Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadania. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 listopada 2019

Ejże, gdzie cię niosą łapy? [I]

GRUDZIEŃ 2017

Venka ostatnimi czasy nie zaglądała zbyt często na polanę. Zbliżała się czasami bliżej, sprawdzając, czy ktoś się tam znajduje, jednak pozostawała poza otwartym obszarem, wędrując po leśnych okolicach. Przytłaczała ją ta rodzinna atmosfera oraz nierozwiązane dramaty. A Venka nie należała do miłośniczek rodzinnych spotkań. Może dlatego, że jej własna nie należała do najprzyjemniejszych. Teraz jednak, gdy zbliżała się pora świąteczna, coś ją tknęło. Zakopała worek z prezentami, mając nadzieję, wręczyć je później, po czym łapy powiodły ją na obrzeża lasu, i dalej, ku odległym terenom, skąd kilkanaście miesięcy temu przybyła do Stada Nocy.
***
Szybkie kroki rozbrzmiały na kamiennym bruku. Ven schowała twarz w zielonkawej chustce, kuląc głowę w ramionach. Mimo, że nie było śniegu, mróz przesiąkał aż do kości. Szła przez dłuższy moment, spoglądając jedynie pod nogi. Patrząc na popękaną klepkę, na porozrzucane pety, chwasty wyrastające z pomiędzy chodnikowych płytek. Tak znajomy widok. Odrzuciła teraz kaptur z głowy, rozglądając się dokoła. Nie było jej tu od niespełna roku, gdy w pośpiechu, pod wpływem impulsu opuściła miasto. A teraz wróciła. Co ją tu gnało? Może złapała ją świąteczna atmosfera. Nostalgia. Wyjęła ręce z kieszeni i zaczęła przeskakiwać z jednej płytki na drugą, tak by nie stanąć na żadnej z linii, aż dotarła do krawężnika. Rozłożyła szeroko ręce, by utrzymać równowagę i szła wzdłuż wąskiego pasma, balansując nad urwiskiem z rozżarzoną lawą, którą właśnie w jej głowie stał się uliczny asfalt. Przeszła jedną przecznicę, aż w końcu znudziła jej się ta zabawa. Zeskoczyła z krawężnika, rozglądając się dookoła, by zorientować się gdzie się znajdowała. Dopiero teraz poczuła, jak zmarzły jej palce. Mróz szczypał, w zaczerwienione od zimna nos i uszy. Było jeszcze wcześnie. Wokół panowała cisza. Zaledwie kilka osób ją minęło, mimo, że wędrowała między budynkami już co najmniej pół godziny. Podbiegła kawałek, chowając zmarznięte dłonie do kieszeni kurtki. Jej oddech formował białe obłoczki pary. Skręciła w bok, wchodząc w wąską, zacienioną alejkę. Parę metrów i znów wyszła na światło, a przed jej oczami wznosiła się stara kamienica. Jej dom. Przystanęła, wahając się przez chwilę. Zacisnęła usta, po czym szybkim krokiem przeszła przez ulicę i podeszła do wejściowych drzwi. Wstukała kod na ekranie klawiatury, a gdy usłyszała ciche bzyk, szarpnęła za klamkę. Trzeba było szarpać, inaczej by się nie otworzyły. Weszła na zacienioną klatkę, a drzwi zatrzasnęły się za nią z głuchym trzaskiem. Wbiegła po schodach na pierwsze piętro, na zakręcie robiąc szeroki ślizg, jedną ręką trzymając się poręczy. Stanęła przed drzwiami do mieszkania, ciężko oddychając. Słyszała głośne bicie własnego serca. Uniosła bladą dłoń - opuszki palców wciąż były zaczerwienione - i cicho zastukała. Cisza. Przełknęła ślinę, po czym nacisnęła klamkę. Było otwarte, właściwie mogła się tego spodziewać. I tak nie posiadali nic wartego kradzieży. Uchyliła drzwi i weszła do środka, cichutko je za sobą zamykając. Rozpięła kurtkę, przechodząc przez krótki przedpokój, do pokoju głównego. Z telewizora dochodziły jakieś niewyraźne głosy, transmisja co chwilę się przerywała i trzeszczała. Na podłodze i szafkach walały się stare naczynia, brudne ubrania i puste butelki. Niewiele się zmieniło. Jej matka leżała na zawalonej rzeczami kanapie. Wyglądała chyba jeszcze gorzej, niż jak ją ostatnim razem widziała. W dłoni trzymała nie do końca opróżnioną butelkę po jakimś piwie. Śmierdziało. Jak zwykle. Vela przeszła przez pokój, omijając walające się wszędzie rzeczy i podeszła do drzemiącej rodzicielki. Pochyliła się nad nią i szturchnęła ją lekko w ramię.
– Mamo – brak reakcji –  Mamo – tym razem powiedziała to głośniej, potrząsając ją za ramię mocniej. Kobieta zamruczała coś niewyraźnie, zmieniając pozycję. Butelka wypadła jej z dłoni.
– Mamo, obudź się. – Vela ponowiła próbę. Jej matka w końcu uniosła powieki, spoglądając na córkę z początku zaćmionym wzrokiem.
– C-co chcesz? – Podniosła się do pozycji siedzącej. Vela cofnęła się kawałek, spoglądając na nią niepewnie.
– Mamo, to ja, Vendela. – Znowu ten wzrok, jakby jej nie rozpoznawała. Ven uśmiechnęła się przyjaźnie, chcąc ją zachęcić, choć w serduszku poczuła delikatne kłucie.
–  Vela... – szepnęła kobieta, powoli chyba zaczynało coś do niej docierać. – Dziecko moje... –  Wyciągnęła w jej kierunku rękę, jednak zaraz ją opuściła. – Co ty tu robisz? Gdzieś ty była? - Jej głos znienacka stał się natarczywy karcący, aż Venka skuliła się w sobie. Pokręciła głową i zmusiła się do uśmiechu, znowu spoglądając na matkę.
– Wróciłam, mamo. Chciałam się z tobą przywitać, sprawdzić co u ciebie. – Jej głos tylko odrobinę zadrżał, jednak całkiem dobrze udało jej się udać pewność siebie. Na starszej kobiecie nie zrobiło to jednak wrażenia.
– Tyle miesięcy cię nie było! I teraz wracasz jakby nigdy nic. - Żachnęła się wściekle, widać było, że kotłowały się w niej emocje, mieszane jeszcze z pomrokiem alkoholu.
Ven jednak jakby nie usłyszała tych słów, ponieważ w tym momencie dostrzegła zielonkawo-fioletowe sińce znajdujące się na przedramieniu kobiety.
– Mamo... –  zaczęła, lecz nie było dane jej dokończyć zdania.
W tym momencie otworzyły się z trzaskiem drzwi w głębi mieszkania. Usłyszała donośny, męski głos.
– Co tu się dzieje?! - Do pokoju wszedł rosły chłopak, o ciemnych oczach.
Ven myślała, że były same. Cofnęła się gwałtownie na jego widok. Włosy miał w nieładzie, chyba dopiero co się obudził. Kiedy jego spojrzenie padło na dziewczynę, twarz wykrzywiła mu się we wściekłym grymasie.
– No proszę, kogo my tu mamy – wycedził przez zęby – Świat dał ci w kość i postanowiłaś wrócić? A gdzie ta szmata, z którą się szlajałaś?
Ven zacisnęła pięści, aż paznokcie wbiły jej się w skórę. Poczuła, jak łzy bólu i złości natychmiast napływają jej do oczu, ale nie było mowy, żeby miała się rozpłakać przed nim.
– A co ci do tego, skurwielu?! - wywarczała, nie mogąc powstrzymać się od przekleństwa - Lepiej powiedz co jej zrobiłeś? - Wyciągnęła rękę w stronę matki, która teraz kuliła się na kanapie.
Uniósł tylko brwi z głupkowatym uśmieszkiem.
– Mogła się lepiej zachowywać, to by nie oberwała.
W Ven się zagotowało. Jeszcze nigdy wcześniej pierwsza nie zaatakowała brata, jednak tym razem nie wytrzymała. Rzuciła się z pięściami w jego stronę. Jednak co ona mogła - ona, kruszyna, sto sześćdziesiąt centymetrów, przy mierzącym metr osiemdziesiąt, barczystym chłopaku. Nie miał oporów by podnieść na nią rękę. Dostała pięścią w twarz i poleciała w tył na ziemię, odruchowo kuląc się w sobie i zmieniając postać na zwierzęcą. Widząc to, Marten również się zmienił. Jako pies, był od niej również dwa razy większy. Rzucił się w jej stronę, dokładnie w momencie, gdy udało jej się wyplątać z własnych ubrań. Szamotanina trwała tylko chwilę. Jego powarkiwania, jej piski i latające kupki biało-czarnej sierści. Ven odrzuciło, aż wylądowała pod jedną z szafek. Podniosła się dysząc ciężko, wszystko ją bolało. Wiedziała, że była to przegrana walka, nie miała szans z bratem. Podkuliła ogon i uszy i wycofała się, zanim znów zdążył ją dopaść. Czmychnęła szybko przez uchylone drzwi i wybiegła na podwórko tylnym wyjściem. Pobiegła wąskimi alejkami, kulejąc na jedną łapę. Przebiegła przez kolejne podwórko - całe szczęście nikt nadal nie naprawił dziur w ogrodzeniu - aż w końcu dotarła tam gdzie chciała. Stanęła pod drzwiami i podniosła łapkę. Zaskrobała pazurami o drewno. Nic, cisza. Oblizała nos i spuściła pysk. Zwinęła się na wycieraczce pod drzwiami, pochlipując cicho. Po jakimś czasie zasnęła.
***
Było zimno. Potwornie zimno. Śnieg delikatnie prószył, spadając ze skąpanego w ciemnościach nieba. W nocy budziła się co chwilę, niespokojnie rozglądając, gdy wybudzała się z nieprzyjemnych snów i koszmarów. Teraz jednak obudziło ją delikatne pchnięcie w grzbiet. Musiał być już ranek, chociaż słońce wciąż jeszcze nie wzeszło na firmament. Podniosła łebek. Zza futryny wychylała się kobieta w szlafroku. Z początku nieco zdziwiona, ale zaraz na jej ustach pojawił się ciepły uśmiech. Ven podniosła się z ziemi i odsunęła kawałek. Ciemnowłosa otworzyła szerzej drzwi i wpuściła psowatą do środka. Weszła na zesztywniałych z zimna kończynach, czując jak ciepło przyjemnie rozlewa się po jej członkach. Kobieta na razie nic nie mówiła. Przeszła do kuchni, by nastawić wodę na herbatę. Wskazała jej dłonią na drzwi do łazienki. Vel nie trzeba było namawiać. Szybko podbiegła do pomieszczenia i zmieniła się na powrót w człowieka. Weszła pod prysznic, odkręcając gałkę z gorącą wodą. Pozwoliła by ciepły strumień obmył jej zziębnięte i obolałe ciało. W kilka minut później para wodna wypełniła całe pomieszczenie. Kiedy w końcu wychynęła zza zasłonki, na pralce czekały na nią suche ubrania. Wcisnęła się szybko w spodnie i koszulkę i zarzuciła na siebie bluzę. Przeszła boso do kuchni. Była pusta, jednak czekała na nią gorąca herbata oraz jajecznica z chlebem. Dziękując w myślach gospodyni za przemyślność, zasiadła do stołu i zabrała się do pałaszowania. Gdy kobieta wróciła, Venka siedziała już z kubkiem w dłoniach, chuchając na parująca ciecz. Abelie była piękna, jej rysy twarzy za każdym razem na nowo zachwycały Ven. Duże, orzechowe oczy, okalane kurtyną czarnych rzęs oraz opadające na ramiona hebanowe pukle, błyszczących włosów. Jej zwierzęca forma - kotka o sierści równie czarnej jak jej włosy - była równie piękna, jednak Vel rzadko kiedy miała okazję ją w niej widywać. Kobieta była już ubrana. Nalała sobie kawy i usiadła przy stole, na przeciwko dziewczyny. Na jej ustach błąkał się tajemniczy uśmiech. Vel podciągnęła nogi do siebie, opierając stopy o krawędź siedzenia. Siorbnęła łyk herbaty, łypiąc na Abelie spod krótkich kosmyków wciąż mokrych włosów. Przeczuwała, że zaraz nadejdą pytania.

[...]

wtorek, 10 lipca 2018

So long, we’d become the flowers

The storm is a coming so you better run
The coldness is hungry like loaded gun
Sharks are circling out in the deep
you dream for tomorrow when you can't sleep

Nie było już nic. Żadnych snów czy nadziei. Nie pozostało nic. Czekał ją koniec. Tak absurdalnie to brzmiało, tak banalnie. Jej łapy szurały wśród pokrytych poranną rosą traw. Ich świeży zapach wypełniał jej nozdrza. Zapewne otaczały ją wybujałe kolory, soczysta zieleń i mieniące się barwami tęczy kwiaty. Mogła jedynie przypuszczać. Nie widziała. Co jakiś czas dostrzegała urywki, migawki w prawym oku, tym które przysłonięte było czernią. Były to jednak wizje świata duchów, wykrzywionej rzeczywistości, która wymykała się zza zasłony. Poruszała się, polegając na pozostałych zmysłach, które wyczulone były jak nigdy dotąd. Jej instynkt wręcz krzyczał, że jest obserwowana. Przez cały czas głodne ślepia oprawców śledziły każdy jej ruch, czyhając, czekając na dogodny moment. By skoczyć. Rozszarpać. Pożreć. Czekały na jej błąd, potknięcie, czekały aż całkiem osłabnie z sił. A samica wiedziała, że nastąpi to wkrótce. Nie, nie wkrótce, mogło to się stać w każdej chwili, teraz. Była tak słaba. Nie miała już sił by dłużej walczyć, uciekać, chować się. Robiła to tak długo, przez tyle lat. Z początku absolutnie bezradna. Wyruszyła na misję, by zyskać moc. Udało jej się ją wypełnić, choć z trudem, niemalże przypłaciła to swoim życiem. Straciła też coś jeszcze, miała nigdy nie mieć potomstwa - choć życie potrafi zaskakiwać. Zyskała wtedy siłę, ale jednocześnie, wskutek stoczonej walki, wystawiła na siebie wyrok śmierci. Trucizna demona zagnieździła się w jej lewym oku, rozprzestrzeniając z wolna po całym ciele. Zabijając po cichu, bez pośpiechu. Jednak nieubłaganie. Wtedy też wraz z towarzyszami zeszła do piekielnych otchłani, by zmierzyć się z demonami. By pokazać im, że zasługuje na to by się jej poddały. Demony dały jej spokój. Do czasu. Była jedynie oszustką, złodziejką, która przywłaszczyła sobie czyjeś miano. A demony pałały zemstą. I były cierpliwe. W końcu nie musiały się obawiać, że zabraknie im czasu. Z początku były to przypadkowe spotkania. Zabłąkane dusze, koszmary senne, zdawałoby się nic groźnego. Przybierały jednak na sile, a napastnicy pojawiali się co raz częściej. Śledząc, tropiąc, atakując. Nie miała więc wyboru, nauczyła się je zwalczać. Wpierw jedynie się broniła, jednak w pewnym momencie to nie było wystarczające. Musiała sama zacząć je tropić, zabijać. Wkroczyć na wojenną ścieżkę z tymi monstrami. Aż w końcu trafiła tutaj. Wracała na tereny Stada Nocy. Samotna, słaba, umierająca, by dokonać swego żywotu. Chciała już jedynie po raz ostatni pożegnać się ze swym domem. Nic więcej jej nie pozostało. Ale nie, za późno. Już tu są. Patrzysz? Widzisz? Cichutko podchodzą, zataczają krąg. Uciekaj.

