nic się nie zmieniło. Postawiłam uszy na sztorc, przypominając sobie powód mej pobudki. Czujnie nasłuchując, szybko wyłapałam dźwięki świadczące o gryzieniu, darciu i rozrywaniu ciała, a między nimi ciche piski. Wzdrygnęłam się z niesmakiem, pojmuąc, że podziemni padlinożercy zajmują się tym co zostało z truchła potwora.
Nie ociągając się dłużej ruszyłam w dalszą wędrówkę, przynajmniej tymczasowo nie musząc się martwić o krwiopijcze stwory. Z nowymi siłami biegłam równym truchtem przez korytarz, systematycznie stawiajac za sobą łapy. Odgłos moich kroków oraz spokojny oddech były jedynymi dźwiękaim, które od teraz towarzyszyły mi w podróży. Tylko co jakiś czas zatrzymywałam się na krótki postój. Minuty wydłużały się w godziny, sprawiając że znów traciłam poczucie czasu. Myśli chaotycznie przeskakiwały pomiędzy obawami i wspomnieniami. Podążałam dalej, z niecierpliwością wyczekując końca tunelu. Teraz, kiedy względnie odzyskałam fizyczne siły, zaczynałam się obawiać pułapek własnego umysłu. Niepokojące uczucie co raz bardziej zaczynało ciążyć mi na sercu. Wyciągało swe macki, sięgając co raz głebiej, rozsiewając swą truciznę. Starałam się go nie dopuszczać, pozbyć z umysłu, jednakże nie potrafiłam. Otaczająca mnie czerń nagle zdała mi się przytłaczająca swoją głębią. Poczułam się jak w klatce, zamknięta, bez szansy ucieczki. Mogłam tylko iść, bez żadnej nadziei, że znów ujrzę światło. Ta czerń, smolista, nieprzenikniona czerń, która nie została zrodzona ze skrzydeł Nocy, kryła w sobie drapieżcę. Cichy obserwator mógł się czaić wszędzie. Śledzić, ukrywać się w mroku, obserwować i tylko czekać na dogodny moment... Nieświadomie moje kroki się wydłużyły, jakby moje ciało chciało oddalić się od wyimaginowanej istoty. Niemal czułam przeszywający wzrok, wbity łakomie w moje plecy. Musiałam uciec, uciec jak najprędzej...
Jeszcze nie wyblakłe wspomnienia zaczęły przemykać mi przed oczami. Nieskazitelna biel, rażąca ślepia, czarne zjawy, zbierające się wokół, zacieśniające mroczny Krąg... Mój rzęzisty oddech ścigał się z szaleńczo bijącym sercem. Mięśnie naprężone do granic możliwości poruszały łapami w morderczym biegu, pchając mnie co raz szybciej, co raz prędzej, dalej. Obrazy, emocje i cierpienie... bolesna mieszanka oplotła mnie z siłą, korzystając z luk, które pojawiały się w słabnącym murze woli. Upiorne szepty goniły mnie, łaskocząc mroźnymi oddechami. Chciałam uciec, jak najdalej od ścigające mnie potwora, jednak nie mogłam, brakło mi sił.
Krzyknęłam, doprowadzona do absolutnej paniki, gdy zahaczyłam łapą o jeden z wystających korzeni. Przewaliłam się, lądując nieporadnie na ziemi. Zamarłam w bezruchu, łapczywie wciągając powietrze do płuc. Nasłuchiwałam. Nie wyczułam żadnej obecności, nie było nikogo w tunelu poza mną. Byłam sama. Podniosłam się i potrząsnęłam łbem. Z moich oczu ciekły łzy. Zacisnęłam szczęki, nakazując sobie spokój. Liczyłam do dwudziesty, po raz kolejny starając się wyrównać oddech. Wstydziłam się swojej reakcji, jednak kujące szpile strachu były wbite głębokoo i nie sądziłam by szybko się roztopiły.
Podniosłam uszy, wyczuwając niespodziewanie prąd świeżego powietrza. Zaczęłam węszyć, przeszukując ściany korytarza. Z trudem panowałam nad narastającym przypływem nadziei, które łatwo mogło się skończyć rozczarowaniem. Wsztrzymałam na moment oddech, kiedy wyczułam równą, kamienną powierzchnię oraz wypływający z jej obrzeży ciąg. Po chwili namysłu naparłam na blok całym ciałem, wkładając w to wszystkie siły. Nic się nie działo. Nie poddawałam się. Nie teraz, kiedy mogłam znaleźć wyjście. Powtórzyłam maewr i tym razem skała drgnęła. Popchnęłam jeszcze raz i nagle kamień puścił, wypadając z głośnym hukiem na zewnątrz. Oblizałam nerwowo pysk, po czym zagłębiłam się w wąski otwór.
Syknęłam wściekle, kiedy jaskrawe światło boleśnie mnie oślepiło Czułe źrenice, po tylu dniach ciemności nie były przygotowane na tak mocne bodźce. Zamknęłam ślepia, przez cały czas uważnie nasłuchując. Jedyne co słyszałam to trzask tańczących płomieni, który zdawał się być powielany echem. Poruszyłam się nieznacznie, czując dziwne napięcie, które nie opuszczało mojego ciała. Coś było nie tak. Uniosłam z wolna powieki i zamrugałam parę razy, aż w końcu otworzyłam szeroko oczy. Przede mną znajdowała się pionowa skalna ściana. Zza niej wydobywało się nikłe światło, które wcześniej wydawało mi się być rażącym blaskiem. Zmarszczyłam nos, rozumiejąc że podświadomość reaguje tak na dobiegający mnie zapach, który unosił się w całym pomieszczeniu. Po długiej wędrówce tunelem, moje zmysły zdawały się być otumanione, nie działały jak powinny, woni nie potrafiłam z początku zidentyfikować, choć wydawała się znajoma.


_____________________________________________________________________________
Wzięłam głęboki wdech i postąpiłam kilka kroków, wychodząc zza ciemnego głazu. Przede mną rozciągała się ogromna sala, oświetlona płonącymi paleniskami, ustawionymi w półkolu, wzdłuż gładko ociosanych skał. Tu zapach się nasilił, jednak szłam dalej,aż dotarłam na sam środek. Stanęłam na wytartej przez setki stworzeń posadzce,a następnie odwróciłam się twarzą w stronę miejsca, z którego wyszłam.

Wciągnęłam ze świstem powietrze, zszokowana widokiem,który się przede mną znalazł. Głaz, za którym znajdował się otwór, okazał się być posągiem, przedstawiającym kobietę o dzikich rysach oraz drapieżnym wyrazie twarzy. Odziana była skąpo, tak, że wyraźnie było widać zarysy mięśni jej ciała. W jednej ręce trzymała sztylet, z którego spływała jakaś ciecz, najprawdopodobniej krew. Na jej szyi widniał wisiorek, zakończony misternie zdobionym piórem. W samym jego sercu umiejscowiony był szlachetny kamień, rubin, w którego ciemnym kolorze, błyskały odbite płomyki ognia. Cały posąg był wykonany z nieznanego mi materiału. Ciemny, prawie czarny kryształ, błyszczał, wypolerowany przez mistrzów rzemieślników. Jego rozmiary były ogromne. Możliwe, że sięgał nawet dalej niż najwyższe widziane przeze mnie drzewo.

To co znajdowało się u stóp rzeźby wyjaśniało źródło woni, która wcześniej mnie zaskoczyła. Były to dwa wielkie baseny, w kształcie równych okręgów, zajmujących niemal połowę sali. Aż po brzegi wypełnione były rdzawą cieczą, o metalicznym zapachu – krwią. Do obu stóp posągu, które zanurzone były w szkarłatnym płynie, przymocowane były dwie pary żelaznych łańcuchów. Teraz spoczywały luźno, jednak bez trudu domyśliłam się, że służyły do tego by przytrzymywać osoby, skazane na ofiarę dla tego bóstwa.