I prayed my mind be good to me
An awful noise
Filled the air
I heard a scream in the woods somewhere

Biegła, potykając się co chwila o własne łapy, o korzenie, kamienie, nie mogąc utrzymać stałego kroku. Biegła, rozpaczliwie, biegła przed siebie, choć nie wiedząc w jakim kierunku. Po prostu biegła. Łapy jej się plątały, serce łomotało, nic nie widziała. Nie wiedziała gdzie jest, co słyszy. Jej wychudzone cielsko ledwo trzymało się w pionie. Dyszała ciężko, oddech rzęził jej w płucach. Spłoszone zwierzę w głębokim lesie. Obraz nędzy i rozpaczy.  Przeskoki materii zdarzeń. Skoczyła. W przestrzeni przestrzeń korytarzy. Zdawało jej się, że słyszy wycie wichury. Nie, to demony. Coś szarpnęło jej wątłym ciałem. Padła. Tak ciężko. Tak ciężko było podnieść jej pysk, czy nawet powiek kurtyny, jakby to był ciężar tonowych gór. Zmusiła się jednak do tego wysiłku. W jej prawym oku zamajaczyły niewyraźne cienie, kły i pazury. Karmazynowe smugi jarzących się wściekle ślepi. Powykrzywiane, pogardliwe uśmiechy. Słyszała ich ryki i śmiechy, czuła ich nienawistne spojrzenia, wyczuwała jak się zbliżają, otaczając ją ze wszystkich stron. Nie miała szans. Żadnych szans. Co mogła zrobić? Jedynie pogodzić się w końcu ze swym końcem, wiedziała przecież, że nadchodzi. Opadła bez sił na ziemię, nie zdolna by się ruszyć, by chociaż drgnąć. "Jesteś martwa." Cichy szept rozbrzmiał w jej głowie. Łagodny, pieszczotliwy głos. "Czemu do nich nie dołączysz? Powinnaś z nimi być. Jesteś martwa." Migotliwe sceny rozbłysły niczym miraże połyskliwych skrzydeł motyli. Waniliowe ślepia, fiołkowe oczy, bandaże szarej. Jej płytki oddech przyspieszył. Nozdrza chłonęły zapach zmurszałej gleby. Chwila, ułamki sekund, zdawały się wydłużać w nieskończoność. W tej jednej chwili jej świadomość rozszerzyła się na otaczającą ją przestrzeń. Na las, drzewa i konary pnące się ku niebu, paprocie, mech i jeżyny, ptaki, myszy i lisy, ich delikatne bicia serc, cichutkie bzyczenie owadów, mrówki wędrujące w poprzek zwalonego pnia. Cała ta zwyczajna rzeczywistość uderzyła w nią niczym sztorm, gwałtownie, zawzięcie, a jednocześnie łagodnie niczym wiosenny deszcz. Wszędzie otaczało ją życie. Tak piękne, cudowne. Nie zwracało uwagi na jej zmagania, po prostu trwało. Z jej wnętrza wydobyło się długie, przepełnione żalem westchnięcie. Czy to był już koniec? 

There's a flame in the darknes
There's a flame, there's a flame

Ułamki sekund przeminęły. Coś się zmieniło. Czuć było to w powietrzu, pewnego rodzaju napięcie, energię. Cały las zamarł w bezruchu, czekając na to co miało nastąpić. Serce. Ogień. Żywioł wpłynął lawiną do żył ciemnobrązowej samicy, sięgnął ślepych oczu, spłonął. Nagle znów widziała. Jak na fali powstała, zwróciła łeb w kierunku czających się potworów, gotowa do walki. Buzowała w niej rozgrzana krew. "Zniknijcie." Wyszeptała. Umrę, wiem. Ale zabiorę was ze sobą. Nie musiała się zastanawiać. Wiedziała, że to serce puszczy, duchy lasu, podzieliły się z nią swymi mocami, zsyłając jej ostatni podarunek, ostatni gest dla konającego. Nie czekała już dłużej. Zerwała się z miejsca i rzuciła wprost w kotłujące, wijące się ciała demonów. W jedną stronę posłała potężną falę wzburzonego powietrza. Wichura zgięła pnie niemal w pół, rozrzucając ciała potworów we wszystkie strony. Pozostałe jednak rzuciły się z kłapiącymi z wściekłości szczękami na kruche ciało brązowej. Mogła być szybka, jednak ich było zbyt wiele. Czuła jak kły i pazury zatapiają się w jej skórze. Z jej ciała buchnął ogień, posyłając kolejne monstra na ziemię. Nagle rozpostarła pierzaste skrzydła,  zamachnęła nimi, potężny podmuch powietrza wzburzył liście dokoła, a ona wzbiła się ponad ziemię, z trudem wyrywając kończyny z mocarnego uchwytu jednego z demonów. Załomotała skrzydłami, próbując uciec od kąsających szczęk, jednak zdawały się nadchodzić ze wszystkich stron. W panice posłała w przestrzeń cieniste smugi, które z zawrotną prędkością przebiły ciała demonów. Nadal jednak było ich zbyt wiele. Samica zawirowała w powietrzu, jednak w lesie, nie było zbyt wiele miejsca na powietrzne manewry. Jedna z maszkar podążyła za nią na błoniastych skrzydłach, pomknęła w jej kierunku i z całym impetem rzuciła z powrotem na ziemię. Samica ciężko runęła w dół i przejechała parę metrów po glebie. Przed oczami zamajaczyły jej stojące w płomieniach pnie. W powietrzu błyskały żarzące się iskry. Brązowa wiła się pod cielskiem demona, próbując uniknąć jego kłów. Warknęła wściekle, kopiąc tylnymi łapami w żuchwę potwora. Machnęła skrzydłami, skupiając przed sobą energię, aż w końcu małe tornado odepchnęło napastnika w przeciwną stronę, wyrzucając go daleko w tył. Złotooka zerwała się natychmiast z ziemi, i nim kolejny z demonów zdążył ją dopaść, skoczyła w krainę cieni, by skryć się choć na moment. Szarpnęła się niespokojnie, czując jak ciemność gwałtownie otacza ją ze wszystkich stron, a w kilka sekund później wyrzuciło ją na drugim końcu pola walki. Opadła na mech ciężko dysząc, próbując złapać oddech. Omiotła spojrzeniem otoczenie. Demony były chwilowo zdezorientowane, ale zaraz ją znajdą. Czuła jak łamie ją w całym ciele, w czaszce głucho dudniło, niczym odbicie uderzeń jej oszalałego serca. Z pyska kapała kruczo zabarwiona krew, a rozorane pazurami udo piekło niemiłosiernie. Skrzydła zniknęły, nie byłoby z nich więcej pożytku. Czujne ślepia demonów już zwróciły się w jej stronę. Aldieb wstała i zaparła się na sztywnych łapach, wbijając złote tęczówki w zbliżającą się hordę potworów. Jej boki uniosły się, przy głębokim oddechu. Musiała się skupić. W końcu iskra mignęła przy jednym z krzewów. W następnym momencie buchnęła ściana ognia, oddzielając demony od brązowej samicy. Zachwiała się, opadając lekko na nagle miękkich kończynach. Usłyszała wycie demonów, które gwałtownie się zatrzymały. I w tym momencie poczuła, że jest ciągnięta w tył. Zawyła. Pazury w jej skórze piekły boleśnie. Wywinęła się i skoczyła do ucieczki. Jednak drogę zagrodził jej kolejny demon. Nie wiedziała skąd się pojawiły, zdawało się jakby zmaterializowały się tuż za nią, zupełnie znikąd. Czy może nie zauważyła jak się skradają? Przyczaiła się na ugiętych łapach, próbując odskakiwać od ich paszcz, znaleźć drogę ucieczki, nigdzie jednak takowej nie widziała. Rozglądała się w panice, demony jednak nie czekały, kolejne rzuciły się w jej stronę, zatapiając kły w jej ciele. Próbowała wykrzesać z siebie jakiś kontratak, jednakże jej zęby i pazury nie robiły wrażenia na demonach. W jej wnętrzu nie było już ani kropli magicznej energii. Dała z siebie wszystko. W mgnieniu oka jej wątłe ciało zniknęło w tumanie kłapiących paszcz i szczęk, piekielnych cielsk. Zniknęło. Rozszarpane.

Darkness is sinking me
Commanding my soul
I am under the surface
Where the blackness burns beneath

Umierała. Jej duch odchodził. Wokół rozszarpanego przez demony ciała flora zdawała się ożywać.  Z początku z wolna, niemal nieśmiało. Malutkie pąki wyrastały z gleby, przedzierając się przez trawy i mech. Kolejne rośliny ożywały, wijąc się wśród pokrywających ziemię korzeni. Wspinały się po ciele brązowej samicy, po tym co z niej zostało. Kolejne pnącza i świeże gałązki, otaczały ją dokoła, coraz śmielej, coraz żywiej. Pąki rozwarły się, ukazując wielobarwne, aksamitne w dotyku płatki. Las, który był dla Niej domem, przyjął Dziecię Nocy w swe objęcia, aż w końcu brązowe futro zniknęło wśród pnączy i kwiatów.

I have never known peace
like the damn grass that yields to me
I have never known hunger
like these insects that feast on me

We’ll lay here for years or for hours
Thrown here or found, to freeze or to thaw
So long, we’d become the flowers


Pierwsza część historii o tym jak Aldieb umarła. Jak wiadomo, nie był to koniec. Mam nadzieję, że uda mi się spisać kontynuacje.

Fragmenty tekstów pochodzą z poniższych utworów:
When the Sun Goes Down (Laney Jones)
Deep End (Ruelle)
In a week (Hozier)