Im dłużej wpatrywałam się w ten widok, tym coraz bardziej w moim jestestwie rodziło się niesmak i oburzenie. Nie mogłam zrozumieć jak można było pozwolić na tego rodzaju religię. Jednak wiedziałam jedno. Znajdowałam się w Mrocznym Sanktuarium.

niedziela, 10 czerwca 2012

Pierścień Czarnego Feniksa, Cz. X

[10.05.2012, HOTN]

          Rzuciłyśmy torby na kamienną posadzkę w opuszczonej jaskini. Luna na wszelki wypadek zabrała wszystkie swoje przybory, które w razie czego mogłyby się przydać, toteż musiałam jej pomóc w noszeniu pakunków. Mieszkający tu szaman zostawił cały swój dobytek na miejscu. Nie wiedziałyśmy co spowodowało tak szybkie jego odejście, jednakże nie narzekałyśmy.
          Dziewczyna zaczęła szperać między półkami, szukając odpowiedniej księgi, a ja tym czasem zmieniłam postać na zwierzęcą. Śledziłam spojrzeniem jej ruchy, czując podekscytowanie i lekkie zniecierpliwienie. Mój ogon zamiatał nerwowo po ziemi, podczas gdy ja zaczęłam uważniej przyglądać się otoczeniu.
          Zagracona jaskinia mogłaby sprawiać wrażenie przytulnej, gdyby nie to, że wionęło od niej pustką, opuszczeniem. Sterty książek na drewnianych regałach, a pomiędzy nimi poutykane fiolki z różnymi płynami bądź proszkami. Co rusz można było dostrzec jakąś czaszkę czy nawet cały szkielet jakiegoś drobniejszego zwierza. Gdzieś w głębi cichutko zaświergotały dzwoneczki, poruszone przez mocniejszy podmuch chłodnego wiatru. A wszystko to pokryte kurzem i pajęczynami. W powietrzu unosił się nieprzyjemny, zatęchły zapach, a wilgoć, która przez lata zbierała się w zagłębieniach skalnych wcale nie sprzyjała przechowywaniu stert papierzysk.
          Drgnęłam nagle, słysząc głos Luny. Podeszłam do niej i zajrzałam jej przez ramię na luźną kartkę, pokrytą starannym, zawiłym pismem. Niewiele rozumiałam z tego, co było tam napisane. Luu chyba wyczuła to, gdyż zaczęła czytać na głos.
          – Musi być wieczór, aby dzień nie zakłócał spokoju cienia. Nie może być gwiazdy na niebie, aby ona nie ukradła tajemnicy spowitej w tym piórze. Może ją wydobyć jedynie ogień. Jednak, gdy popiół i dym zatańczą razem, wskrzeszając to co przemilczane, musisz wypowiedzieć kilka słów, kładąc jednocześnie eliksir w sercu ognia…
          – Eliksir? – Przerwałam, przekrzywiając lekko łeb.
          Dziewczyna przytaknęła i wskazała palcem na mały rysunek z opisem w rogu.
          – Jest to eliksir pieczętujący.
          Westchnęłam cicho. Powoli zaczynałam mieć tego wszystkiego dosyć. Kiedy myślałam, że już koniec, nagle okazuje się, że pojawiają się kolejne komplikacje.
          – Zatem trzeba poszukać składników. – Mruknęłam z niezadowoleniem.
          Dziewczyna obróciła się do mnie i uśmiechnęła pokrzepiająco.
          – Nie martw się. Z tego co widzę, mam już wszystkie potrzebne składniki. Pozostaje nam się tylko modlić, aby warunki dopisały…
          Resztę czasu spędzałam na obserwowaniu poczynań Luny. Niewiele się na tym znałam, więc mogłam jedynie patrzeć i podawać jej rzeczy, o które prosiła. Obserwowałam uważnie jak mieli różnorodne zioła i inne rośliny, wypowiadając szybko słowa w nieznanym mi języku. Nawet nie próbowałam zgadywać co mówi. Zbyt dużo myśli kotłowało mi się w głowie. Ta całą wyprawa wydawała się być nierealna, a świat, w którym się obecnie znajdowałam oderwany od rzeczywistości.
          – Al, wszystko dobrze?
          Spojrzałam na nią i przytaknęłam. Przyglądała mi się przez chwilę, jakby upewniając, że nie oszukuję.
          – Podasz mi tamten woreczek? – Wskazała na brązowe zawiniątko leżące koło moich łap.           Wzięłam to ostrożnie do pyska i podeszłam, wypuszczając do otwartej dłoni dziewczyny. Uśmiechnęłam się słabo i wróciłam na swoje miejsce. Usiadłam, oplatając smukłe łapy ogonem.
          Czas mijał wyjątkowo niestabilnie. Przez chwilę wydawało mi się, że oglądam jak Luu przelewa wszystko do małego flakonika, a w następnej chwili obserwowałam, jak kończy usypywać krąg z soli. Wyprostowała się, masując obolałe plecy. W środku kręgu znajdował się mały stosik, który pewnie miał wkrótce stać się ogniskiem.
          – Pójdę sprawdzić jak wygląda dzisiejsza noc. – Głos dziewczyny wdarł się do mojej głowy.
          Wstałam i szybkim krokiem ruszyłam w kierunku wyjścia.
          – Czekaj. Ja sprawdzę. Ty odpocznij. Dużo się dzisiaj narobiłaś. – Rzuciłam szybko i wyszłam. Zatrzymałam się dopiero, gdy do nozdrzy doleciało świeże powietrze, a futro zafalowało lekko pod wpływem delikatnego podmuchu wiatru. Zamknęłam ślepia i wzięłam głębszy wdech, unosząc pysk w kierunku nieba. Chciałam, aby ta chwila zatrzymała się, pozwalając mi na chwil e wytchnienia. Oderwania się. Jednak czy nie lepiej już to zakończyć? Powoli otwierałam ślepia, jakby z obawą, że ujrzę niebo pełne gwiazd. Wypuściłam ze świstem powietrze, gdy ujrzałam jedynie ciemne chmury. Wydawało się, jakby niebo miało się zaraz zarwać i runąć na spowitą w mroku ziemię.
          Ociągając się, wróciłam do środka i przytaknęłam. Ostrożnie weszłam do kręgu, aby nie przerwać usypanych linii. Luna bez słowa wyciągnęła zapalniczkę i zapaliła stosik. Po jego dwóch stronach ułożyła kadzidełka, po czym spojrzała na mnie, a w jej jasnych oczach pojawił się dziwny błysk.
          – Gotowa? – Wymruczała cicho.
          Przytaknęłam w odpowiedzi, a na pyszczku pojawiło się napięcie.
          Luna wzięła pióro w dłonie i chwyciła notatki, w których spisała słowa rytuału. Uniosła dłoń nad ogień i obracając pióro w palcach zaczęła czytać. Wbiłam złote ślepia w jej dłoń. Obracające się pióro zaczynało dziwnie falować. Z każdą chwilą jego ruch wydawał się być coraz bardziej płynny, jednak i wolniejszy, jakby czas zmierzał do zatrzymania się. Zrozumiałam, że nie słyszę już słów dziewczyny. Umysł ograniczył się jedynie do tego małego przedmiotu. Nagle Luna zniżyła dłoń i wypuściła pióro. Chciałam krzyknąć, aby tego nie robiła, ale nie mogłam się ruszyć. Moje ciało zamarło, odcinając się od świadomości, w której zostałam zamknięta.
          Z ognia błysnęły iskry, a po pomieszczeniu rozległ się cichy syk. Patrzyłam jak w powietrze unosi się dym, dźwigający ze sobą resztki pióra skryte w popiele. Całość zaczynała się rozchodzić na boki i tworzyć dziwnego rodzaju obraz. Jakby niewyraźne sylwetki, starające się uformować swoje prawdziwe postacie. Jednak coś im to uniemożliwiało. Zerknęłam na Lunę, a w jej jasnych oczach ujrzałam odbicie siebie. Futro jakby pociemniało mimo ognia, który tańczył dziwną poświatą wokół mnie. Skulone lekko uszy przypominały rogi, a oczy płonęły swym płynnym złotem. Nie. Jedno z oczu różniło się. Demon – pomyślałam, jednak szybko odbiegłam od tej myśli. Nie mogłam tak o sobie myśleć. Nie tak… Zamrugałam kilkakrotnie, jednak dziewczyna już na mnie nie patrzyła. Sięgała po mały flakonik. Ponownie spojrzałam w górę, a wzdłuż kręgosłupa przeszył mnie dreszcz. Dym wydawał się formować szpony, wyciągane w kierunku mojego pyska. Starałam się cofnąć, ale nie mogłam. I wszystko nagle zawirowało. Kątem ślepia dostrzegłam unoszące się z ognia iskry. Usłyszałam cichy jęk i krzyk, ale nie był to głos Luny. Poczułam jak oczy zachodzą czernią, a ciało traci stabilność i upadam. Wyczułam na barku ciepły dotyk. Później nastała już tylko ciemność…

piątek, 20 kwietnia 2012

Pierścień Czarnego Feniksa, Cz. IX

[20.04.2012, HOTN]

          Delikatnie spłynęłam w dół, dotykając ziemi już wilczymi łapami. Bez dalszego zwlekania skierowałam się w stronę puszczy, a im bardziej oddalałam się od Sanktuarium, tym więcej wstępowało we mnie sił.
          Czując lekki niepokój, z wahaniem zanurzyłam się w cień wiekowych drzew, przemieszczając się powolnym truchtem po miękkiej ściółce leśnej. Mimo moich obaw, nie wyczułam tej dziwnej atmosfery, która omotała mnie podczas pierwszej wizyty w lesie.
          Podróż mijała mi powoli, jednakże bez żadnych przeszkód. W pewnym momencie, natknęłam się na cicho szemrzący strumień. Postawiłam uszy na sztorc i w kilku susach dopadłam do wodopoju. Wsadziłam całą głowę pod bieżący nurt, z rozkoszą obmywając pysk z brudu i pyłu.
          Podniosłam głowę, rozbryzgując na wszystkie strony lodowate kropelki cieczy. Zaczerpnęłam głęboko tchu, rozglądając się z nową energią po otoczeniu. W powietrzu czuć było wiosnę. Nowe życie dotarło nawet do tej zapomnianej krainy. Gdzie tylko nie spojrzeć, dało się dostrzec świeże pączki i kiełkujące, jasnozielone rośliny. Na tę krótką chwilę świat wydawał mi się po prostu piękny.
          Schyliłam się ponownie, by napić się wody, gdy wtem coś mi mignęło na pograniczu widnokręgu. Poderwałam gwałtownie głowę, wlepiając spojrzenie w przestrzeń obok mnie. Mimo, że przez dobre kilka minut wypatrywałam jakiegoś poruszenia, nie dostrzegłam nic, po za gęstą roślinnością.
          Westchnęłam ciężko, po raz kolejny wracając do strumienia i aż cała zesztywniałam, na widok, który się przede mną rozpościerał. Oniemiała, patrzyłam jak szczątki jelenia bez pośpiechu drepczą sobie w moją stronę, zatrzymując się co jakiś czas, by uskubać trochę trawy.
          Potrząsnęłam ostrożnie łbem, przymykając ślepia. Zmęczony umysł zaczynał płatać mi figle. Po chwili znów spojrzałam przed siebie. Jelenia nie było. Wmawiając sobie, że wytworów mojej wyobraźni nie należy się bać nachyliłam się, aby w końcu napić się wody. Zamarłam w połowie drogi, kiedy pomiędzy rozbłyskami słońca na tafli strumienia dostrzegłam szkielety ryb.
          Bardzo powoli pokręciłam głową i odsunęłam się od wodopoju. Pod nagłym przymusem, odwróciłam się, choć w głębi duszy wiedziałam, że nie ma tu nikogo oprócz mnie. Przecież bym usłyszała, gdyby ktoś…
          Myśl pozostała niedokończona, podczas gdy ciało zdawało się wrosnąć w ziemię. Wciągnęłam ze świstem powietrze przez nozdrza. Zamrugałam jeden raz. Drugi. Trzeci.
          Nic się nie zmieniło. Albo miałam niezwykle barwne halucynacje albo trafiłam na dzień duchów. Albo paradę zombie. No pięknie. Nie mogliby wybrać sobie jakiegoś innego dnia? Tylko akurat wtedy, kiedy, zmęczona i brudna, wracam sobie spokojnie do domu?
          Powiodłam zmęczonym wzrokiem dokoła. Oszalałam? Nie. Tak. Nie… niemożliwe. A jednak. Ponownie zamrugałam. I znów, nie mogłam przestać. Miałam wrażenie jakby w moje oko wbijały się setki, tysiące rozgrzanych do czerwoności igiełek.
          Zatoczyłam się na uginających się pode mną łapach i upadłam, prawie lądując pyskiem w strumieniu. Podciągnęłam się jeszcze parę centymetrów, czując nagła potrzebę zanurzenia łba w lodowatej cieczy. Byleby ugasić ten ból, rozchodzący się mroźnymi mackami od płonącego oka.
          Nachylając się nad wodą, zobaczyłam coś co kazało mi się zatrzymać. Złote ślepię utonęło w smolistej czerni, jakbym przejęła cechy własnego demona. Oszalałam. Oszalałam i pochłonie mnie mrok. Mrok, mrok… ciemna czerń wszędzie wokół. Światła zgasną jak na życzenie.
          Zawyłam dziko, drapiąc zawzięcie piekącą gałkę oczną. Niech to już się skończy. Przestań. Przestań. Przestań. Przestań. Przestań. Przestań. Przestań. Przestań. Przestań. Przestań. PRZESTAŃ BOLEĆ.
          Zapadła cisza. Ciężka i gęsta. Pełna napięcia i oczekiwania.
          …koniec?
          Tak.
          Ale czy na pewno?
          Po chwili wahania oderwałam drżące łapy od pyska. Mój urywany oddech powoli zaczął się wyrównywać. Wibrujące fale bólu malały wraz z odpływem, wracając do swojego źródła i z każdą sekundą coraz bardziej słabnąc, aż pozostało po nim jedynie ledwo zauważalne pulsowanie.
          Wydobywszy z siebie głębokie westchnienie, przymknęłam na chwilę oczy, by się uspokoić. Rozluźnić spięte do granic wytrzymałości mięśnie i uporządkować chaotycznie rozbiegane myśli. Po prostu na chwilę się wyciszyć, ignorując drażniące mrowienie na karku. Bo przecież nikt mnie nie obserwuje, prawda? Tego nie ma. Nie ma, nie może być i już. To tylko chora wyobraźnia i nic więcej…
          Unosząc powieki, wiedziałam, że moje słowa i tak nic nie zmienią, czułam to całą sobą. I miałam rację. Martwe, często już w stanie rozkłady półprzezroczyste sylwetki zwierząt panoszyło się spokojnie wśród poszycia leśnego, nie zwracając na mnie zbytniej uwagi. Co poniektóre przystawały czasami, odrywając się od swoich przyziemnych… czy raczej duchowych spraw, spoglądając na mnie z ciekawością. Zdawały się być nie świadomym tego, że chodzą z rozprutym brzuchem i ciągnącymi się za nimi wnętrznościami bądź też paradują bez połowy łba. No tak, w końcu kto by się tym przejął? Przecież to taka drobnostka…
          Pokręciłam głową, podnosząc się na równe łapy. Świat oszalał, ot co. Ewentualnie to tylko ja. Ale bez różnicy. Zbyt długo tu zamarudziłam, czas wracać do domu.
          Rzuciłam jeszcze raz spojrzeniem na taflę wody, z niejaką satysfakcją stwierdzając, że złoty blask moich tęczówek powrócił i ma się dobrze. Jedyne do czego mogłam mieć zastrzeżenia to drobne zadrapania widniejące wokół lewego oka. Ale nie szkodzi, zagoi się.
          A teraz… Ruszajmy.

niedziela, 8 kwietnia 2012

Pierścień Czarnego Feniksa, Cz. VIII

[8.04.2012, HOTN]