środa, 21 lutego 2018

A walka na ziemi i w niebie
Przeciwko sobie samemu, o siebie

LATA PRZESZŁE

Budzę się w środku nocy. Kolejny sen, kolejny koszmar. Nawet nie próbuję go przywoływać. Wstaję z łóżka, by przejść do łazienki. Zaledwie po kilku krokach czuję zawroty głowy i robi mi się ciemno przed oczami. Ogarniają mnie fale mroku, na moment tracę orientację. Przyspieszone bicie serca i pogłębiony oddech. Jestem zbyt daleko od ściany by się podeprzeć. Próbuję iść dalej, choć moje ruchy są jak w spowolnionym filmie. Minęła chwila, dwie, i wszystko mija. Ciemne mroczki zaczynają się rozpraszać, pozostawiając po sobie jedynie ból głowy. W końcu docieram do łazienki. Wchodzę do pomieszczenia i zapalam jedną z mniejszych lampek. Mrużę oczy, gdy światło mnie razi. Czuję jak serce łomocze mi w piersi. Opieram się rękoma o umywalkę. Podnoszę głowę, spoglądając w taflę lustra. Blada twarz, okalana kaskadą hebanowych włosów. Podkrążone i opuchnięte oczy. Szare tęczówki zdają się być zielonkawe, intensywne w kolorze, na tle delikatnie przekrwionych białek. Mrużę oczy, wciąż czuję niepokój po pozostałościach sennych mar. Odkręcam kran. Kojący szum wody. Nachylam się i przemywam twarz lodowatą wodą. Nie mogę się wyzbyć wrażenia, że jestem obserwowana. Staram się nie panikować. To tylko twoja wyobraźnia, powtarzam sobie w myślach. Podnoszę głowę, zakręcając strumień wody. Sama nie jestem pewna, co oczekiwałam zobaczyć w lustrze. Po prostu odbicie. Moja mokra od kropel twarz. Spływają po policzkach, ustach, jedna tańczy na granicy rzęs. Sięgnęłam po ręcznik i zanurzyłam się w miękkim materiale, znów tracąc kontakt wzrokowy z lustrem. I znów to uczucie niepokoju. Mimowolnie tętno znów mi przyspieszyło. Westchnęłam lekko, odwieszając ręcznik. Kątem oka zdawało mi się zauważyć jakiś ruch. Na pograniczu widzenia. Ale nie. To tylko o d b i c i e. Głupia. Głupia. Zacisnęłam dłonie na brzegach umywalki. Wpatrywałam się uparcie w lustrzane odbicie. A w moim wnętrzu z wolna wnosiła się fala. Nie potrafiłam jej zatrzymać. Oczy zapiekły mnie od wzbierających łez. Znów ten mętlik w głowie. Już nie niepokój. To zdawało się nieważne. Wszystko inne. Wszystko co we mnie tkwiło, wszystkie myśli, uczucia, które starałam się skrywać głęboko wewnątrz mnie, nagle zaczęły wypływać na wierzch. Czasami zastanawiałam się jak można czuć tak wiele sprzecznych emocji jednocześnie. Moim ciałem wstrząsnęły dreszcze. Zakaszlałam, a na bieli umywalki zamajaczyły karmazynowe krople. Osunęłam się w dół na podłogę, kuląc się w kłębek, podczas gdy moim ciałem wstrząsnął bezgłośny szloch. Nie widziałam już jak twarz w lustrze spogląda za mną, rozciągając wargi w kpiącym uśmiechu, po czym odbiega, ginąc za ramą szklanej powierzchni.
*
Leżę na łóżku. Kolejna bezsenna noc. Ostatnio co raz więcej było takich. Leże na łóżku. Nie mogę spać. Ale nie mam siły, by się ruszyć. Zastanawiam się po co. Jaki był sens, w tym wszystkim. Po co miałam się starać i walczyć? Byłam już tak bardzo zmęczona. Co mi pozostało? Trwanie. Oczekiwanie, aż w końcu dopadnie mnie śmierć. Leżę. Patrzę pustym wzrokiem przed siebie. Jedna ręka wystaje poza łóżko. Widzę jak kapie z niej krew. Rdzawe krople w spowolnionym tempie pędziły w stronę podłogi. Widzę zęby, język i pazury. Widzę jak zatapiają się w mojej dłoni. Jak jest zjadana, pożerana, rozszarpywana na kawałki. Widzę jak odchodzi skóra, mięso, aż zaczynają być widoczne kości. Widzę. Ale nic nie czuję. Mam otwarte oczy, wizja nie znika, ale wiem, że to nie dzieje się naprawdę.
*
Leżałam na łące, wpatrując się w niebo. Kosmyki trawy łaskotały moją skórę. Myśli błądziły szaleńczo. Chmury leniwie sunęły po nieboskłonie. Smok pożerał wilka. Statek wzbijał się w przestworza. Przed moimi oczyma tańczyły cienie. Wspomnienie strachu czające się zawsze gdzieś na pograniczu umysłu. gorzkie żale. Cynizm wypełzał na wierzch. Wśród plątaniny myśli, trudno było wydobyć sensowną całość. Aż w końcu wyłapała wśród chaosu coś silniejszego. O tych, którzy byli jej bliscy, o tych, których straciła. Ból utraty wwiercał się w nią siłą wielką, czyniąc nieodwracalne starty. Im bardziej kochała, im więcej cierpiała, tym bardziej obawiała się pokazać, że jej na kimś zależy. Ziejąca krwawą czernią pustka w sercu. Wyryta dziura. Tak bardzo bolało. Zaczęła więc budować wokół siebie mur. Odsuwać wszystkich na dystans. By ochronić kwilącą w środku bezbronną, wrażliwą istotkę, którą była. Aż zaczynała o niej zapominać.
*
Światła się zmieniają. Z zielonego na czerwone. Staję na wysepce między jezdniami, zaledwie metrowy kawałek ostoi. Przede mną, za mną pasma asfaltu, po których w dwóch stronach pędzą samochody. Wystarczyłby krok w tył lub w przód i nastąpiłby koniec. Bujam się na piętach, ręce w kieszeniach. Na ustach błądzi cierpki półuśmiech. Oczyma wyobraźni widzę jak w moje ciało z całym pędem uderza maska samochodu. Jak wylatuje w powietrze, przetacza się po jezdni, roztrzaskane, połamane. Wizja przemija. Zmiana świateł. Idę dalej. Moje kroki odbijają się cichym echem, jednak giną w zgiełku miasta. Zastanawiam się co mnie tu przywiodło. Wszystko tu było takie brzydkie. Brzydkie ulice, brzydcy ludzie. Spaliny, śmieci i smród. Co ja tu robię? Może to dlatego, że brzydota tego miejsca odpowiada mojemu samopoczuciu. Tak samo gówniane. Idę, przedzierając się między ludźmi. Rozglądam się dookoła. Betonowa klatka. Budynki pną się wysoko, odgradzając me oczy od ołowianego nieba. Idę dalej. Obraz zdaje się migotać. Nagle jakby coś przeskoczyło. Świat zalany karmazynem. I znów wraca do szarej rzeczywistości. Kolejny skok, tym razem dłuższy. Wszystko martwe. Ciała porozrzucane po chodnikach, ulicach; roztrzaskane samochody i witryny sklepowe. Wszystko skąpane w szkarłatnych odcieniach krwi. Trwa to jeszcze chwilę, nim obraz ponownie przeskakuje. Ludzie idę śpiesznie przed siebie, nikt nie zwraca na nic uwagi. Wokół unoszą się hałasy miasta. Przecieram twarz dłonią. Wzdycham ciężko, sama nie będąc pewna czy śmiać się, czy płakać. Potrząsam głową i zarzucam kaptur i zsuwam go nad oczy. Idę dalej, spojrzeniem śledząc własne kroki. A wizja martwego świata powraca co jakiś czas.
*
Uciekaj. Uciekaj. I tak nie uciekniesz. Dopadną cię. Sfory piekielne. I dostaniesz swą karę. Nie uciekaj. Zasłużyłaś na to. Za wszystkie swe błędy, za pychę, odwagę. Chcesz się tłumaczyć? Tak, zwal winę na innych, jak zawsze. Nie chciałaś? Zgodziłaś się.
*
I dopiero gdy w Jej miejscu stanęłam, pojęłam jaki to był ciężar. Jak grube kajdany moje kostki objęły. Spojrzałam w Twe lisie oczy. Wyszeptałam "ratuj", ale Ty nie słyszałaś, gnana własnymi problemami. Bo oni nie rozumieli. Ja też nie rozumiałam. I jak oni, żywiłam żal i pretensje. I będąc na Twoim miejscu, jakże czasami mnie korciło, by jednym ruchem ręki - zakończyć wszystko. Niech nienawidzą.
*
Czasami nawiedzała ją ta myśl. Szczególne spojrzenie na świat. Zmiana perspektywy. Opuszczała wtedy swe ciało, wzlatywała w przestworza. I dalej, w odmęty kosmicznej czerni. I spoglądała na świat. I wszystko nagle traciło sens. Każdy czyn i wybór pojedynczej jednostki z perspektywy wszechświata był tak niemożebnie nieistotny. Cały ból i cierpienie, wszystkie wybory i pragnienia. Starania. I gdy wracała do swego ciała, spoglądała na świat znów swymi oczyma, wspomnienie wciąż było w niej żywe. I nie miała w sobie sił, by wykrzesać iskry motywacji. Jedynie strach przed śmiercią ją gonił. Strach przed n i e i s t n i e n i e m. Myśli te ją przerażały.
*
TERAZ
Szła przez las. Jej łapy zanurzały się w lodowatym śniegu. Chrzęścił pod jej poduszkami. Każdy szmer wydawał jej się tak głośny. Po raz pierwszy od narodzin syna pozostawiła go na dłuższy czas samego. Nie było jej już kilka godzin. Błądziła po lesie, na ślepo obierając drogę. Nie wiedziała dokąd biegnie. Po prostu biegła, przed siebie. Uciekając przed własnymi myślami. Nieposkładane myśli tłukły jej się po głowie. Myśli, wspomnienia, fragmenty wizji. Wszystko w chaosie. Rozbiegane, niepoukładane. Choć otaczała ją cisza lasu, miała wrażenie, że ogłuchnie. Gdzie była jej cisza, gdzie spokój - czemu, ach, czemu... co ona tu robiła? Tu, na tym świecie? Jej nierówne kroki rozbrzmiały na piaszczystym brzegu jeziora. Podeszła bliżej do lodowej tafli. W jej odbiciu ujrzała płomienne ślepia. Odskoczyła gwałtownie, ryjąc pazurami w podłożu. Zaskoczona, przestraszona. Choć nie powinna była być - nie pierwszy raz zaś widziała to spojrzenie. Nawiedzało ją od tylu dni. Wydobył się z jej gardła warkot nagły. Podeszła bliżej, znów spojrzała, jednak tym razem tylko własne odbicie dostrzegła. Lata szaleństwa, a jednak wciąż nie przyzwyczajona. Potrząsnęła głową, pasma czarnych włosów opadły jej na pysk. Zawróciła, kierując się ku jamie. Przemknęła między gęstymi zaroślami i zanurzyła się w wąskim otworze, miedzy głazami. Na jej umysł opadły cudze uczucia. Strach, pretensja, osamotnienie. Wszystko to biło od Valkkaia, który dreptał po jaskini, jakby w jej poszukiwaniu, nie rozumiejąc, czemu zniknęła. Patrzyła na niego przez kilka chwil jak na obcą istotę, jakby znów straciła kontakt z rzeczywistością. Aż chwila minęła i wróciła umysłem, uczuciami na ziemię. Podbiegła do szczeniaka i zaczęła go uspokajać, wtulając się pyskiem w jego czarne futerko, ogarniając jego pyszczek własnym oddechem. W jej myślach wciąż panował chaos.

O tym jak Aldieb traciła rozum. Nikt jednak o tym nie wiedział, skrywała to jak tylko dobrze umiała. A jak widać, po śmierci jej się pogorszyło, teraz jednak już jej tak nie zależy na tym, by to ukrywać.
Opowiadanie trochę chaotyczne, trochę depresyjne, ale hm... mam nadzieję, że chociaż trochę oddaje to co przeżywała.
Trochę inspirowane realem. Troszkę.

poniedziałek, 12 lutego 2018

"Time is over" II

A soldier on my own, I don’t know the way
I’m riding up the heights of shame
I’m waiting for the call, the hand on the chest
I’m ready for the fight and fate

Poranek był mroźny, wilgotny. Deszcz w nocy siarczysty, teraz ustał, a świat zasnuwały mleczne mgliste opary. Powietrze świstało przez nozdrza, kując igłami tchawicę i płuca. Dźwięk; lekkie mlaskanie, kiedy łapa za łapą przemierzała cicho niczyje tereny, od dawna puste i niezamieszkane. Hebanowe strugi włosów były zwiewane nieznacznie przez lekki wiatr, niewielki zefir, nie zakłócający spokoju i ciszy. Opuszczała dom, rodzinę, tereny Stada Nocy, wędrując w nieznane. Nie szła na oślep, zew ją przyzywał, głos Demona, który mamił, osaczał, zalegał w umyśle, szepcząc słowa i wskazówki. Jak chciał - tak szła, niby na rozkaz, nie znając zamiarów poczwary, modliła się tylko w duchu, by ta wyprawa była czegoś warta. Szepty Demona rozbrzmiewały w jej głowie, gdy wyłoniła się z mroków leśnego boru. Spojrzała na horyzont, lecz ginął w mglistych oparach. Zniżyła pysk, łapy wznowiły marsz, kierując się na ścieżkę, lawirującą między krzewami, która prowadziła w dół zbocza. 
***
Przed oczyma miała przejście, wyłom w skalnej ścianie, ziejąca czernią przestrzeń. Wokoło girlandy bluszczu, plątaniny zieleni, zwieszające się z wysoka. Przeszła pod nimi, zanurzyła się w cieniu, w chłodzie, pozwalając by korytarz ją prowadził. Kroki rozbrzmiały stłumionym echem. Przeszła kilka metrów. Wśród mroków zaiskrzyło światło. Wyzierające gwiazdy, które niby z nieba zbłądziły. Wyszła zza ostatniego zakrętu, oczy na moment przymknęła, gdy blask nagły ją oślepił. Ciężki wdech. Zmętniałe ślepia bez wyrazu spojrzały na ścianę kamienną, wilgotna powierzchnia, skrzyła się i lśniła, niczym szmaragdów mozaika, układająca się w pełzające węże. Spuściła ciężkie powieki, opadły niby kotary na koniec przedstawienia. Chłodne powietrze w nozdrzach, zapach był słony, wilgotny. Z jej gardzieli charkot wydobył się słaby. Wejrzała dalej, spojrzeniem demona znalazła. Stała tam, biała zjawa, pośród migoczących cieni i odblasków. Pysk wykrzywiała w uśmiechu lubieżnym, smolistym wejrzeniem brązową samkę taksując.
- Po coś mnie tu wezwała? - Spytała ciężkim głosem, na demonie zakotwiczając spojrzenie. - Czego znów ode mnie chcesz? - Irytacja i ból z jej tonu wyzierały. Wiele kosztowała ją ta wyprawa. Zmęczenie falami ją ogarniało.
- Czas. - Wychrypiała biała, a słowo to zawisło w  przestrzeni między nimi, rozbrzmiewając niczym dzwon. - Czas Cię goni.
Jej świszczący szept wdzierał się siłą do uszu samicy. Nie mogła się bronić przed nim, przed prawdą. Pokręciła głową.
- Po co tu jestem? Co to za miejsce?
- Jaskinia prawdy. - Odparł jej świergotliwy charkot. - Choć to jedna z wielu nazw. Większość w niezrozumiałych dla Ciebie językach.
Brązowa spojrzała na Sanetille nieprzychylnie, zastanawiając się co też kombinowała.
- Podejdź do jeziora. - Wychrypiała, szczerząc się obrzydliwie. - Spojrzyj.
Choć niechętnie, uczyniła tak jak jej demon kazał. Na ugiętych łapach zbliżyła się do migoczącej tafli jeziora. Pazury zanurzały się w wilgotnym piasku. Słonawy zapach ze zdwojoną siłą buchnął w jej nozdrza. Ciałem wstrząsnął dreszcz niepokoju. W końcu podeszła wystarczająco blisko, jej cień padł na taflę wody, obniżyła łeb by spojrzeć na swe odbicie. Obraz jakby się z wolna formował. Smoliste smugi zbierały się z krawędzi jeziora, by w wirującym tańcu dotrzeć do jej osoby. Powierzchnię wody wzburzyły drobne fale, które sięgnęły poduszek jej łap.Barwy zwinęły się spiralnie, po czym rozkwitły niczym pąki kwiatów. W miejscu lewego oka ziała czernią dziura, a z niej wężowatymi mackami rozchodziły się krwiste żyłki, obejmując całe ciało. Czerń rosła, jakby pochłaniając resztę organów, serce, płuca, kości. Wszystko zapadło się, rozpłynęło w proch.
Samica odskoczyła, rozbryzgując krople wody. Cofnęła się gwałtownie, przerażona nagle tą wizją, choć dobrze wiedziała co się z nią działo. Zacisnęła ślepia, kryjąc ich złocistą barwę. Lewe, choć wydawało się niewiele różnić, widziało jedynie to co było po drugiej stronie, zaświaty. Wokół niego, kryjące się pod sierścią znajdowały się ledwo widoczne, zagojone blizny. Aldieb potrząsnęła głową, zrzucając na pysk czarne pasma włosów. Obrzuciła spojrzeniem demona, jaskinie, po czym wybiegła, mknąc chyżo przez stepy, wracając na tereny nocnego stada, tam gdzie jeszcze przez chwilę mogła być bezpieczna.