          Zaczerpnęłam gwałtownie tchu, otwierając z przerażeniem oczy i natychmiast tego pożałowałam. Ostre, białe światło zaatakowało mnie ze wszystkich stron, posyłając znów na posłanie. Położyłam się i zamknęłam oczy, jednocześnie zastanawiając się, gdzie się znalazłam. Ostatnim co pamiętałam był moment, kiedy znajdowałam się w ciemnym korytarzu, oświetlonym jedynie przez migoczące pochodnie…
          Toczyła się walka… Demon, ogromna czarna bestia. 
          Pióro… Prawie je miałam! 
          Ból. Żebra. Oko. Krew… 
          Gdzie ja jestem?!
          Poderwałam się jak oparzona. Moja klatka piersiowa podnosiła się i opadała pod ciężkim oddechem.  Rozejrzałam się zdenerwowana dokoła, szukając jakiegoś zagrożenia. Nic…
          Nie znajdowałam się już we wnętrzu Sanktuarium. Wylądowałam, jak mi się wydawało, na jego tyłach, skryta w nikłych zaroślach. Dookoła monstrualnej budowli znajdowała się fosa, upstrzona ostro zakończonymi skałami. 
          Na mojej wysokości kanał był dużo szerszy – z powodu znajdującej się na jego środku małej wysepki. Była gęsto obrośnięta iglakami, a z samego jej serca wyrastała nadgryziona przez czas kamienna wieża. Z kolei na niej, niewiadomym sposobem, rosło powyginane w upiorne kształty drzewo. Jego powykręcane, w bolesnych konwulsjach, konary były ogołocone z liści, dlatego bez większego problemu dostrzegłam na nim skupisko suchych gałęzi – olbrzymie gniazdo. A w nim zapewne ptak.
          I znów przed oczami przemknęły mi sceny z ostatnich wspomnień. Demon. Pióro… Pióro Czarnego Feniksa. Walka. Udało mi się go drasnąć i wtedy… Oko. Myślałam, że jest już stracona, jednakże nie, nadal widziałam. I kolejne ciosy… żebra. A mimo to, nic mnie nie bolało, byłam cała, w jednym kawałku. Ale… jak to możliwe?
          Wszystko mi się mieszało. Miałam mętlik w głowie. Nie rozumiałam tego co się stało. Wyszłam z krzaków, kierując swoje kroki ku wodzie. Stanęłam na brzegu i nachyliłam się nad taflą, spoglądając w swoje odbicie. Wyglądałam jak zwykle, może z tą różnicą, że moje futro było bardziej posklejane przez brud i kurz, a kosmyki sierści straciły swój dawny blask, tworząc poplątane kołtuny.
          Gwałtownie odskoczyłam do tyłu, kątem oka zauważając jakiś nagły ruch. W tym samym momencie z wody wystrzeliło jakieś stworzenie, kierując paszczę uzbrojoną w długie, haczykowate zęby, ku mojej twarzy. 
          Wpatrywałam się z szeroko otwartymi oczyma w to dziwne, węgorzowate stworzenie, które z mokrym plaskiem uderzyło o suchą, popękaną glebę. Łypnęło na mnie błękitnym, rybim ślepiem, po czym odepchnęło się od ziemi błoniastymi płetwami i zniknęło pod powierzchnią wody. 
          Wlepiłam zszokowane spojrzenie w kręgi rozchodzące się po ciemnej tafli kanału, po czym uniosłam wzrok na kamienną strażnicę. I jak ja miałam się tam dostać…?
          O. No tak. Przecież to takie proste. Wystarczy przelecieć…
          Zebrałam swoje cztery litery z ziemi i ponownie podeszłam do brzegu, tym razem uważając by nie zbliżać się zanadto. Trzeba było przyznać, że nie lubiłam korzystać z moich mocy… Głupi zwyczaj, którego zbyt uporczywie się trzymałam.
          Przymknęłam oczy i wciągnęła ze świstem powietrze przez nozdrza, „smakując” tutejszą aurę. Nie była ona przyjemna, ale było i tak lepiej niż we wnętrzu Sanktuarium. Poczułam jak moje futro zaczął nagle muskać delikatny wiatr. Zawirował wokół mnie, podrzucając luźne kosmyki włosów.
          Nagle moje łapy oderwały się od podłoża. Uniosłam powieki, a na moim pysku mimowolnie wyłonił się uśmiech. Byłam już metr nad powierzchnią… a teraz już dwa i nadal się wznosiłam. 
          Po krótkiej chwili, w ciągu której przypominałam sobie jak poruszać się bez twardej powierzchni pod sobą, znalazłam się po drugiej strony fosy, cała i bezpieczna. 
          Bez większych obaw zanurzyłam się w chłodny cień iglaków, porastających małą wysepkę. Nie natykając się na żadne problemy, dotarłam pod kamienny mur, co zaczęło wzbudzać moją podejrzliwość. Przez całą drogę nie natrafiłam na ani jedno żywe stworzenie. Żadnych ptaków, czy owadów. Cóż, pozostawało mieć nadzieję, że to nie był żaden zły znak…
          Czując jak ciążą mi łapy, zmusiłam się do przejścia przez ciemną dziurę, jaka pozostała po zgniłych, drewnianych odrzwiach, zanurzając się w zatęchły mrok baszty. Zimne macki ciemności przyjęły mnie ochoczo, a w moim umyśle rozbrzmiał dźwięk zamykanych za mną z hukiem wrót. 
          Unosząc pysk ku górze, skąd przez nikłe szczeliny wsiąkały strumienie światła, powoli wspinałam się po popękanych schodach. Nieraz musiałam przeskakiwać nad ogromnymi wyrwami w kamieniu, bądź też leżącymi na drodze przeszkodami. W końcu jednak po długiej wspinaczce udało mi się dotrzeć na najwyższe piętro. 
          Niestety na mojej drodze stanęła mi drabina. Przyglądałam jej się przez kilka dobrych minut, zastanawiając się nad rozwiązaniem. Wszystko by było proste, gdyby nie to, że na jej końcu trzeba było podważyć drewnianą klapę. Nie mogłam tego zrobić, pod postacią wilczycy, jednak…
          Transformacja trwała krótko, nie przebiegała ona tak jak u wilkołaków, ponieważ działała pod wpływem zaklęcia. Mimo wszystko, była ona bolesna, toteż wyprostowując się, już na dwóch kończynach, przeciągnęłam się z cichym jękiem, rozmasowując obolałe mięśnie. 
          Odgarnęłam ciemne pasma włosów z twarzy i chwyciłam rękoma szczeble drabinki. Podciągnęłam się i już po chwili byłam przy włazie. Wyposażony był w uchwyt, więc bez trudu uchyliłam klapę i ponownie wyjrzałam na światło dzienne.
          Pierwsze co zrobiłam, po wydostaniu się z wylotu, było dopadnięcie do  niskiego murku, ogradzającego brzegi strażnicy. Z ciekawością rozejrzałam się po okolicy, osłaniając oczy dłonią, od jaskrawego słońca. Tutejsza ziemia była wyschnięta, upstrzona gdzieniegdzie powykręcanymi, karłowatymi roślinami. Dalej rozpościerał się las, zapewne ten, w który się zagłębiłam jeszcze na początku mojej podróży. 
          Zamyślona, odwróciłam się, siadając na kamiennej barierze i powiodłam wzrokiem po chropowatym pniu drzewa. Korzenie przebiły się przez podłoże, oplatając wieżę ze wszystkich stron. 
          Mając za sobą lata praktyki sprawnie wdrapałam się po roślinie, wykorzystując nierówną powierzchnię kory. Zanurzyłam się w stercie patyków, rozpychając kujące gałązki na boki. Z trudem udało mi się przedrzeć przez tą zbitą masę, zarabiając przy okazji mnóstwo piekących zadrapań. 
          Kiedy udało mi się już swobodnie usiąść i wytrząsnąć z włosów wszystkie liście, poczułam jak na moje ręce występuje gęsia skórka. Zamarłam na chwilę, nie mogąc się pozbyć usilnego uczucia, że ktoś mnie obserwuje. Bardzo powoli uniosłam głowę, by moim oczom ukazał się ogromny, majestatyczny ptak. Przyglądał się mi, tymi swoimi małymi, bystrymi oczkami, sprawiając wrażenie, jakby zaciekawionego, ale jednocześnie zirytowanego obecnością intruza. W jego czarnych piórach, odbijały się ciepłe refleksy, nadając mu dostojny, wręcz królewski wygląd. 
          Wpatrywałam się w niego oniemiała, podziwiając szlachetne rysy i długi, zdobiony ogon. Zaczerpnęłam gwałtownie tchu, gdy nagle dostrzegłam na jego smukłej głowie, małe, samotne piórko, na którego powierzchni wyraźnie rysował się złocisty pierścień.
          Zrobiłam niemal świadomy wysiłek, wypuszczając ze świstem powietrze przez wargi. Nie wykonując żadnych gwałtownych ruchów podniosłam się do pozycji stojącej, wciąż nie odrywając oczu od ptaka. Skłoniłam się mu, uginając nogi w kolanach, by w końcu przywitać się z tym niesamowitym stworzeniem jak należy.
          – Witaj, i proszę wybacz mi to nagłe wtargnięcie do Twojego domu. – Zaczęłam, spoglądając na niego przepraszająco. Otworzyłam usta, by kontynuować, jednakże zawahałam się, mając wrażenie, że smolistopióry mnie nie słucha.
          Uniósł drobną głowę, kierując spojrzenie ku błękitnym przestworzom, teraz zasnutych przez szarawe pasma chmur. Zaraz potem wydał z siebie przeszywający serce krzyk, rozpostarł potężne skrzydła, łomocząc nimi w powietrzu. Jedno z nich trafiło mnie w bok, posyłając w kąt gniazda. 
          Podpierając się nad przedramionach z cichym jękiem podniosłam głowę, by ujrzeć jak szlachetne zwierzę staje w płomieniach. Tańczące języki ognia pełzły w górę z zawrotną prędkością i już chwilę później objęły jego sylwetkę, zamykając się nad nim i pochłaniając w całości.
          Nim jeszcze zdążyłam ochłonąć ogień zaczął gasnąć, pozostawiając po sobie jedynie kupkę popiołu. Nie ufając swoim nogom, na czworakach podpełzłam do miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą spokojnie siedziało rozwiązanie mojego zadania.
          Uniosłam drżącą rękę, opuszkami palców dotykając szarego pyłu, jednocześnie dostrzegając niewielkie poparzenia na skórze. Na krótką chwilę odwróciły one moją uwagę od stosu, a kiedy wróciłam do niego spojrzeniem, z wrażenia aż zabrakło mi tchu.
          Drobiny szarego proszku rozsypywały się na boki, ustępując miejsca malutkiej nieopierzonej główce. Pisklę wydało z siebie wysoki dźwięk, rozwierając szeroko dziób. Wyglądało na to, że jest najzwyczajniej w świecie głodne.
          Uśmiechnęłam się delikatnie do malca, podczas gdy w mojej głowie panował chaos. To było tak niewiarygodne, że aż sama nie byłam pewna, czy przypadkiem nie śnię. Byłam świadkiem narodzin feniksa!
          Westchnęłam ciężko, chcąc już się zbierać, gdy wtem dostrzegłam niewielkie, połyskujące piórko. Oczy mi rozbłysły i czując jak łomocze mi serce, powoli podeszłam do znaleziska. 
          Bardzo ostrożnie uniosłam w dłoniach swój mały skarb, szczerząc się przy tym jak głupia. Wyjęłam z kieszeni rzemyk i obwiązałam go dokoła Dutki, upewniając się przy tym, czy piórko nie wypadnie przy mocniejszym podmuchu. Gdy wszystko było gotowe, zawiesiłam rzemyk na szyi i odwróciłam się ponownie do ptaka.
          Kucnęłam przed nim, spoglądając mu prosto w oczy.
          – Dziękuję. – wyszeptałam, skłaniając przed maluchem głowę. – Miło mi było Cię poznać, feniksie.
          Mówiąc to, wyprostowałam się i w kilku krokach znalazłam się na brzegu gniazda. Spojrzałam za siebie, na Mroczne Sanktuarium, a po moim ciele przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Odwróciłam się szybko, kierując spojrzenie przed siebie, na fosę, puszczę i dalej, na horyzont, za którym znajdował się mój dom.