piątek, 26 stycznia 2018

Wake me up

Wolf mother, where you been? 
You look so worn, so thin 
You're a taker, devil's maker 
Let me hear you sing

W alabastrowej skórze odbijało się srebrzyste światło księżyca. Spojrzałam na jaśniejącą tarczę, która nagle została przyćmiona przez chmurną gromadę skrzeczących ptasich piór. Podniebny firmament przecięły szkliste żyłki, jakby kopuła nieba zaczynała pękać. Z kosmicznej otchłani runęła gwiazda. Kometa pędziła coraz szybciej w stronę ziemi, jej cień przysłaniał połać lasu. Zdawała się rosnąć cały czas z zawrotną szybkością, a wokół niej rozwinęły się jaskrawe języki ogni, które w moich szarych tęczówkach odbiły się niczym tańczące w zawziętej walce węże. Gdy zdawało się, że przesłoniła już cały świat, rozpadła się nagle na tysiąc atramentowych piór. Kruki zawirowały, pikując w dół. Zapłonęły amarantowym ogniem, zniknęły, a z nieba spadły drobiny obsydianowego szkła. Na moje ciało spłynął deszcz śmierci.
***
Stałam po kostki w lodowatej wodzie. Atramentowa czerń toni wodnej była nie do przebicia. Spojrzałam w dół, kładąc dłonie na powiększonym brzuchu. Przeniosłam wzrok na taflę jeziora, w którym jawiło się moje odbicie. Z moich pleców rozkwitły krucze skrzydła, obsydianowe pióra rozsypały się dookoła, a z głębi ciała wyłoniły się świecące jasną akwamaryną, wijące się nicie, które jak naelektryzowane uniosły się w przestrzeni, rozciągając się wokół niczym pajęcza sieć. W chwiejnym odbiciu, moje oczy zajaśniały amarantową barwą, zmieniając się jednak zaraz na krwisty zew piekielnych płomieni. Wraz z nimi pojawiły się żółtawe kły i dalsza sylwetka smolistej maszkary. Wyskoczyła spod powierzchni wody, rzucając się w moją stronę. Sztylety kłów zatopiły się w moim ciele. Trysnęła krew. Odrzuciło mnie do tyłu. Leciałam. Upadłam na plecy, lądując w mroźnych objęciach jeziora. Zjawa zniknęła, zostawiając mnie w samotnej agonii. Uniosłam drżące dłonie do brzucha, z lękiem spoglądając w dół. Rozszarpane, zmasakrowane. Karmazynowe smugi płynęły swobodnie, rozpływając się dokoła bladego ciała, malując, na mrocznej powierzchni migotliwej wody, rozkwitające pąki róż.
***
Wątłe ciało samicy rozbudziło się gwałtownie, roztrzepując wokół siebie śnieżne drobiny. Dyszała ciężko, unosząc się na chudych łapach. Złote tęczówki powędrowały ku całunowi nieba, jednak zza mglistych chmur wyłaniała się jedynie kremowa połówka księżyca. Nic poza tym. Spojrzała za siebie. Nie było już nikogo na polanie. Zwierzęta rozeszły się do własnych kryjówek, a ognisko wygasło. Podniosła się na wciąż drżących kończynach i udała w kierunku jaskiń. Mimo chudego cielska, jej boki był wyraźnie powiększone. Od apokalipsy, Kamienia, od czasu gdy słyszała przeklęty głos kobiety, minął już ponad miesiąc. A w jej głowie wciąż pojawiały się myśli. Nie tylko jej. Cichy głosik, szept, jakby dziecięcy szczebiot. Zadrżała, skryła się w przyjemnym mroku jaskini, by udać się na dalszy odpoczynek. Nie mogła jednak już zasnąć.

Holy light, oh, burn the night
Oh keep the spirits strong 
Watch it grow, child of wolf 
Keep holdin' on

środa, 17 stycznia 2018

Winter sound

As the sun comes up, as the moon goes down
These heavy notions creep around
It makes me think, long ago
I was brought into this life a little lamb

Wybudziła się o poranku. Jasne światło promieni słonecznych wpadało ukosem przez wejście jaskini. Otrząsnęła się z sennych pomroków, po czym rozejrzała się, szybko dostrzegając, że była sama. Po długiej, nocnej rozmowie z córką, zasnęły wtulone w swoje futra, jednakże Fene musiała opuścić grotę wcześniej, udając się ku własnym sprawom. Aldieb nie przejęła się tym zanadto, rozumiała wędrowną naturę swej latorośli. Była szczęśliwa, że mogła ją ujrzeć, całą i zdrową, porozmawiać i spędzić z nią czas, a w sercu wciąż czuła rozchodzące się  przyjemne ciepło na wspomnienie tego spotkania. Uniosła się na skostniałych członkach, ostrożnie rozprostowując zdrętwiałe kończyny. Gdy wyszła poza granice jaskini, poczuła na ciele kąsające igły mrozu. Poduszki łap stąpały niepewnie po twardej, przemarzniętej ziemi. Uniosła pysk ku popielatemu niebu, zastanawiając się kiedy zima poza mrozem przyniesie śnieg. Otrząsnęła się po raz kolejny, strosząc przy tym brązowe futro i ruszyła przed siebie, zanurzając się między wysokie pnie drzew. Minęła polanę spotkań i niespiesznym truchtem ruszyła wzdłuż jeziora. Złote tęczówki śledziły uważnie otoczenie. Akwen wodny pokrywała krucha warstwa lodu - żadne zwierzęta już raczej nie skorzystają z wodopoju. Skuliła uszy i z nosem przy ziemi podążyła dalej wydeptaną ścieżką. Zdwoiła czujność, mając nikłą nadzieję, że napotka na trop leśnej zwierzyny, jednakże jedynymi towarzyszami były fruwające nad jej głową ptaki. Przeskoczyła zwalony pień, zapadnięty i wydeptany przez wilcze łapy i podążyła dalej, kierując się w głąb Lasu Śmierci. Pochłaniała widoki ślepiami, wciąż nie mogąc się nimi nasycić. W ciągu ostatnich dni wracały do niej coraz wyraźniej wspomnienia sprzed śmierci. Polowanie, w którym to ona była łowną zwierzyną. Demony, na każdym kroku czyhające na jej życie. Zacieśniające krąg cienie. I ciągły strach, przejmujący do szpiku kości, zagnieżdżający się głęboko w sercu i umyśle. Przyspieszyła, a jej łapy odbijały się głucho od skamieniałej z zimna gleby. Pamiętała jak trucizna rozchodziła się zachłannymi mackami po jej ciele, jak choroba objęła wszystkie jej członki, aż w końcu sięgła obydwu oczu, aż po złotych tęczówkach nie zostało nic poza wspomnieniem. I pozostał jej tylko mrok. Teraz, biegnąc przez znajomy las, radowała się jego widokiem. Jednak nie mogła zaznać spokoju,w myślach wciąż wracając do pytań. Czemu zwrócono jej życie? Jakim cudem mogła znów widzieć? Jaką cenę przyjdzie jej za to zapłacić? Litania pytań, w kółko, bez odpowiedzi.
***
W sercu lasu znajdowała się, zwinięta w kłębek mała kula brązowego futra. Nos i oczy przykryte były długim i puszystym ogonem. Sierść przykryta już była cienką warstwą, padającego z nocnego nieba puchu. Nagle mleczne drobiny opadły na ziemię, gdy wilcze ucho drgnęło. Zaraz potem ruszyła się głowa, unosząc się zza futrzastej osłony. Powieki uchyliły się, ukazując dwoje złotych ślepi, które niepewnie rozejrzały się po otoczeniu, zastanawiając  się co je rozbudziło w samym środku nocy. Mogła być to miękka cisza, która zapadła w lesie, pod wpływem kolejnych warstw perłowego śniegu. Samka podniosła się, w powietrzu uniósł się mały obłoczek pary, wydobywającego się z jej pyska ciepłego oddechu. Spojrzała w górę, jednak firmament milczał dzisiaj ciemnym całunem. Potrząsnęła łbem i nabierając tchu, ruszyła dalej, przed siebie, krocząc między pustymi pniami drzew. Wędrowała już tak, zdawałoby się od wielu dni, szukając schronienia i jadła. Wszelka zwierzyna jednak jakby się ulotniła, szukając lepszych miejsc żerowisk lub przezornie zapadła w bezpieczny sen zimowy. Samica natomiast była słaba, zbyt słaba, by w pojedynkę zapolować na większą ofiarę. Nie jadła już od tylu dni... Ze zmarzniętej gleby nie dało się nic wygrzebać. Nie było nic. Nie było nikogo. Jakby na zawsze skazana była na tułaczkę wśród srogich i milczących pni drzew. Jakby w całym lesie była sama. Nie miała już sił. Jednak jej łapy wciąż parły naprzód, coś kazało jej się nie poddawać. Zachwiała się. Otarła się pyskiem o chropowatą korę, oparła się bokiem o nieruchomy i stabilny pień drzewa, opadając nań całym ciężarem ciała. Żebra unosiły się w głębokich oddechach. Mroźny wiatr targał jej futrem, rzucając w oczy wciąż sypiące się z nieba drobiny śniegu. Wzięła kolejny dech, choć powietrze raniło dotkliwie lodowatymi igłami. Podniosła się na łapach i wznowiła wędrówkę.  Musiała wykarmić nie tylko siebie, ale także istotę, która żyła i rozwijała się w jej łonie.
***
Chuderlawa sylwetka wyłoniła się zza pni. Spod brązowego futra ciągnące się przez całe ciało, cienkie linie blizn, były niemal niewidoczne. Samica oblizała pysk z rozmazanych plam krwi. Trudno rzec, czy był to łut szczęścia, czy sprawiła to jej wytrwałość, a może Las zlitował się nad swą mieszkanką? Udało jej się jednak trafić na powalone truchło byka. Choć najsmakowitsze kąski były zjedzone, wciąż pozostało wiele mięsa, by drobna samka mogła najeść się do syta, może jednak dane było przetrwać jej tę zimę? Nie w guście byłoby odchodzić, tak prędko po własnym powrocie z Krainy Umarłych.


Walk unafraid
I'll be clumsy instead
Hold me, love me or leave me high.