niedziela, 11 marca 2012

Pierścień Czarnego Feniksa, cz. VII

[11.03.2012, HOTN]

          Teraz.
          Uda mi się…
          Biegłam tak szybko, że moje łapy ledwie dotykały podłoża. Mknęłam, muskając kamienną posadzkę jedynie opuszkami łap. Wszystko się wokół mnie zamazywało. Tworzyło nieokreśloną plamę, skupiającą się bezpośrednio przede mną. Wiatr, spowodowany pędem, czesał palcami moje futro. Gładził policzki i wyciskał łzy z oczu. A ja biegłam, ze wszystkich sił, jakie jeszcze drzemały w moim ciele. I jeszcze szybciej. Niczym uskrzydlona, niepokonana…
          A wszystko za sprawą nagłego podmuchu świeżego powietrza. To mogło oznaczać wolność. W końcu mogłam wydostać się z tego labiryntu. Każdy krok przybliżał mnie do wyjścia. Wystarczyło jeszcze tylko chwilę wytrzymać. Jeszcze tylko moment…
          Przy kolejnym długim susie moim ciałem nagle coś szarpnęło. Z niesamowitą siłą zostałam posłana na przeciwległą ścianę. Z głuchym odgłosem uderzyłam o twardy kamień i osunęłam się na ziemię z cichym jękiem. Potrząsnęłam głową, pozbywając się sprzed oczu czarnych plamek. Jeszcze przez chwilę cały świat wirował wokół mnie, aż w końcu podłoga przestała uciekać mi spod łap i mogłam podnieść się na równe łapy.
          Drżąc na całym ciele, rozejrzałam się dokoła, szukając wzrokiem jakiegokolwiek zagrożenia. Przeczesałam wzrokiem wszystkie ściany oraz obydwie strony długiego korytarza, jednakże nic nie dostrzegłam. A przecież napastnik nie miał gdzie się ukryć. Z uczuciem narastając paniki, chciałam już ruszać dalej, kiedy nagle coś przyszpiliło mnie do ziemi. Drwiący, sykliwy szept.
          – Na górze, psinko.
          Nim zdążyłam jakkolwiek zareagować, smoliście czarna smuga mgły spłynęła z sufitu, formując się na moich oczach. Sekundę później znów leżałam na ziemi, przygnieciona potężnym ciosem, a po korytarzu poniósł się złośliwy rechot napastnika.
          Z trudem podźwignęłam się do pozycji stojącej i łypnęłam spode łba na wrogą istotę. Tym razem nie uciekła po ataku. Wręcz przeciwnie. Moim oczom ukazała się sylwetka wilkopodobnego stworzenia. Miało około dwóch metrów w kłębie. Jego sierść była czarna jak smoła, z wyjątkiem białego iksa znajdującego się centralnie na pysku i przechodzącego przez dwoje płomiennych oczu. Płynnymi, kocimi ruchami przeszedł kilka kroków po niewidzialnym zarysie okręgu, wlepiając we mnie płonące ślepia. Jego czarny ogon snuł się za nim, pozostawiając po sobie ciemne opary dymu. Warknął przeciągle, ukazując przy tym rząd białych ostrych kłów. Przy każdym kroku stukał cicho wielkimi szponami o kamienną posadzkę.
          Sapnęłam, nagle dostrzegając na jego szyi rzemyk zakończony czarnym, połyskującym piórkiem, na którym wyraźnie rysował się pierścień w jaskrawo-rudym odcieniu. To było to czego szukałam, to po co tu przyszłam.
          I znów rozległ się ten rechotliwy śmiech. Zesztywniałam, odruchowo napinając mięśnie i jeżąc sierść na karku. Czy miałam jakiekolwiek szanse z tym stworzeniem? A jeśli nie czy dam radę uciec? Szanse były zapewne marne zarówno na jedno jak i na drugie. Ale nie mogłam się w tej chwili poddać. Cała moja wyprawa mogła zależeć od tej właśnie chwili.
          Zaczęliśmy krążyć po niewielkim okręgu jaki wyznaczała średnica tunelu. W oczach bestii wyraźnie widać było politowanie, podczas gdy ja starałam się złapać na czasie. Gorączkowo obmyślałam strategię, szukając wszystkich swoich atutów, które mogłabym wykorzystać w walce, lecz w porównaniu z takim przeciwnikiem nie znalazło się ich zbyt wiele. Ale nieważne.
          Zamiotłam po ziemi długim, puszystym ogonem, wzniecając w powietrze tumany zaległego kurzu, podsycając jeszcze dodatkowo obłok powietrzem, tak by choć na ułamek sekundy zaskoczył przeciwnika. Niemal w tym samym momencie, skrywana przez chmurę pyłu, zanurkowałam pomiędzy potężnymi łapami demona. Zawirowałam pomiędzy kończynami, wypryskując spod klatki piersiowej i kłapiąc zębami tuż przy jej szyi.
          W jednym momencie znalazł się kilka metrów dalej, mrużąc ślepia, najwyraźniej zaintrygowany tym nagłym atakiem. Jednakże moim celem wcale nie było, tak jak się spodziewał, zranienie go, a zerwanie talizmanu. Chybiłam.
          Zerwałam się, z miejsca, ponownie skacząc w jego stronę, jednakże, monstrum nawet nie drgnęło. W ostatniej sekundzie orientując się co się co się stanie, z przerażeniem próbowałam jeszcze wyhamować, jednakże na próżno. Wbiegłam na niego z całym swoim impetem i próbując jakoś uratować sytuację, zaplątałam się o długie kończyny bestii i wyrżnęłam się na kamienną posadzkę, wydobywając z siebie cichy pisk.
          Ciężko dysząc, oderwałam się od podłogi i zrozpaczona skierowałam spojrzenie ku czarnej jak smoła istocie. Rozwarła pysk, w dzikim, zadowolonym uśmiechu. Jej oczy błyszczały najprawdziwszym podnieceniem. Skoczyła.
          Nie byłam pewna co najpierw poczułam, trzask łamanych żeber, czy  może raczej rozlewającą się po całym ciele falę bólu? Może jednak naszły jednocześnie – a zaraz po nich korytarz wypełnił bolesny skowyt.
          Biorąc płytki urywane oddechy z trudem podźwignęłam się z powrotem, patrząc jak demon cierpliwie obserwuje moje zmagania, przechylając nieznacznie łeb, niczym zaciekawiony szczeniak. Zacisnęłam z całej siły kły, starając się zapomnieć o bólu. Ale nie dało się, kłucie rozchodziło się po całym ciele, przez cały czas, bez przerwy.
          Nadeszła. Zacisnęła olbrzymie kły na mojej lewej łapie, bez najmniejszego trudu łamiąc kość w kilku miejscach. W pierwszym moim odruchu szarpnęłam się, jednakże to tylko spotęgowało paraliżujący ból. Ale nie, nie mogłam tak po prostu zostać pokonana. Musiałam się bronić. Jakkolwiek.
          Zebrawszy w sobie wszystkie pozostałe mi siły, ostatnim wysiłkiem doskoczyłam do pyska monstrum, zaciskając na nim swoje małe, lecz niezwykle ostre kiełki. Zaskoczony demon pisnął jak jakiś niedoświadczony młodziak i wyszarpnął się z mojego uścisku, tryskając mi w oczy atramentową posoką.
          Podniosłam łapę do oka, chcąc wytrzeć piekącą ciecz z twarzy, jednakże moje zabiegi jedynie pogorszyły całą sprawę, gdyż jedynie wtarłam głębiej lepką substancję. Obraz zaczął mi się zamazywać, czułam, że tracę zmysły. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa, nie  byłam już dłużej wstanie walczyć. Upadłam.

***
          Każdy oddech oznaczał ból przeszywający mnie na wskroś, jakby miliony igiełek wbijało się w moje ciało. Wyglądało na to, że miałam połamane żebra. Nie mogłam oddychać, z każdą chwilą mój oddech stawał się krótszy, coraz bardziej urywany. Zaczynało brakować mi tlenu.
          Rozmazana plama, którą miałam przed oczyma, zaczęła pokrywać się rozbieganymi, czarnymi mrówkami.
          Zaraz? Mrówki? Ale skąd…?
          Ostatnim co zarejestrowałam, nim mój umysł zalazła wzburzona fala ciemności, był odległy, świszczący chichot…

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Pierścień Czarnego Feniksa, cz. VI

[16.01.2012, HOTN]


          .Muzyka.