sobota, 6 stycznia 2018

Delirium

At tragic heights
She hangs from the stars
A requiem played
In a broken heart

Atramentowa czerń nocy zawisła mrocznym całunem nad połacią starego lasu, który jak dywan rozwijał się po ciemnej dolinie. Nie było gwiazd ni księżyca by rozświetlić mroki puszczy, wypełnionej mrukliwymi szeptami drzew, których opowieści przez zefiry rozsyłane były we wszystkie strony świata. Szmer ich łagodnie rozchodził się w powietrzu. Nie mącił wszechobecnej ciszy, raczej ją dopełniał, razem z odgłosami żywych istot, tworząc prastary oddech wiekowego boru. Wśród antracytowych ciemności kniei, między ogołoconymi z liśćmi krzewami, po ziemistej ściółce stąpała wątła istota. Jej chude kończyny przemierzały ledwo widoczne ścieżki, nie widząc ich nawet, drogę obierając tak jak jej wewnętrzny głos dyktował. Serce jej wciąż jak oszalałe biło, pompując krew w tętnice, buzując w organizmie, napędzając szalone wizje, które wciąż jak żywe migały jej przed oczami. Karmazynowe plamy posoki, mieszające się z mulistym błotem. Oślepiające, jaskrawe  światło oraz bijące ciepłem fale energii. Kły Tristana i rozrywana skóra. Wszystko to wydarzyło się tak prędko, tak nagle, że samica mimo upływu czasu, wciąż nie potrafiła ogarnąć tego poskładanym naprędce umysłem.  Wracały kolejne mary, wcześniejsze zdarzenia. W głowie rozbrzmiało czystym dźwiękiem srebrzyste brzmienie dzwonków, a zaraz potem nawiedzający ją od tygodni ciepły głos kobiety - tej co życiem się nazwała, co rozum jej darowała, a zarazem misje - zadaniem obarczyła brązową samicę, niejasnym, szalonym. Zrodzić miała nadzieję, potomka, tajemnicę nieznaną. Ale cóż to oznaczać miało, w jej oczach - obca istota, przemocą w jej łonie osadzona. Kalejdoskop barw zaskoczył, znów zmienił swe obroty, po raz kolejny krucze pióra ukazując, obsydianem smolistej czerni zalewając. Wśród ich upiornego krakania, dostrzegła akwamarynową sieć błyskających świateł, pulsujących niczym żyły rozchodzące się labiryntami we wszystkie strony, daleko, niczym plątanina korzeni, oplatając najodleglejsze zakamarki sędziwej puszczy. I znów nic, mrok w jej umyśle nastał, a samka zatrzymała się. Powieki opadły, kryjąc migotliwe złoto tęczówek. Pochyliła pysk, łagodnie kierując go ku ziemi. W nozdrza uderzył kojący zapach gleby, znajomy i bliski, tak znajomy. W obłąkanym biegu zdarzeń ta jedna, jedyna myśl ją utrzymywała - powróciła do Stada Nocy, w jedyne miejsce na świecie gdzie mogła poczuć się jak w domu. Znajome tereny przyjęły ją niczym z dawna nie widziane dziecko. Duch przepełnionych pradawną magią ziem porwał ją w swe objęcia, zanurzając w dobrotliwym kokonie splecionym z mroku i cieni, pozwalając jej odetchnąć, rozluźnić zmęczone od biegu członki, ukoić zszargany umysł, szepcząc delikatne pieszczoty, niczym matka swe dziecię przyjmując, gdy brązową wciąż dreszcz nachodził na wspomnień lawinę, myśli natrętne o życiu i śmierci, kręgu odwiecznym i tym co najbardziej lękiem napawało - jej zmartwychwstaniem, spoza światów, czeluści śmiertelnych, poprzez nieznane realia wędrówek i powrotu nagłego, niespodziewanego, natury prawa wypaczającego. Odetchnęła miękko, zanurzając się cała, w tej czerni i ciszy, niczym w głębinach wód bezdennych, oddając ufnie dłoniom szemrzącym, starożytnej plejadzie duchów, co pieczę strzegli w kniei wieczystej, a teraz nad jej ciałem mocą natchnionymi skrzydłami rozwinęli opiekę, w ich kołysankę się wsłuchując oddała się marzeń sennych krainie, a znaczona niczym marmurowymi żyłkami pobliźniona sylwetka zaległa w miękkiego mchu szafirze.
***
Złotooka wędrowała po terenach stada, które Dziećmi Nocy się wołało, pamiętając dawne ścieżki, lecz nie znający nowych, wydeptanych przez obce łapy. Zadziwiona była jak wiele nie rozpoznawała, gdy przyroda rozrastała się, z każdym dniem płynnie zmieniając, modelując otoczenie, przemieniając widoki, niczym obraz na płótnie malowany i przemalowywany, wciąż i wciąż na nowo. Tak też i z tutejszymi lasami było - choć wciąż ziemia ta sama pod chrzęstem pazurów, niewiele więcej poznać mogła, nie tak pamiętała, a wspomnienia choć żywe, wciąż zdawały się plątać, mącić i gubić bieg czasu, którego zresztą mogło tyleż upłynąć, gdy brązowej dusza po światach i zaświatach, między otchłaniami i czeluściami błądziła. Dni mijały, wieczory i poranki, gdy nadwątlona z sił samica przemierzała tereny stada, odkrywając i ucząc się ich niczym szczenię. Wiele myśli poznała, odkryła i posmakowała, rozumiejąc co raz to więcej o sobie, o tym co było i czego nie było. Nie było. Przyjaciół, rodziny. Gdzie ich ciepłe futra, wonie znajome? Wątłe, ulotne - jedynie niemrawe ślady dni dawnych, zapomnianych i utraconych. I wciąż kołatało w głowie pytanie - po cóż wróciła? Czyjego żartu była przedmiotem? Kto śmiał przywrócić ją, z lodowych odmętów wyrwać przemocą i wrzucić ją, połamaną, kaleką, składaną naprędce, w ten świat żywych i zdrowych? Czuła, wiedziała, od początku przeczuwała, że choć wróciła - nie cała była, brakło odłamków, fragmentów, jej mocy, zdolności i sił zdobytych; krwią i łzami opłaconych. Nie słyszała już przeto głosów i szeptów nienawistnych, nie czuła już  obecności istot piekielnych, demonów a zarazem towarzyszy wśród przygód i zmagań. Pozostała sama w szaleństwie świata, stęskniona, zlękniona, obawami przepełniona, nie mając nic więcej niż urywane miraże zesłanych jej wizji.
***
Świat spowijała perlista łuna bijąca jasno z pełnej tarczy księżyca, który lśnił alabastrowym blaskiem, niemal rażąc, oślepiając wrażliwe oczy, gdy się weń spojrzało. Niewiarygodne szafirowe cienie tańczyły wśród strzelistych sylwetek drzew, odcinających się wyraźnie na tle gwieździstego nieba. W przejrzystym powietrzu bez trudu dostrzec można było smukłą sylwetkę niewielkiej samicy, która zbliżała się z wolna, wyraźnie zamyślona, ku niewielkiemu jezioru u podnóży szumiącego srebrzyście wodospadu. Kobaltowa pokrywa wody odbijała w swej tafli migotliwe girlandy gwiazd. Poduszki łap zanurzyły się w  kąsających lodem falach, zniżając łeb do zbiornika. W złotych ślepiach ukazał się obraz brązowej samki - jakby znajomej, jednak oblicze przecięły na pół dwie podłużne szramy. Z jej gardła wyrwał się pomruk głęboki. Skoczyła, odwróciła się gwałtownie, burząc lustrzane odbicie. Odeszła, zanurzając się między pnie drzew, wśród zarośli, miesiącem oświetlanych. Wsłuchała się w delikatny szum wiatru, sylfów mglistych, które niosły wraz z sobą opowieści duchów co w zmurszałych pniach zamieszkiwały, szmaragdowymi oczyma świat obserwowały, przez wieki nieruchome, przez śmiertelnych niedostrzegane, pomijane, niedoceniane; milczący strażnicy czasu.


At stars unborn
All has begun
At the shadow sun
Delirium

czwartek, 4 stycznia 2018

Nieodwracalnie

(...)
- Jak dla mnie istnieją tylko prawa natury, surowe i sprawiedliwe. Ale wierzenia innych istot to rzecz wiary i nie mnie to osądzać. - Ananke ruszyła dalej, bo stojąc w miejscu tylko traciły czas czekając aż do niej dołączy.
- Nawet prawa natury można obejść. - Cyane mrukneła jedynie, ruszając dalej. - Tu jest. - Szepnęła bardziej do siebie, wychodząc obok wzniesienia, skręcając gwałtownie i zaglądając w głąb pieczary, gdzie w głębi rozbłysły dwa ogniste ślepia.
- Jednak to zawsze ma swoją cenę. - Przyspieszyła kroku, gdy kobieta się z nią zrównała. Gdy już doszły już do celu ich podróży Ananke zatrzymała się przed pieczarą. Porachunki ze zjawa nie leżały w jej interesie i nie zamierzała się wtrącać.
✦✦✦
Dwa jarzące się punkty rozbłysły w głębi jaskini, niczym zapalone pochodnie. Titaia uniosła powieki, opuszczając krainę sennych marzeń. Wyczuła zbliżających się gości. Uniosła swe cielsko, ze chrzęstem rozprostowując kończyny. Z jej gardzieli wydobył się cichy pomruk, który potoczył się po grocie zwielokrotnionym echem. Stała tam gdzie była. Zniknęła. W następnej sekundzie łapa potwora przycisnęła do ziemi wątłe ciało kobiety. Nie, już nie kobiety - w tym krótkim odstępie czasu zdążyła zmienić swą postać w wilczą. Oczy łypnęły bielmem, gdy Spectre wbiła potężne szpony w jej szyję, a z paszczy wydobył się ochrypły szept "Cyane..."
Zjawa zbliżyła nozdrza do wijącej się pod nią postaci, spod kłębiących się cieni buchnęły iskry. Jej dech bił gorącem, a płomienne ślepia wbijały nieprzerwanie spojrzenie w zmiennokształtną.
- Cyane - powtórzyła, kolejne iskry uleciały w powietrze, jakby była wulkanem gotowym do erupcji. - Co tu robisz?
Samka o mlecznych oczach przestała się ruszać. Wbiła spojrzenie martwych oczu w potworę, a na jej pysku wykwitł obłąkańczy uśmiech. Wyrwała się, szarpnęła. Krew karmazynem rozlała się po miękkiej glebie, gdy Cyane odskoczyła od Zjawy. Gdy się odwracała, rany na jej szyi już zaczynały się goić. Oblizała pysk, błądząc spojrzeniem za rubinowymi kroplami, które jaskrawo mieniły się w jej oczach - oczach widzących jedynie w czerni, bieli i czerwieni.
- Cyane. - Ponaglające warknięcie dobiegło ze strony Spectre. Zmiennokształtna oderwała wzrok od ziemi, przenosząc ślepia ku tej, która celem była jej wędrówki.
- Moja droga - zaczęła, a jej perlisty głos rozniósł się dźwięcznie po polanie, na pysku ponownie wymalował się promienny uśmiech - Mam dla Ciebie wieści. Widziałam. Widziałam wiele. - Z jej gardła wydobył się śmiech. Spectre skwitowała to kolejnym warknięciem, nie chciała wcale słuchać o wizjach zmiennokształtnej, mogły one zwiastować jedynie kłopoty. Cyane była niczym więcej, jak przekleństwem i takie tez były jej jasnowidzenia. - Dusza na dwoje rozdzielona. Jedna i druga, zgubione w odmętach światów. Zgubione. Ale teraz obydwie odnalezione. Widziałam. Tak jak niegdyś ciebie widziałam, tuż przed tym jak Cię odnalazłam. Tak jak i tą co Posłanniczką Śmierci w czasach odległych wołali. - Białooka zniżyła głos do teatralnego szeptu, przeciągając co raz bardziej słowa, wpatrując się martwymi oczami w wykrzywione oblicze Zjawy. - Zbrodnia. Kara. Strata wielka, gdy jedna z myśli okradziona, druga z mocy, obydwie niepełne, zniekształcone, zepsute, parszywe. Świat ich oglądać nie powinien, paskudy, obydwie, Ty i ona i ta trzecia, zamieszana w to wszystko. Tak. Widziałam. To i więcej. A gdy zrodzi się i na świat przyjdzie, ze smolistych otchłani wydostanie się na światło dzienne, ten, który odradza się na nowo, nic już nie będzie takie samo. I pamiętaj wtedy, pamiętaj, że Cię ostrzegałam! - Dokończyła swą tyradę donośnym okrzykiem, okraszonym szaleńczym uśmiechem, gubiąc się we własnych mirażach. Ale któż mógł wiedzieć ile prawdy z tego co rzekła, ile wśród prawdy zataiła i pominęła, ile ze słów wypowiedzianych tyczyły się przeszłości, a ile dalekiej przyszłości? Bowiem Cyane gubiła się, nawet we własnych widzeniach, a Spectre dobrze o tym wiedziała. Wysłuchała wieszczki, a gdy ta skończyła mówić, prychnęła tylko pogardliwym śmiechem. Pokręciła łbem i odwróciła się od niej. Wróciła do jaskini, do groty ciemnej, wracając na swe leże. Skryła się w znajomych ciemnościach, jednak kładąc się na kamiennej posadzce, myśl ją nagła przejęła, uczucie niespokojne tknęło, a słowa jasnowidzącej wróciły ze zdwojoną mocą, tłucząc się po jej umyśle, nawołując i szydząc. Jakby coś na nią czekało. Miało się zmienić. Nieodwracalnie.
✦✦✦
But what is this, that I can't see
with ice cold hands taking hold of me
When God is gone and the Devil takes hold,
who will have mercy on your soul

sobota, 26 sierpnia 2017

Event: "Gdy korzenie upadają, upada całość"


001. "Błąd jednego istnienia"

Wśród drzew panowała cisza. Ciężka, nieprzebyta cisza. Jednakże gdyby się wsłuchać, można by było wychwycić składające się na nią komponenty. O różnej barwie i tonacji, scalające się harmonijnie w mistyczny oddech puszczy. Perlisty dźwięk kropel, które uderzając o liście zmieniały się w srebrzyste girlandy. Miękki szelest piór, gdy ptak zrywał się do lotu. Szmery, odgłos pękających gałązek. Szum odległych, sięgających ku niebu koron drzew. Wszystkie dźwięki splatające się w jedną całość. Puszcza żyła własnym życiem.
Pomiędzy wysokimi pniami przemieszczała się czyjaś sylwetka. Kocie łapy bezszelestnie stąpały po malachitowym dywanie runa leśnego. Nastroszone futro mieniło się barwami, których różnorodny blask bił z pośród niespotykanej roślinności. Kuliste sfery światła unosiły się, swobodnie lewitując w ciężkim od zapachów powietrzu. Fluorescencyjne żyjątka migały pośród listowia, tworząc w leśnym sanktuarium kalejdoskop barw.
Za postacią rysicy podążał rekini duch. Półprzezroczyste ciało, które wyglądało jakby spleciono je z wody, sunęło leniwie w powietrzu, poruszając potężną płetwą ogonową, zupełnie jakby płynął pośród ciepłych fal Pacyfiku.
Dwoje towarzyszy zmierzało na wschód, z każdym krokiem oddalając się co raz bardziej od serca terenów Strażników. Ogon kotki poruszał się z irytacją na boki, uszy położyła po sobie. Jej płomienne ślepia omiatały otoczenie, sama jednak była zatopiona głęboko w myślach. Szła tak bez słowa, od dłuższego czasu, aż milczenie w końcu przerwał stalowy głos Antany.
- Jesteś pewna, że to już czas?
Kotka obróciła się, rzucając na zjawę nieprzychylne spojrzenie.
- Czas na co? - Prychnęła.
- Na opuszczenie Drzewa Istnień. - Blade rybie ślepie łypało na kotkę nieodgadnionym spojrzeniem, a pysk wykrzywiał kpiący uśmiech, pełen rzędów ostrych kłów.
- A kogo to obchodzi? - Sierść na jej grzbiecie zjeżyła się ze złości. - Nadal nie rozumiem co wszyscy widzą w tym zielsku, w tym miejscu. Nic pasjonującego się tu nie dzieje. Nie ma najmniejszego sensu pozostawać tu ani chwili dłużej. - To mówiąc, wydłużyła kroki, zmierzając energiczniej ku granicom stada. Zza grzbietu dobiegł ją cichy śmiech zjawy.
- Kissa, mogłabyś być bardziej szczera chociaż wobec samej siebie. - Rekin przepłynął obok rysicy, jego mlecznobiała postać, załamywała się na tle chropowatych pni.
Runa prychnęła tylko, strosząc przy tym białe wąsy. Od tylu lat wędrowała po świecie. Nie czuła potrzeby by to zmieniać. Nie wiedziała po co Antana drążył temat, tylko ją denerwował. Ruszyła truchtem, ignorując jego dalsze komentarze. Chciała już jak najszybciej opuścić to miejsce i ruszyć ku kolejnym nieznanym krainom.
Szkarłatne krople krwi zawirowały w powietrzu. W gnijącym bezdechu brunatne liście opadały przedwcześnie, pokrywając spękaną ziemię kobiercem karminowych plam. Złote ślepia ziały pustką. Serce pękło w pół. Polana Istnień spływała morzem krwi. Z jaskini bił lodowaty chłód. Pulsująca energia zamarła w bezruchu, a życiodajne Drzewo zamilkło niczym grób. Wrota ku tajemnemu przejściu zamknięte na głucho, porośnięte kobaltowym szlamem. Epicentrum choroby.
Puszczę rozdarł przeraźliwy ryk. Kakofonia dźwięków przetoczyła się siłą przez połacie drzew. Na kilka sekund zamarło wszystko co żywe, struchlałe przez ów płacz. Nieopisany ból, niczym lodowate szpile, wbił się w serca i umysły zwierząt, które nie miały jak się przed nim bronić. Nie wiedziały, że będą musiały zapłacić za błąd jednego istnienia. Że wszystkich dosięgnie kara.