          Tik… Tak… Tik, tak… Tak, tik… Tik…
          Tykanie zegara rozchodziło się drżącym echem po kamiennych ścianach korytarza. Rozbrzmiewało w powietrzu, wybijane przez rytm moich łap.
          Stuk… puk… stuk, stuk, puk, stuk… stuku puk…
          Cichutko podchodzą gdy zapada zmrok…
          Pochodnia zafalowała pod wpływem lodowatego podmuchu, po czym zgasła, w momencie kiedy ją mijałam, a wraz z nią zniknął towarzyszący mi migotliwy cień.
          Stuk, puk… stuku puk…
          To już nie pierwszy raz. Same decydowały, która z nich ma zakończyć swój żywot. Wystarczyło ją… minąć.
          Zatrzymałam się, kiedy moje przednie łapy natrafiły na próg. Podniosłam głowę, kierując zmęczone oczy na rozpościerającą się przede mną komnatę. Nie różniącą się niczym od wielu poprzednich, na które natrafiałam. Ruszyłam dalej.
          Stuk, puk… Stuku puk… Mlask.

[ Muzyka: STOP ]

          .Muzyka.

          Zamarłam, spuszczając wzrok na podłogę. Obserwowała mnie para złotych, świecących w półmroku ślepi, okolona czarną burzą, wijących się macek.
          Ach… to ja.
          Powiodłam uważniej spojrzeniem po sali, dopiero teraz dostrzegając, że kafelkowaną posadzkę pokrywa cienka warstwa wody.
          Wzdrygnęłam się, mając wrażenie, że dostrzegam w odbiciu czyjąś sylwetkę. Potrząsnęłam łbem, to było niemożliwe, nikogo oprócz mnie tu nie było. Jednakże, jak pod wpływem czarodziejskiej różdżki, moje ciało drgnęło, po czym ruszyło ku migoczącemu odbiciu, z cichym pluskiem łap.
          Zmrużyłam ślepia, nie rozumiejąc tego co widzę. Ale ewidentnie pod powierzchnią wody, jakkolwiek absurdalnie by to brzmiało, widniała sylwetka jakiegoś stworzenia. Jego jasne patrzałki były szeroko rozwarte, zwrócone ku górze, w moją stronę, w wyrazie paniki.
          Cofnęłam się gwałtownie, kiedy nagle potężne kocie łapy, uderzyły, od strony czarno białej szachownicy, w barierę jaką stanowiła powierzchnia wody. Przerażona, patrzyłam jak miota się, uderzając kończynami o przezroczystą ścianę, desperacko próbując się uwolnić.
          Po chwili całkowitego otępienia doskoczyłam do niej i zaczęłam drapać w kafelki. Jednakże nic to nie dawało. Bezradnie patrzyłam, jak życie w jej oczach powoli przygasa, aż w końcu całkowicie zanika, a jej ciało zaczyna się oddalać, jakby tonąc w chłodnych odmętach cierpienia…
          – NIE! – wrzasnęłam histerycznie, próbując ją jeszcze złapać, jakimś cudem przebić się przez podłogę… Zrobić cokolwiek by jej pomóc. Przecież nie mogła tak po prostu zniknąć.
          Kręciłam z niedowierzaniem łbem, czując jak łzy gęstym strumieniem płyną mi z oczu. Znałam te waniliowe ślepia, czekoladowe łaty, mglisty ogon, znak Psi na lewej nodze…
          – Nie, nie nie… – Zaczęłam mamrotać do siebie, tępo wpatrując się w przestrzeń przed sobą. – To musi być kolejna iluzja. Sztuczka, by mnie spowolnić, oszukać…
          Podskoczyłam, z dzikim wrzaskiem, kiedy w podłogę obok mnie coś uderzyło. Z szaleńczo bijącym sercem, odsunęłam się w panice kilka kroków, ślizgając się na mokrej powierzchni. 
          Za moimi plecami rozległ się przytłumiony trzask. Kolejne ciało, kolejna żywa istota, uwięziona pod lodem. Roztrzęsiona powiodłam spojrzeniem dokoła, jednakże wszędzie natrafiałam jedynie na śmierć.
          Nie, nie nie, to nie mogło się tak skończyć. Poderwałam się na równe nogi i skoczyłam ku pierwszej wilczycy, w której rozpoznałam Jennę. Rozszerzyłam z przerażeniem oczy, po czym bez chwili zastanowienia uderzyłam, z całą swoją siłą, łapami w przezroczystą barierę. Mroźne kropelki cieczy uderzyły mnie po twarzy, jednakże nic innego się nie wydarzyło. Łkałam w duchu, nie dopuszczając do siebie myśli, że mogę stracić kolejną bliską mi osobę.
          Nagle przerwałam moje bezowocne próby, odwracając się powoli. Nim jeszcze uniosłam oczy,  w podświadomości wiedziałam co ujrzę. Twarze bliskich mi osób błyskające ku mnie oskarżycielsko, z wyrzutem, w ich zbolałych oczach.
          Ponieważ nieważne jak bardzo się starałam, nie potrafiłam im pomóc…

środa, 28 grudnia 2011

Pierścień Czarnego Feniksa Cz. V

[28.12.2011, HOTN]

Leżałam znów w pustym korytarzu, a jedynym słyszalnym dźwiękiem był mój ciężki oddech rozchodzący się echem wśród kamiennych ścian. Wstałam chwiejnie i bez dalszej zwłoki ruszyłam dalej. Po krótkiej chwili zorientowałam się, że znajduję się w innej części labiryntu. Cóż…trudno i tak nie robiło mi to większej różnicy.
***

Oderwałam poduszki łap od podłoża z lepkim cmoknięciem, po czym przy kolejnym kroku znów zanurzyłam je w gęstej,rdzawej cieczy rozlewającej się po kamiennych kafelkach. Moim ciałem wstrząsnął dreszcz. Cisza się nasilała, przerywana jedynie chlupotem krwi i moim ciężkim oddechem. Po pewnym czasie w jej nasileniu wyłapałam cichy dźwięk. Kap. Cisza. Kap. Kap. Parsknęłam z oburzenie, kiedy kropla krwi rozbiła się na moim wilgotnym nosie. Kap.  Kap.  Kap…

Zatrzymałam się. Powoli, jakby z wahaniem, uniosłam łeb ku górze. Ugięły się pode mną łapy, a z pyska wyrwało się ciche jęknięcie. Setki, tysiące, może miliony martwych ciał. Ludzkich,zwierzęcych… Obdartych ze skóry, ociekających własną krwią.  Kap.  Kap. Kap…

Poczułam, że zbiera mi się na mdłości.Opuściłam głowę, jednak mój wzrok padł na szkarłatne jezioro, w którym odbijała się podniebna masakra. Zacisnęłam ślepia, modląc się o utratę zmysłu węchu. Ostry,metaliczny zapach, wymieszany z odorem rozkładu wwiercał się w moje nozdrza z zabójczą siłą. Warknęłam wściekle, zirytowana swoją słabością.

Nim ucichł ten odgłos, po komnacie rozległ się tubalny dźwięk, przywodzący na myśl spadające głazy. Gdy wszystko ucichło znów usłyszałam kapanie. I szum… Pędzący, z zawrotną prędkością, potok krwi podciął mi łapy. Runęłam z krzykiem, tracąc równowagę, a prąd poniósł moje ciało. Rdzawa ciecz była wszędzie. Nic nie widziałam. Nie mogłam oddychać. Poczułam, że odpływam. Straciłam przytomność…


***

            Krzyknęłam, ryjąc pazurami po miękkiej skórze na pysku. Mój wrzask potoczył się echem,płynąc z zawrotną prędkością po labiryncie zdradzieckich korytarzy, by powrócić do mych uszu i zamienić się na kolejną falę niewysłowionego bólu, którego nie sposób było wyrazić inaczej, niż jedynie przez ten właśnie krzyk. Do zaciśniętych oczu cisnęły się słone łzy. Płynęły swobodnie po policzkach,mocząc ciemne futro i mieszając się ze szkarłatem krwi.

            Zatoczyłam się na ścianę, przewalając się na bok, po czym jak w spazmie, gwałtownie zwijając się w kłębek. Moim drobnym ciałem wstrząsnęły drgawki.

Jeszcze raz.

I nagle wszystko ustało.

Zamilkłam. W zastałej ciszy mój chrapliwy oddech brzmiał niezwykle głośno. Jednak zaraz i on ucichł.

Powoli, jakby bojąc się każdego gwałtownego ruchu, poluzowałam uścisk łap, które bezwładnie osunęły się na posadzkę. Zmusiłam się do rozluźnienia szczęk. W następnej kolejności poszły wszystkie mięśnie. Wsłuchałam się w siebie z pewnym wahaniem. Wyglądało na to, że wszystko było już w porządku…
***
Ocknęłam się, leżąc pod jedną ze ścian tunelu. Migotliwy płomień pochodni rzucał powykrzywiane cienie na kamienne ściany. Zadrżałam, z wysiłkiem prostując kończyny i podnosząc się do pozycji stojącej. Czułam, że coś mi umknęło, coś bardzo ważnego. Cała byłam poobijana, a moje ciało nadal drżało, jakby po biegu maratońskim.
Potrząsnęłam głową. Nie teraz. To nie miało znaczenia. Musiałam iść dalej…

poniedziałek, 21 listopada 2011

Pierścień Czarnego Feniksa Cz. IV

[21 listopada 2011, HOTN]

            Drewniane wrota, wykończone żeliwnymi okuciami, zatrzasnęły się za mną z hukiem. Tubalny odgłos rozbrzmiał w powietrzu, by stopniowo wygasnąć i przemienić się w ciszę,z której wyłonił się cichy stukot pazurów, po śliskiej posadzce, wybijający rytm moich niepewnych kroków. Szłam w jednym możliwym kierunku, prosto przed siebie. Zmrużyłam powieki, by uchronić się przed jaskrawym światłem rzucanym przez nietypowe ściany.  

            Sunęłam korytarzem, starając się uporządkować wirujące myśli. Zagłębiałam się coraz bardziej w ten dziwny labirynt, wybierając na oślep drogę, skręcając w różne odgałęzienia, cz y też kierując się ku znikąd pojawiającym się schodom.

            Zatraciłam się we własnym wnętrzu, gdy wtem poczułam, że coś jest nie tak. Zatrzepotałam powiekami, chcąc pozbyć się niespodziewanych halucynacji majaczących mi przed oczami. Jednak to nie pomogło. Powietrze przede mną falowało, wprawiając w ruch niebieskawy obłoczek dymu. Pod wpływem nagłego przeczucia zerknęłam w tył i poczułam jak wewnątrz mnie powoli narasta ściśnięta gula. Zaledwie metr za mną ziała czarna, bezdenna czeluść, od której aż zionęło upiorną nicością.Pospiesznie odwróciłam wzrok, kładąc po sobie długie uszy. Jednak tam czekała na mnie kolejna niespodzianka. Dopiero co niewyraźne opary w mgnieniu oka zaczynały nabierać kształtów i barw. Już po chwili wypełniały całą przestrzeń korytarza, przysłaniając mi widok na marmurowe ściany. Obraz rozciągnięty przede mną zadziwiająco dobrze odzwierciedlał rzeczywistość. Jedynie białe,rozmywające się opary, widoczne kątem oka, zdradzały o fałszywości tego nierealnego świata.

            W podziwianiu iluzji przeszkodził mi mrożący krew w żyłach, lodowaty podmuch nieznanego czającego się za mymi plecami, zmuszając do ponownego odwrócenia się. Mała fala dreszczy przebiegła przez całe moje ciało, poczynając od czubka nosa, a kończąc na końcówce ogona. Ciemność otchłani była znacznie bliżej niż kilka minut temu, wyciągając swe chciwe macki w moją stronę. Odruchowo przesunęłam się o parę kroków, byle dalej od tej mrocznej przestrzeni. Bałam się myśleć jak by się to skończyło, gdyby udało jej się mnie pochłonąć.Bezsprzecznie kojarzyła mi się z pustymi ślepiami Sanetille, dopełniając moją coraz to bardziej rosnącą niechęć do niej. Wyglądało na to, że pozostało mi tylko jedno wyjście, musiałam iść dalej. Łapy z niechęcią oderwały się od zimnej posadzki, zagłębiając w sielankowy krajobraz – być może kolejną pułapkę,jeszcze gorszą, od tej czyhającej za moimi plecami.

            Ku mojemu zdumieniu, poduszkami łap, natrafiłam na miękką ziemię i soczyście zieloną trawę. Na skórze poczułam ciepłe promienie słońca, a w nozdrza z[przyjemnością wciągnęłam zapach świeżego powietrza. Po zatęchłej woni sanktuarium, ledwie zauważyłam jak jest tu parno. Rozglądałam się wciąż dookoła, nie mogąc się nadziwić. Gdybym nie zdawała sobie sprawy, z tego, że otacza mnie iluzja, pewnie nigdy nie zorientowałabym się w prawdzie.

            W tym momencie dostrzegłam kocią sylwetkę, majaczącą wśród wysokich traw. Była to biała lwica, zmierzająca niespiesznym truchtem w sobie tylko znanym kierunku.Drgnęłam uradowana, stawiając uszy na sztorc. W końcu spotkałam jakąś żywą istotę. Może nawet mającą informacje na temat tego miejsca.

            Już chciałam do niej podbiec, kiedy samica podniosła głowę, kierując przyjazne,błękitne oczy w moją stronę. Zamarłam bez ruchu, czując jakby zmroziło mi wnętrzności. Nagle wszystkie obrazy nabrały ostrości, szczegóły wskoczyły na swoje miejsce, uzupełniając brakujące elementu układanki. W jednej chwili wszystko nabrało sensu. A może właśnie go straciło?

Z sensem, czy też bez niego, wyjaśniło się towarzyszące mi przez ten cały czas uczucie. Zadrżałam z trwogą. Bardzo dobrze znałam to miejsce. Niegdyś spenetrowałam każdy zakątek pobliskiej dżungli, jak i rozległej sawanny. To właśnie tutaj trafiłam po moim przebudzeniu, zlękniona i zdezorientowana. Tu znajdował się mój pierwszy,prawdziwy dom.

            -Hej, ty! Stój! – Usłyszałam dźwięczny głos samicy, dużo bliżej niż mogłam się tego spodziewać. Soraya wciąż patrzyła wprost na mnie. Nie zrozumiałam,przecież stałam…

- Co robisz na terenach Stada Lwów Jedności?

- Ja? – Zadałyśmy to pytanie jednocześnie. Głos docierający zza moich pleców wydawał się dziwnie znajomy.

Odwróciłam się niepewnie, odsuwając się kilka korków w bok, kątem oka zauważając, że biała wcale nie  podążyła za mną wzrokiem, a wciąż wpatrywała się w ten sam punkt. W końcu i ja podążyłam spojrzeniem w tym kierunku, by spojrzeć na młodą lwicę o srebrzystej sierści i jasnobrązowej, mahoniowej grzywce. Mimo, że w głębi duszy domyślałam się co mogę ujrzeć, widok ten sprawił, że zachwiały się pode mną łapy. Byłam świadkiem zdarzenia sprzed tylu lat! Spoglądałam na dużo młodszą wersję samej siebie, która wydawała się tak samo żywa jak ja w tej chwili… Potrząsnęłam gwałtownie głową, wprawiając w ruch długie kosmyki ciemnych włosów. Jeśli tak dalej miało to wyglądać, to mogłabym się założyć, że oszaleję. Błądziłam niewidomym wzrokiem po okolicy. Głosy dwóch lwic dobiegały do mnie przytłumione, jakby zza szklanej ściany. Nie wiedziałam co się działo, to wszystko nie miało dla mnie najmniejszego sensu…

W ciągu ułamka sekundy wszystko się zmieniło. Niespodziewanie obrazy zawirowały. Ziemia uciekła mi spod łap,zamieniając się miejscami z nieboskłonem i pierzastymi chmurami. Drzewa i krzewy wyciągnęły się w szerz, a następnie w pionie, tracąc pierwotną formę  i zaczęły się zlewać z pozostałymi zjawiskami w bezkształtną, nieokreśloną masę. Coś szarpnęło moim ciałem, porywając wraz z całą resztą. Krzyknęłam, na moment zamykając ślepia, a kiedy ponownie uniosłam powieki, przed oczami mignęły mi kolejne wizje, co rusz wciągane przez szaleńczy wir, wymieniając się z innymi obrazami.

Masywna, jak na samicę, lwica o bystrym spojrzeniu i jasnej, płowej sierści – Afra, przywódczyni stada. Jej sylwetka rozmyła się, by po chwili na nowo uformować się w kształt kolejnej osoby, tym razem Rubi, o niebieskiej sierści i zwariowanych iskierkach w oczach. Zrywa przedziwny owoc z drzewa rosnącego w innym wymiarze, do którego wspólnie znalazłyśmy przejście. Udaje, że się nim zatruła, przyprowadzając mnie o zawroty głowy. I gdyby obraz utrzymał się trochę dłużej, ujrzałabym zapewne jak tarza się po ziemi, naśmiewając się ze mnie do rozpuku.

Śmiechy. Głośne rozmowy. Impreza. Płowy lew zjeżdżający po wodospadzie, na kawałku drewna, niczym na desce surfingowej.

I znów zmiana. Dwa lwiątka bawiące się ze sobą. Białe i czarne. Roy i Bree. W następnej scenie już jako nastolatki,posyłające sobie zakochane spojrzenia.

Na chwilę wszystko się rozmazało, po czym znów nabrało ostrości. Biegniemy całą grupą. Wszyscy poszliśmy, aby pomóc Mariah, lwicy, która została porwana.

Afra informuje o zamknięciu Stada.