Runa zamarła. Przypadła do ziemi, na drżących łapach. Pokryte czernią źrenic ślepia z przerażeniem spojrzały ku centralnej części lasu, skąd dobiegł porażający serca wrzask. W uszach jej dudniło, wzburzona krew pulsowała w żyłach. Saatana. Cóż to u licha było? W zszokowanym umyśle kotki panował chaos. Z wahaniem wyprostowała nogi, rozglądając się czujnie dokoła. Przez jej ciało przebiegł dreszcze. Zdawało się jakby w jednej chwili las wokół niej opustoszał. Zniknął również Antana. Spojrzała w głąb nieprzystępnej nagle głuszy. Obejrzała się za siebie, skąd przeświecało już światło otwartych przestrzeni. Oblizała nerwowo nos. Nie wiedziała co robić. W głowie ważyła rozwiązania. Wzięła głęboki wdech i przymknęła na moment ślepia.
- Co do diabła... - mruknęła unosząc powieki. Rdzawe ślepia zapłonęły niebezpiecznie w ciemnościach.. W duszy wciąż grały sprzeczne emocje.
Ruszyła bezszelestnym truchtem przed siebie, wracając po własnych śladach do miejsca, które zamierzała opuścić.
Na Polanie Spotkań pojawiło się już parę zaniepokojonych osób. Na jednej z granitowych skał zasiadała Ogoniasta, jak to zwała nazywać ją Runa. Silje wyglądała na przejętą, ale również gotową do działania. Czekała cierpliwie, aż zbiorą się wszyscy członkowie stada. Zza listowia rysica bez trudu dostrzegła charakterystyczną sylwetkę Szamana, a w myślach zarejestrowała brak jego Totemu. Obok alphy siedział kruczoczarny basior, to zapewne jej partner, choć kotka nie pamiętała jego miana. Za plecami rodziców, mignęła jej biała sylwetka młódki, którą kojarzyła ledwie z widzenia.
Przeniosła po cichu łapy, wychodząc zebranym na przeciw. Poczuła na sobie przenikliwy wzrok Pozytywki, który jako pierwszy dostrzegł jej milcząca postać, zupełnie jakby wiedział, że miała się zjawić. Skłoniła głową na przywitanie, omiatając po raz kolejny cynamonowym spojrzeniem polanę. Zwierzęta odpowiedziały cichymi słowami, po czym znowu umilkły. Choć czujne i zaalarmowane, czekały w napięciu, bez zbędnych słów. Kotka jednak nie wiedziała na co, na kogo. Pragnęła jednak wyjaśnienia.
- Także... czy ktoś raczy powiedzieć mi co tu się dzieje? - Jej głos zabrzmiał zgrzytliwie w przytłaczającej ciszy.
- Myślę... że ja będę mogła nieco rozjaśnić sytuację. - Niemrawy szept dobiegł zza grzbietu Runy. Odwróciła się zaskoczona, a jej oczom ukazała się masywna postać smolistej wadery. Nie wydawała się jednak tak wielka jak ostatnim razem gdy ją widziała. Na przygiętych łapach i z podkulonym ogonem, spoglądała niepewnie w stronę siostry, która zerwała się gwałtownie z ziemi. Za zimnym spojrzeniem mignęła burza szamocących się w niej emocji.
Rysica wycofała się, robiąc dla niej miejsce. Od razu przypomniała sobie rozmowę między samicami, której przez przypadek była świadkiem. Przypomniała sobie raniące słowa, które padły wtedy w przestrzeń. "...mordercę. Nie pokazuj się już tu więcej!" Kotka usłyszała zaskoczony głos czarnego basiora, który wypowiedział tylko jedno słowo, jedno imię - Brahmaputra...
Seledynowe tęczówki jednej z alph mierzyły drugą nieodgadnionym spojrzeniem. Trudno było coś odczytać z wyrazu pyska Silje, który zdawał się zamienić w kamienną maskę. Runa obawiała się, że samica zaraz wybuchnie, ta jednak zaskoczyła ją zimnym tonem, w którym tylko ledwie było słychać dobrze skrywany ból.
- W takim razie mów.
Brahmaputra zadrżała pod stalowym głosem siostry, który przebił powietrze jak miecz. Wyprostowała się jednak, zachowując resztki swej dumy i zaczęła opowiadać, zaspokajając wreszcie ciekawość zgromadzonych. Jej głos rozbrzmiał donośnie w zamkniętej w skorupie czasu krainie.
- Legendy głoszą, że gdzieś w głębi lasu, poza terenami naszego stada, uśpiony jest Pradawny Duch, który przez wieki spoczywał w letargu. Sądzę, że właśnie tam musimy udać się wpierw na poszukiwania, by wyjaśnić co dokładnie się stało. Równowaga w Lesie Strażników została zaburzona. Wiem, że Ty też możesz to wyczuć Silje, i wy także. - Spojrzała po kolei po pyskach zgromadzonych zwierząt. - Tak starą istotę zbudzić mogła jedynie wielka zbrodnia, ktoś musiał zagrozić jej bezpieczeństwu. Wszyscy słyszeliśmy jej ryk. Jest jak chore, oszalałe zwierzę. Musimy... - zawahała się na moment, jakby zastanawiając się nad dalszymi słowami - ....odnaleźć sprawcę tego czynu i powstrzymać rozszalałego Ducha, nim zaślepiony bólem i wściekłością, zmiecie z powierzchni ziemi całą połać Puszczy. Jego macki sięgają już poprzez lasy, a gdy dosięgnie Drzewo Istnień, będziemy zgubieni. Naszym zadaniem, jako Strażników jest obłaskawienie Ducha i zażegnanie niebezpieczeństwa.
Skończyła mówić. Rysica zastanawiała się nad jej słowami. To by wyjaśniało zniknięcie pomniejszych duchów. Musiały być przerażone. Zauważyła, że Spieluhr nie wyglądał na zaskoczonego, ciekawe czy sam domyślił się co się stało. Przeniosła cynobrowe ślepia na skrzydlatą waderę, ona również wyglądała jakby znała już ta historię i brała tą możliwość pod uwagę. Zeskoczyła z gracją ze skały i spojrzała z uwagą po wszystkich.
- Wyruszymy od razu. - Zakomenderowała. - I Ty, Brahma.... - Jej imię jakby z trudem przeszło jej przez gardło. - Poprowadzisz nas do jego leża. Roy może zamykać naszą wyprawę.
Ruszyli bez dalszej zwłoki, przemieszczając się przez odmienioną puszczę. Gdzieś w oddali znów rozbrzmiał ryk, a ptaki zerwały się gwałtownie z gałęzi. Szum ich skrzydeł zabrzmiał nad głowami Strażników. Zwierzęta opuszczały ich tereny, uciekając przed niszczycielskim gniewem starożytnej istoty. Pytania czekały na odpowiedzi. Nikt nie mógł wiedzieć jak to się skończy. Ani co będą musieli poświęcić. Natomiast czas jaki im pozostał topniał niczym woskowa świeca. Rozedrgane cienie tańczyły dookoła, drwiący śmiech toczył się z wolna, rozpędzając karuzelę obłędu. Kto mógł wiedzieć, że najgorsze z czym będą musieli się spotkać to nie walka, czy cierpienie, a zwykła, bolesna prawda.

czwartek, 11 maja 2017

Gdzie jesteś biedronko?

Forever isn't for everyone
Is forever for you
It sounds like settling down or giving up
But it don't sound much like you girl


     Puszyste białe obłoki zasnuwały kobaltową połać nieba, sunąc wśród przestworzy, gnane figlarnymi podmuchami wiatru. Ciepłe promienie słoneczne wyzierały zza pierzastych baranów, zsyłając na świat życiodajny blask, budząc przyrodę z długiej zimowej stagnacji. Czując pierwotny zew wiosny, z norek, dziupli i kryjówek leśnych wymykały się zwierzęta wszelkich maści i wielkości. Ptaki rozpoczynały swe dźwięczne trele, a wiewiórki ganiały się po drzewach, przeskakując z gałęzi na gałąź, z których już zaczynały wyrastać młode pączki, zapowiadające pachnące kwiatami majowe dni.
     Oddech wiekowej puszczy zionął wilgocią i chłodem, zatęchłym powietrzem, które znało czasy mitów i legend. Chłonąc dźwięki, promienie, chronił i koił, dając zmysłom ulgę, pozwalając na samotne wyprawy. Wśród cieni i listowia na chudych kończynach, przemierzała nieznane ścieżki mała istotka. Sierść choć biała, cała była umorusana błotem; uszy duże, nietoperze, odcinające się czernią, skakały w takt jej żywych kroków, kiedy błądząc wśród nieznanego, lawirowała między drzewami. Nos przy ziemi, czujnie chłonąc zewsząd wonie, prowadził właścicielkę serpentynami - za krzakiem, ku pieczarze, to znów prosto w ptaków chmarę.
     Vela wybiegła z lasu, goniona odgłosem trzepoczących skrzydeł. Niemal straciła równowagę na zdradziecko śliskim kamieniu. Utrzymała się jednak na nogach i niczym zając przebiegła przez łąkę, wyskakując wysoko w powietrze, by widzieć coś nad wysokimi trawami. Jej uszy latały przy tym jak ptasie skrzydła, a jasne tęczówki skryły się pod rozszerzonymi źrenicami, które wypatrywały dalszej ścieżki. Nagle niebem wstrząsnął grzmot. Samka struchlała i skuliła się przy ziemi, a z Lasu, który właśnie opuściła zerwało się duże stado ptaków. Ciemna chmura przefrunęła nad jej głową, wydając z siebie mroczne krakanie, zwiastując nadciągającą burzę. Zaraz potem na odległym horyzoncie dostrzegła jasną smugę błyskawicy.
     Nie czekając dłużej pobiegła dalej przez łąkę, wydostała się z trawiastego muru i ruszyła w losowo obranym kierunku. Musiała znaleźć kryjówkę, nim dopadnie ją deszcz. Nie miała jednak pojęcia gdzie zmierza - postanowiła zdać się na los. Powietrze zdawało się zamarłe, cisza zaległa w dolinie, ostatnie sylwetki ptaki frunęły nisko na niebie, szukając sobie schronienia. Tymczasem chuderlawe ciało samicy wspinało się na wysokie wzgórze. Zastanawiała się czy może natrafi na jakąś jaskinię, jednak zawiodła się, docierając na szczyt. Nic tu nie było. Jedynie kilka drzew i krzewów. Podeszła bliżej skarpy, gdzie ziemia nagle się zapadała, tworząc stromy klif. Ze zdziwieniem rozejrzała się wokół. Nie spodziewała się, że mogła w tak krótkim czasie wspiąć się tak wysoko. Rozciągający się przed nią widok zapierał dech w piersi. Po raz pierwszy widziała tereny Stada Nocy z tej perspektywy. Miała pod sobą polanę oraz przylegające do niej jezioro. Za nimi szerokie połacie Lasu Śmierci, w którym serpentami wiła się połyskująca w świetle rzeka. Jeszcze dalej we mgle majaczyły szczyty gór.
     Biała samka opadła ciężko na ziemię, wbijając kurz w powietrze. Trawa miękko się pod nią ugięła, tworząc przyjemne leże. Trafiła tu niedawno, zdążyło się jednak wiele wydarzyć. Poznała Kudłacza, piękną Dalię, Skrzydlatą, tajemniczą samicę, która nazwała ją Skaczącą oraz wielu wielu innych. Przybywając tu, nie spodziewała się tylu przygód. Zastanawiała się jednak co dalej? Czy powinna tu zostać? Czy ruszać dalej? Miała odnaleźć szczęście, przyjaciół. Ale czy było to właściwe miejsce? Nie wiedziała.
     Westchnęła cicho i podniosła się z ziemi. W tym momencie uderzył w nią silny podmuch wiatru, przynosząc ze sobą orzeźwiającą woń burzy oraz chłodne powietrze. Światem znów wstrząsnął grzmot, goniony światłem błyskawicy. Niebo już dawno zasnuła stalowoszara połać chmur. Biała poczuła na pysku i grzbiecie drobne uderzenia kropel deszczu. Najpierw kilka pojedynczych, delikatnych, zaraz jednak dołączyły do nich inne, a ich liczba zwiększała się z każdą chwilą. Skoczyła z miejsca i szybko pobiegła w dół wzgórza. Chude łapy szybko przemierzały las, aż w końcu natrafiła na jaskinie. Szczęściem było, że udało jej się do nich trafić, bowiem wciąż nie spamiętała wszystkich ścieżek. Wskoczyła do pierwszego otworu i zaszyła się pod jedną z półek skalnych, zwijając się w mały kłębek. Przymknęła ślepia, wsłuchując się w monotonny szum deszczu. Wkrótce jej oddech się wyrównał, a samka odpłynęła w płytki, spokojny sen.
_________________________________
Tytuł dla zmyłki. <3 Takie o niczym, bo zaczęłam pisać w kwietniu z pomysłem, a teraz wróciłam do tego już bez pomysłu.

wtorek, 9 maja 2017

W ciemnościach

[9.05.2017, FK]