I koniec. Cisza.

czwartek, 30 czerwca 2011

Pierścień Czarnego Feniksa cz. II

[30.05.2011, HOTN]
            Przez otaczające mnie ciężkie zasłony mgły, z trudem przedostał się nieprzyjemny, drażniący bębenki chrobot.Poruszyłam się nieznacznie, układając się wygodniej i zatapiając się w przytulnym, gęstym mroku, oblepiającym moją ociężałą świadomość. Ze wszystkich sił starałam się ignorować ciche przeczucie, które zrodziło się na obrzeżach mojego umysłu, że już czas przerwać tę sielankę. Jednak, ani trochę, nie miałam ochoty opuszczać tak błogiego stanu.

            Podniosłam gwałtownie łeb, a wraz z tym ruchem odpłynęło całe towarzyszące mi ciepło.Grzmotnęłam wierzchem czaszki o coś twardego i aż syknęłam z bólu. Wyskoczyłam z zagłębienia, w którym się znajdowałam i otrząsnęłam się. Skrzywiłam się przy tym nieznacznie, czując delikatny ból w klatce piersiowej. Ziewnęłam szeroko,po czym przeciągnęłam się ostrożnie, wyciągając łapy i wyginając z rozkoszą grzbiet. Mlasnęłam i rozejrzałam się wokoło.

No tak. Ciemność.

            W końcu przypomniało mi się, co było przyczyną mojej pobudki. Postawiłam uszy na sztorc, uważnie nasłuchując. Wciągnęłam ze świstem powietrze, kiedy niemal natychmiast dobiegły mnie odgłosy gryzienia, darcia oraz ciche piski.Wzdrygnęłam się z niesmakiem, rozumiejąc, że to podziemnie padlinożercy zajmują się truchłem potwora. Z drugiej strony, wychodziło z korzyścią dla mnie. Mogłam teraz bez obawy poruszać się przez korytarz.

            Czas było ruszać. Z nowymi siłami biegłam w równym rytmie, systematycznie stawiając za sobą łapy. Odgłos moich kroków oraz spokojny oddech były jedynymi dźwiękami,które od teraz towarzyszyły mi w wędrówce. Tylko co jakiś czas zatrzymywałam się na krótki postój. Minuty dłużyły się jak godziny, sprawiając, że traciłam poczucie czasu. Myśli chaotycznie przeskakiwały od jednego tematu na inny.Podążałam dalej, z niecierpliwością wyczekując końca tunelu.

             Niepokojące uczucie coraz bardziej ciążyło mina sercu. Wyciągało swoje macki, coraz głębiej sięgając, zatruwając swoją ideą moje członki. Starałam się go pozbyć, wyprzeć z umysłu, jednak nie potrafiłam.Otaczająca mnie czerń nagle zdała mi się nieprzyjazna, przytłaczająca swoją głębią. Czułam się w  niej jak w klatce.Zamknięta, bez żadnej szansy ucieczki. Mogłam tylko iść… bez żadnej nadziei…

            Czerń,która nie została zrodzona z Nocy… kryła w sobie drapieżcę, polującego na mnie,stworzenia nie przystosowanego do podziemnych wędrówek. Cichy obserwator, mógł się czaić wszędzie. Śledzić, czaić się w mroku, obserwować i tylko czekać na dogodny moment… Nieświadomie moje korki się wydłużyły, jakby moje ciało podświadomie chciało oddalić się od obcej istoty. Niemal czułam jej przeszywający wzrok wbity w moje plecy. Musiałam uciec… uciec…

            Jeszcze nie tak dawne wspomnienia zaczęły przemykać mi przed oczami. Nieskazitelna biel, czarne zjawy tworzące Krąg…

Mój rzęsisty oddech ścigał się z szaleńczo bijącym sercem. Mięśnie naprężone do granic możliwości, poruszały łapami, w szaleńczym biegu, pchając mnie coraz szybciej, coraz dalej. Obrazy… emocje… nieopisany bóli cierpienie… oplotły mnie z całą swoją siłą, korzystając z mojej coraz to bardziej słabnącej woli. Upiorne szepty goniły mnie, łaskocząc mroźnymi oddechami. Chciałam uciec, jak najdalej od ścigającego mnie potwora. Jednak nie mogłam, brakowało mi sił.

            Krzyknęłam doprowadzona już całkiem do paniki, kiedy potknęłam się o wystający z twardej ziemi korzeń. Przewaliłam się, lądując boleśnie na pysku. Zamarłam w bezruchu,łapczywie łapiąc powietrze do płuc. Nasłuchiwałam. Jednak nie wyczułam, nikogo znajdującego się w tunelu po z mną. Byłam sama.

Podniosłam się i potrząsnęłam łbem. Dopiero teraz zauważyłam, że z moich oczu ciekną łzy. Nakazałam sobie spokój. Policzyłam do dwudziestu, starając się wyrównać oddech. Wstydziłam się swojej reakcji, jednak kłujące szpilki strachu były wbite głęboko i nie sądziłam, żeby szybko się roztopiły.Już. Koniec.

            Podniosłam uszy, wyczuwając nagle prąd świeżego powietrza. Zaczęłam węszyć, przeszukując ściany korytarza. Z trudem powstrzymywałam narastający przypływ nadziei, który łatwo mógł się skończyć rozczarowaniem. Wstrzymałam oddech kiedy poczułam równą,kamienną powierzchnię oraz wypływający z jego obrzeży ciąg. Po chwili namysłu naparłam na blok całym ciałem, wkładając w to jak najwięcej siły. Nic. Jednak nie poddawałam się. Nie teraz, kiedy mogłam znaleźć wyjście. Powtórzyłam ten manewr i już po chwili poczułam jak skała drgnęła. Popchnęłam jeszcze raz i nagle kamień puścił, wpadając z głośnym hukiem na zewnątrz. Oblizałam nerwowo pysk, po czym weszłam z duszą na ramieniu przez wąski otwór.

             Syknęłam, kiedy nagłe światło boleśnie mnie oślepiło.Zamknęłam oczy, przez cały czas uważnie nasłuchując. Jedyne co słyszałam to cichy trzask tańczących płomieni. Poruszyłam się nieznacznie, czując że napięcie które mnie ogarnęło wcale nie uchodzi. Coś było nie tak. Zamrugałam powiekami i w końcu otworzyłam szeroko oczy. Przede mną znajdowała się wilka ściana skalna. Z za niej wydobywało się delikatne światło, które wcześniej było dla mnie tak bolesne. Jednak to nie było to, co mnie zaniepokoiło.  Zmarszczyłam nos, kiedy zrozumiałam, że w ten sposób działa na mnie zapach unoszący się w tym pomieszczeniu. Jednak przyzwyczajona do duchoty panującej w tunelu, nie mogłam go zidentyfikować. Wzięłam głęboki wdech i postąpiłam kilka kroków, wychodząc zza ciemnego głazu. Przede mną rozciągała się ogromna sala, oświetlona płonącymi paleniskami, ustawionymi w półkolu, wzdłuż gładko ociosanych skał. Tu zapach się nasilił, jednak szłam dalej,aż dotarłam na sam środek. Stanęłam na wytartej przez setki stworzeń posadzce,a następnie odwróciłam się twarzą w stronę miejsca, z którego wyszłam.

             Wciągnęłam ze świstem powietrze, zszokowana widokiem,który się przede mną znalazł. Głaz, za którym znajdował się otwór, okazał się być posągiem, przedstawiającym kobietę o dzikich rysach oraz drapieżnym wyrazie twarzy. Odziana była skąpo, tak, że wyraźnie było widać zarysy mięśni jej ciała. W jednej ręce trzymała sztylet, z którego spływała jakaś ciecz, najprawdopodobniej krew. Na jej szyi widniał wisiorek, zakończony misternie zdobionym piórem. W samym jego sercu umiejscowiony był szlachetny kamień, rubin, w którego ciemnym kolorze, błyskały odbite płomyki ognia. Cały posąg był wykonany z nieznanego mi materiału. Ciemny, prawie czarny kryształ, błyszczał, wypolerowany przez mistrzów rzemieślników. Jego rozmiary były ogromne. Możliwe, że sięgał nawet dalej niż najwyższe widziane przeze mnie drzewo.

             To co znajdowało się u stóp rzeźby wyjaśniało źródło woni, która wcześniej mnie zaskoczyła. Były to dwa wielkie baseny, w kształcie równych okręgów, zajmujących niemal połowę sali. Aż po brzegi wypełnione były rdzawą cieczą, o metalicznym zapachu – krwią. Do obu stóp posągu, które zanurzone były w szkarłatnym płynie, przymocowane były dwie pary żelaznych łańcuchów. Teraz spoczywały luźno, jednak bez trudu domyśliłam się, że służyły do tego by przytrzymywać osoby, skazane na ofiarę dla tego bóstwa.

            Im dłużej wpatrywałam się w ten widok, tym coraz bardziej w moim jestestwie rodziło się niesmak i oburzenie. Nie mogłam zrozumieć jak można było pozwolić na tego rodzaju religię. Jednak wiedziałam jedno. Znajdowałam się w Mrocznym Sanktuarium.