Łapy bezwiednie sunęły po ziemi, stawiając kolejne kroki między gęstymi trawami. Czarne cielsko samicy przemierzało bezgłośnie nieznane gęstwiny puszczy. Nie myślała. Nie czuła. Tylko obserwowała. Ale nawet to - jakby zza mgły. Jakby była kimś innym, zaledwie widzem. Smoliste smugi ciągnęły się za jej sylwetką, wyznaczając szlak jej trasy. Wędrowała od dłuższego czasu, trwając w zawieszeniu, na w poły świadoma. Nie czuła. Nie myślała. Nie żyła.
✦✦✦
Z gardzieli wydobył się przeciągły charkot, przetoczył się echem po pustej jaskini. Ślepia zapłonęły żywym ogniem, a ciało zdawało się rosnąć, wraz z cienistymi smugami, które unosząc się, oplatały je dokoła. Uchyliła pysk, odsłaniając potężne kły. W ciemnościach, jak dwie latarnie, przez moment mignęła para oczu. Odbiły nikłe światło, wpadające przez otwory w sklepieniu, po czym zniknęły. Ale ona czuła wyraźnie życie bijące z głębi groty. Trafiła przypadkiem na czyjeś leże. Powinna teraz pewnie wycofać się, zawrócić z obcego terytorium. Tak by postąpił każdy rozsądny. Nie ona. Nie znała już rozsądku. Nie było głosu serca, za którym mogłaby podążać. Pazury zastukały na kamiennej posadzce. Obniżyła pysk, ze szczęk kapała ślina. Z nozdrzy buchał dym. A ślepia płonęły.
✦✦✦
Zapatrzyła się na strugi krwi, rozbryzgi, wnętrzności. Na połamane kości. Wciągnęła w nozdrza zapach śmierci. Sprawiał, że czuła się żywa. Realna, prawdziwa. Płomienne ślepia przetoczyły się z wolna po wnętrzu jaskini. Woda spływała kroplami po kamiennych ścianach. Rozbłysły perliście, gdy słońce przesunęło się na nieboskłonie, a jego promienie wpadły przez rozstęp skalny, obdarowując swym ciepłem mroki podziemia. Samka stała nieruchomo przez dłuższą chwilę. Spokojna, jakby zamyślona. Po długich minutach wyszła, opuściła jaskinię.
✦✦✦
Kim jesteś?
Pytanie wypłynęło znikąd, pojawiło się w ciemnościach i przetoczyło po głębiach jej umysłu. Kim? Czym jesteś? Echo wciąż nawoływało, ponaglało. Nie wiedziała kto pytał, czemu żądał tych odpowiedzi. Była sobą. Niczym więcej. A jednak dziwne uczucie rozgościło się w jej wnętrzu. Skierowała ślepia na odległy horyzont, niknący w piaskowych chmurach. Przez jej ciało przeszedł dreszcz niecierpliwości. Czuła jak nieznana siła ją ponaglała. Ale do czego? Smolisty ogon poruszył się, zamiatając po miękkim dywanie mchu, pokrywający potężny głaz, na którym leżała, obserwując równiny. Nie mogła jednak zostać tu dłużej. Była przyzywana. Wstała. Zrobiła krok. Zniknęła.
✦✦✦
- Chciałaś wrócić. Więc jesteśmy. - Zwróciła się do białej, spoglądając na jej kościstą sylwetkę, w czarne ślepia, bez wyrazu. - Ale jak długo chcesz tu tkwić?
- Wystarczająco długo. - Usłyszała w odpowiedzi szeleszczący głos Demona, głos, który potrafił ranić samą duszę. Wymijające słowa jedynie ją rozzłościły. Płomienne ślepia Zjawy nie odrywały się od Sanetille, która zdawała się być niewzruszona. Pysk jej wykrzywiał się w szerokim uśmiechu, wydawała się być zaaferowana, jej myśli obsesyjnie krążyły wokół nowych planów. Ale Czarna była niecierpliwa.
- Nic tu nie ma. - Wycharczała, mrużąc wściekle ślepia, napinając włókna mięśni, gotowa do skoku, ataku. - Tylko głusza, nic więcej. Po co tu wróciłaś?
Pysk białej poczwary zwrócił się ku Spectre, przy wtórze chichotu.
- Zobaczysz, moja droga. Zobaczysz. - Oblizała pysk ciemnym ozorem, ślina kapała z jej czarnych kłów. Posłała Towarzyszce ostatnie spojrzenie bezdennych ślepi, po czym skoczyła w Międzyświat, uciekając od dalszej rozmowy.
Samka rozluźniła się. Kłótnia nigdzie nie prowadziła. Poczeka, na razie. Ruszyła w stronę puszczy, zagłębiając się między wysokie pnie drzew, by odkrywać kolejne nieznane połacie terenu. Tajemniczy zew chwilowo umilkł.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Tajemnica Drzewa Istnień.

Szaman zajęty akurat był ciągnięciem dziczego truchła ku swej skalnej jaskini. Postanowił zwiększyć zapasy trupów i możliwych wojowników na wypadek walk, gdyż Światem Duchów od kilku tygodni wstrząsały dziwne wydarzenia. Duchy nie były zbyt przychylne, były zdenerwowane i kapryśne. Myślał wciąż nad nowymi sposobami przekupienia ich na swoją drogę.
Znieruchomiał w pół kroku, nie unosząc pyska znad ciepłego jeszcze ciała. Wciągnął w nozdrza zapach powietrza, gdzie dominowała woń dziczej sierści i krwi. Uniósł powoli łeb i prześlizgnął wzrokiem po drzewach, obserwując je. Duch? Szaman? Kolejny? Uśmiechnął się, szczerząc zielone zęby i otrzepał się, na co zaraz zareagowały znaki na jego ciele. Zabłysły nikłym, akwamarynowym światłem, gdy Pozytywka skupiał się na znalezieniu miejsca, z którego czuł energię. Nie był podlotkiem, który nie wie co robi więc zidentyfikowanie intruza przyszło mu gładko. Należał do stada, powinien to sprawdzić, prawda? A jeśli ktoś rozwlecze mu dzika? Rzucił okiem na truchło i westchnął ciężko, otrzepując się znów. Lekkim truchtem ruszył w las, uchylając łba przed nisko wiszącymi gałęziami.
*
Krople wilgoci perliły się na rudawej sierści. Nastroszone futro falowało zgodnie wraz z niespiesznymi ruchami rysia. Kotka zapatrzyła się w stalowoszary całun nieba, zwieszający się nad lasem. Miedziane tęczówki przesunęły się leniwie po zmurszałych pniach. Wskoczyła z gracją na powalony konar, stąpając lekko po śliskiej powierzchni. Zatrzymała się. Odwróciła głowę za siebie, w kierunku skąd dobiegały dźwięki. Zeskoczyła lekko na ziemię. Omiotła spojrzeniem okolicę. Ananta oddalił się na niewielką odległość, jednak dostrzegając iż samica się zatrzymała, zaczął płynąć w jej kierunku. Kotka znów wlepiła ślepia w ścianę zarośli, wyczuwając pod łapami drżenie podłoża. Niedługo potem zza pniami dostrzegła czyjąś sylwetkę. Potrząsnęła głową, strzepując zimne krople deszczu, które wciąż kapały z gałęzi.
Szaman kierował się obcą duchową energią, która zaprowadziła go wprost do rysicy. Zatrzymał się i pochylił nisko łeb dotykając nim ziemi. Przygiął również łapę w ukłonie. Wyprostował się i rozejrzał w poszukiwaniu Ducha, a potem wyszczerzył zębiska w uśmiechu.
- Witam Cię na naszych terenach. Nie wiem czy miałaś przyjemność poznać już innych. Nazywam się Spieluhr, ale możesz mówić Pozytywka, jak Ci będzie wygodniej. Jestem stadnym Szamanem. - Przedstawił się tak jak zwykle dla każdej kolejnej, nowej duszyczki na tych terenach.
Samka omiotła potwora spojrzeniem ognistych ślepi, kiedy ten zginał się przed nią w ukłonie i wypowiadał słowa powitania. Dziwoląg. Pomyślała, wciąż przypatrując się nietypowo ubarwionej istocie. Wpatrywała się w niego przez kolejne minuty, chłonąc obce struktury z umiarkowaną ciekawością. Spieluhr czekał cierpliwie, aż rysica raczy mu odpowiedzieć. W tym czasie sunął wzrokiem za mglistą postacią rekina. Milczenie kotki trwałoby zapewne dłużej gdyby nie duch, który przepłynął właśnie kilka centymetrów przed jej nosem. Zapatrzyła się na wodną strukturę, wyrwana z zamyślenia, po czym skupiła wzrok na nieznajomym.
- Ach - wydała z siebie niski pomruk - Witaj, Szamanie. Zaczynałam powątpiewać w słowa Silje jakoby żyli tu inni poza jej ogoniastą osobowością. Wszyscy wyglądacie jak wybryki natury, czy też trafiło na to zrządzenie losu? - W tonie jej głosu nie było słychać złośliwości, co najwyżej ciekawość.
Samiec postawił uszy na sztorc, gdy usłyszał jej głos i rozciągnął wargi w uśmiechu, przyglądając się jej uważnie.
- Zwykłe zrządzenie losu, że akurat na tych terenach postanowiły zgromadzić się dość... szczególne osobniki. - Mruknął z rozbawieniem. - Ty jak widzę, do końca normalna również nie jesteś. Może i masz wygląd rysia, ale On mówi sam za siebie. - Wskazał pyskiem postać rekina.
- On? - Wykrzywiła pyszczek w grymasie, łypiąc z udawaną niechęcią na ducha. - Sam się przypałętał. Pozbyć się nie można. - Oblizała nos z zimnych kropel cieczy.
Uśmiechnął się z delikatnym rozbawieniem, słysząc słowa Kotki na temat Ducha. 
- Jesteś Szamanem? Bo Duchy z reguły nie wędrują ze zwykłymi istotami. - Przeciągnął się, obserwując rekina.
- Nie mnie oceniać o własnej zwykłości czy odmienności. Choć nad wyrost byłoby nazywanie Szamanem. Ot, zwykłe zabawy. Czasem coś się spartoli. - Znów się otrząsnęła. Gęsta kryza zafalowała, posyłając dokoła wodniste kryształy. Jej ślepia były równie rozmyte, jak jej wypowiedź. Wodziła wzrokiem za duchem, z zamyślonym wyrazem pyska.
- Cóż. Różne przypadki są na świecie. - Przeciągnął się i podrapał za uchem, czekając cierpliwie, aż ta kontynuuje rozmowę. Przez ten czas obserwował z uwagą Ducha, nie mając nic innego do roboty.
Wzrok Runy padł na drzewa, co też przypomniało kotce nurtujące ją pytania. Odwróciła się do rozmówcy z ożywieniem wypisanym w jasnych ślepiach.
- Mówisz szczególne. Że się zgromadziły. Czy ma to związek z Drzewem? Silje twierdzi, że jest niezwykłe. Może. Ale, że trzeba je chronić? Wciąz nie mogę pojąć jaki w tym cel.
Zwrócił ślepia ponownie na rysicę i skinął delikatnie łbem.
- Wydaje mi się, że ma związek z Drzewem. Jego magia przyciąga, kusi, daje poczucie... bezpieczeństwa? Daje przeświadczenie o tym, że w tym miejscu, na tych terenach, wśród tych drzew znajdzie się szczęście, spokój i schronienie. - Mruknął, mówiąc z własnego doświadczenia. - Lepiej dmuchać na zimne, nie uważasz? Po co dać Je skrzywdzić, skoro można temu zapobiegać i nie odczuwać na własnej skórze konsekwencji złych wyborów? Drzewo i jego magia spajają to miejsce, trzymają w kupie, pozwalają istnieć. Podejrzewam, że samo nie może się obronić, dlatego wybrało właśnie Strażników. Może dawać sygnały, ostrzeżenia przez to, że łączy tutaj wszystkie istoty, istnienia, nawet przedmioty martwe. Te wszystkie tereny są jak wiele żyć złączonych w jedno, żyjących w symbiozie. W pokoju. - Uśmiechnął się, unosząc pysk by nadstawić go ku wiatrom. Odetchnął głośno i spojrzał przepraszająco na Samicę. 
- Wybacz, rozgadałem się trochę. Natchnienie duchowe. - Mruknął z rozbawieniem i przesunął łapą po glebie. Znaki na jego ciele rozjarzyły się na kilka sekund oślepiającym światłem, a potem znów przygasły. Kotka przypatrywała się jego ruchom w milczeniu, w myślach wciąż zastanawiając się nad jego słowami dotyczącego Drzewa, które tak ją interesowało. Przymrużyła ślepia, kiedy neonowe znaki Szamana zajaśniały zielonkawym światłem. Poczuła mrowienie przeszywające całe jej ciało, jakby zimne krople deszczu. Ale to nie było pogoda, wyczuła napięcie Ducha, to on wpierw zareagował, zanim kotka dostrzegła skrzącą się perliście sylwetkę Tygrysicy. Samiec spojrzał w bok na postać białej Samicy, która wychyliła cielsko z Nie-Świata do realnego. 
- A to mój przewodnik, Strażnik i odrobinę szamański Bęben. Towarzyszy mi w podróżach i opiekuje się w świecie Duchów. Arsat. - Uchylił łba Tygrysicy, która na jego piękne słowa nie zareagowała. Mgielna postać skinęła łbem ku Runie, z jakąś taką królewskością w ruchach i powiodła wzrokiem za postacią rekiniego Ducha.
- Miło mi Was poznać. Pozytywka może wydawać się.. Szczególny, a czasami nawet straszny, jeśli zbliżysz się do jego legowiska, ale to wciąż jeszcze tylko dziecko, mimo lat na karku. Często rozmowy z nim mnie nudzą dlatego mam nadzieję, że znajdę innych towarzyszy. - Uniosła kąciki ust w szyderczym uśmiechu, spoglądając na Szamana który parsknął i odwrócił dumnie łeb. Głos kocicy był cichy, melodyjny, przypominający odrobinę dzwonki poruszane wiatrem. Brzmiał tak, jakby wydobywał się zza mgły. I była to mgła, oddzielająca od siebie światy.
Rysica wysłuchała mglistego głosu zjawy, przypatrując jej się z ciekawością. Wiele razy na swej drodze spotykała tak odmienne istoty, nigdy jednak w takim natężeniu; nadal ją to zadziwiało. Skinęła delikatnie łbem w odpowiedzi na powitanie Tygrysicy. Nie należało to do jej zwyczajów, ale widać postawa Białej wywarła na niej wrażenie.
- Życzę zatem powodzenia. - Wydobyła z siebie cichy pomruk, w odpowiedzi na jej ostatnie słowa. Kątem ślepi widziała jak Ananta pływa nad nią w powietrzu, robiąc szybkie zwroty i skręty, unosząc się wyżej, to znów się zniżając, obserwował samicę z zaświatów, nie odezwał się jednak słowem.


Skrzydlata wadera o czarnym ubarwieniu wyszła na patrol wieczorną porą. Czy raczej taki był jej pretekst, ponieważ nie przyznałaby nawet przed sobą, że ostatnimi czasy cierpiała na bezsenność. Nie lubiła odsłaniać swoich słabości. Gdy zeszła na skraj lasu dostrzegła czyjąś sylwetkę na polanie. Okazała się nią być nowa bywalczyni terenów HOG. Podeszła bliżej samicy, by ją przywitać.
- Witaj na terenach Stada Strażników. - Przyglądała jej się uważnie. Jej wzrok zdawał się być beznamiętny, co zdarzało się gdy padała ofiarą gorszego nastroju, tak jak to miało miejsce dzisiaj.
Runa schyliła głowę w lekkim ukłonie, w odpowiedzi na powitanie skrzydlatej samicy. Słuchała jej dalszych słów.
- Cieszy mnie fakt, iż postanowiłaś do nas dołączyć. - Powiedziała wadera, spoglądając na rysicę, czekała na jej reakcję.
W cynamonowych ślepiach zdawały się tańczyć ogniki. Pysk kotki wykrzywił się w uśmiechu, jakby właśnie usłyszała żart. Oblizała się i nastroszyła białe wąsy. Miedziane tęczówki utkwiła w ogoniastej.
- Tylko głupiec cieszy się z czegoś, nie wiedząc co z tego wyniknie. - Mruknęła niskim głosem.
- A skąd możesz wiedzieć, czy nie przypuszczam jak to się skończy? - Jej słowa nie zdziwiły Silje, nie wiedzieć czemu, ale spodziewała się podobnej reakcji. Wzrok Runy stracił zwyczajowy błysk. Rysica zaczęła się rozglądać nagle rozkojarzona. Czy raczej jakby coś innego przykuło teraz jej uwagę. Nigdzie nie było widać zjawy, która zazwyczaj jej towarzyszyła. Silje wydało się to trochę dziwne, z tego co zauważyła zdawali się być nierozłączni, ale nie planowała się wtrącać.
- Wszystko jedno. - Kotka wymamrotała niemal niedosłyszalnie pod nosem. Zmrużyła na moment ślepia. Przeszła parę kroków, na giętkich, sprężystych łapach, idąc po okręgu, tak by widzieć waderę. Jakby okrążała swą zdobycz. Przystanęła. Podniosła pysk i już spokojniej rozejrzała się dookoła. jej spojrzenie złagodniało.
- Być może zostanę. Przez jakiś czas. Ciekawa jestem drzewa, o którym wspominałaś.
Silje spokojnie obserwowała poczynania samicy, nie przejmując się zbytnio jej zachowaniem. Radowało ją, że stado się rozrastało. Choć jedna dobra nowina od dłuższego czasu.
- Drzewo objawia się wybranym członkom stada w odpowiednim momencie. - Spojrzała w kierunku, gdzie znajdowała się najważniejsza z jaskiń, a mianowicie wejście do miejsca pobytu Drzewa.
Kotka parsknęła krótkim urywanym śmiechem. Pokręciła łbem, pobłażliwie zerkając na wilczycę. Jej słowa brzmiały w uszach rysicy jak kiepski żart. Z jej punktu widzenia skrzydlata była naiwna. Albo zbyt optymistyczna; może na jedno wychodziło. Drzewo się objawia, doprawdy... Oblizała pysk, strosząc białe wąsy. Nie kpiła już dłużej, w końcu sama zadała pytanie. Zmiana jej nastawienia odbiła się w cynamonowych ślepiach, choć rysica nie wypowiedziała żadnego słowa. Zatrzepała uszami, delikatny wiatr ją łaskotał, a dźwięki dobiegające zewsząd ciągle rozpraszały. Na moment jej czarne źrenice rozszerzyły się, kiedy zakotwiczyła wzrok gdzieś poza sylwetką rozmówczyni, mięśnie instynktownie się napięły, ciało pochyliło, gotowe do skoku. Mysz czmychnęła dalej, znikając między runem leśnym, a kotka się rozprężyła, znów wracając spokojnym już spojrzeniem do samicy.
- Raczysz oprowadzić mnie po okolicy? - Jej niski tembr głosu wydobywał się leniwie z gardzieli, podczas gdy rysica przeszła kilka miękkich kroków rozglądając się po wciąż obcym jej Lesie.
Wilczyca nieznacznie potrząsała głową, gdyż sama się zamyśliła.
- Ależ oczywiście. - Kiwnęła jej łbem i ruszyła ku wejściu do lasu, zagłębiając się między wysokie pnie drzew. Runa w milczeniu podążyła za skrzydlatą waderą, przysłuchując się jej słowom i bacznie przypatrując się nieznanym ścieżkom. Pędzelki jej uszu wychwytywały ciche melodie wiatru, a nozdrzami pochłaniała barwne wonie puszczy. Wszystkie jej zmysły skupione były na otoczeniu.
- Pokażę ci najważniejsze miejsce dla członków stada. - Silje cały czas spoglądała przed siebie. Ich celem była jaskinia, w której znajdowało się Drzewo Istnień. A przy okazji przechodziły przez jaskinie zamieszkiwane przez członków stada.
- Tutaj znajdują się jaskinie mieszkalne. - Zatrzymała się na chwilę. - Te tutejsze według mnie i drugiej alfy są najwygodniejsze, ale na terenie stada jest ich więcej, także wybór jest spory. - Gdy wspomniała o swojej siostrze na chwile zesztywniała, ale ten stan rzeczy szybko minął i zachowywała się jakby nigdy nic. Runa wychwyciła zgrzyt w głosie przewodniczki, ale nie pytała - nie miało to dla niej większego znaczenia.
- Idziemy dalej. - Rzuciła wilczyca i ruszyła w stronę lasu.
Rysica obrzuciła jaskinie pobieżnym spojrzeniem i podążyła za ogoniastą, bezszelestnie stąpając po wilgotnej ściółce leśnej.
Skrzydlata obejrzała się, czy kocica idzie za nią, gdyż koło siebie jej nie zauważyła. Gdy ją dostrzegła, znów spojrzała przed siebie.
- Polanę już znasz, wiec ją ominiemy. Pokażę ci najważniejsze miejsce dla nas wszystkich. Runa posłusznie podążyła za waderą, bez słowa, bezszelestnie. Bacznie obserwując przewodniczkę, zmieniła kierunek sekundę po niej, lekko przeskakując nad leżącą na ziemi gałęzią. Po chwili dało się wyczuć dziwną, lecz potężną aurę. Należała ona do Drzewa, o czym wilczyca dobrze wiedziała, ale kocicy mogło się to wydawać dziwne.
Rysica zastrzygła uszami, zdwajając nagle czujność, zaalarmowana przez dziwne uczucie, delikatne mrowienie przeszło przez jej ciało. Nie wiedziała co to jest, jednak sierść na grzbiecie mimowolnie jej się zjeżyła. Zerknęła na skrzydlatą, jednak ta wydawała się nie reagować, toteż postanowiła na razie dalej za nią podążać. Żałowała jednak, że nie było przy niej teraz Ananty.
Silje uważnie obserwowała zachowanie rysicy. Była ciekawa jak zareaguje na wyczuwalną wokół nich aurę, a musiała przyznać iż reakcje były różne, czasem nawet dość dziwaczne. Puszysta sierść na grzbiecie Runy delikatnie falowała. Źrenice rozszerzyły się gwałtownie, przykrywając czernią płomienne barwy tęczówek. Samka obniżyła pysk, nadal na miękkich łapach podążając za przewodniczką. Uszy położyła po sobie, miała lekko uchylony pysk, by lepiej wychwytywać zapachy. Nie wiedziała gdzie skrzydlata ją prowadziła, ale nie spodziewała się kamiennej ściany. Zdezorientowana przystanęła tuż za nią, przyglądając się pokrytej bluszczem skale. Nie widziała w niej nic niezwykłego. Dziwne uczucie, którego nie potrafiła nazwać nadal jej towarzyszyło, ba, wręcz jego intensywność wzrosła. Jakby jakaś niewidzialna siła wywierała wpływ na wszystkie komórki jej ciała. W jej myślach błysnęły obrazy. Krew. Ogień. Krzyki. Poczucie chłodu i spokoju, gdy Ananta przejął kontrolę nad jej ciałem. Urywki - tylko tyle pamiętała. Nie wiedziała, czemu właśnie teraz stanęły jej przed oczami. Potrząsnęła głową, wprawiając w ruch bujną kryzę na szyi. Jej uszy drgnęły, jej przewodniczka, Silje, zaczęła opowiadać.
- To tu jest wejście do jaskini prowadzącej do Drzewa Istnień, ale nie możemy tam wejść, bowiem nie jesteś pełnoprawnym strażnikiem drzewa. - Spoglądała uważnie na rysicę. - To drzewo decyduje kogo chce tam wpuścić. Ty zapewne widzisz tu zwykłą lita skałę. - Przeniosła wzrok na ścianę. - Jednak, gdy drzewo zechce kogoś wpuścić do siebie, pojawia się tu normalne wejście. - Oczywiście istniał sposób by samemu wejść, ale temu nie zdradzała nikomu nawet innym, już pełnoprawnym strażnikom. Sama miała z tym ogromny problem, ale drzewo zazwyczaj samo ją wpuszczało.
Wysłuchała uważnie jej słów. A więc to tak - może rzeczywiście nie było to zwykłe drzewo. Dopiero teraz, będąc tak blisko zjawiska, zaczynała naprawdę wierzyć w opowieści, które zasłyszała od Ogoniastej oraz Szamana.
- Niezwykłe. - Mruknęła cichym głosem, przypatrując się skale zmienionym spojrzeniem, z pewną dozą fascynacji.
Ze spokojem spoglądała na rysice, delikatnie jej kąciki pyska podniosły się do góry by zaraz opaść. Jej reakcja była zazwyczaj jak reszty niewierzących iż jedno drzewo może mieć jakiekolwiek zdolności, a jednak. Pozwoliła Runie skupić się na aurze i dała jej czas na przemyślenie, co się dzieje nie odzywając się. Jej długą grzywę, która przypominała ludzkie włosy rozwiał wiatr, a ogony kołysały się miarowo na przemian. Ona sama miała dość nietypową reakcje, jednak ta refleksja nie należała do przyjemnych. Na jej pysku pojawił się grymas na jej pysku. W końcu łaskawie się odezwała.
- Mam nadzieje iż to wystarczający dowód na jego istnienie?
Cynamonowe ślepia pobiegły ku wilczycy, gdy ta zadała pytanie.
- Nie wątpiłam w istnienie, tylko w właściwości. - Skorygowała krótko. Nie wątpiła, że drzewo mogło być niezwykłe, jednak swoje wątpliwości nadal miała. Idea Strażników wciąż do niej nie przemawiała, postanowiła jednak nie wszczynać na ten temat dalszych dyskusji.
- Mój błąd, myślałam iż nie wierzysz w samo drzewo. - Zastanowiła się chwile nad tym co powiedziała. - Może kiedyś się przekonasz. - I już temat był zamknięty, nie zamierzała nikogo zmuszać do wiary w cokolwiek i kogokolwiek. Samica sama się o wszystkim miała przekonać, gdy nadejdzie właściwy czas.
- Nie mogę tutaj wejść, więc gdzie dalej mnie poprowadzisz?
- Lubisz zbiorniki wodne? - Spojrzała w las.
- Mam do nich neutralny stosunek. - Odparła. Zastanawiała się gdzie podziewał się Ananta. Nie lubiła kiedy znikał tak bez słowa.
- W takim razie to nasz kolejny przystanek. - Powiedziała, ruszając w stronę południowych terenów stada. Rysica wznowiła marsz kierując swe kroki obok skrzydlatej, pozostając nieco z tyłu, ale tak by móc z nią swobodnie rozmawiać. Czarne pędzelki na uszach znów kierowały się we wszystkie strony, wychwytując zewsząd wszelkie szmery i poruszenia. Jej zmysły jak zwykle pozostawały czujne, nawet gdy sama kotka była zamyślona.
- Powiedz mi jak się tu czujesz? - Ostatnio atmosfera była czasami napięta przez ostatnie wydarzenia, ale kotka mogła jeszcze nie wiedzieć, co się wydarzyło.
Zdziwiło ją nieco pytanie Silje, z jej punktu widzenia zdawało się nietypowe, odpowiedziała jednak bez dłuższej zwłoki.
- Nie gorzej niż gdzie indziej. Przyroda z pewnością jest tu interesująca a i zwierzyny jest pod dostatkiem. Miła odmiana po ostatnim miesiącu głodówki.
Odpowiedź ucieszyła wilczycę, jeszcze tego by brakowało jakby ta sytuacja zaczęła odstraszać nowych członków.
- W takim razie pozwolę sobie, iż twoją odpowiedź uznam na znak, że dobrze się tu czujesz. - Zamilkła to skręcając lub w jakikolwiek inny sposób zmienić kierunek. Już prawie była na miejscu.
Runa poczuła w nozdrzach zapach wody, w uszach delikatny szum. Jej kroki stały się nieco bardziej energiczne.
- ​Vesi.​ - Mruknęła pod nosem, rudymi tęczówkami wypatrując wśród gęstych zarośli ich celu.
Kiedy wyszły zza ostatnich krzewów ich oczom ukazało się wielkie jezioro wraz z zatoką. Bez problemu można było dostrzec przeciwległy brzeg, do którego można było się dostać od innej strony lasu. - Oto nasze jezioro. Wodopój i miejsce schadzek w gorące dni.
Rysica obrzuciła pobieżnym spojrzeniem taflę jeziora.
- Macie tu ryby? - Spytała przechodząc parę kroków ku zarośniętemu brzegowi. To miejsce z pewnością nie nadawało się do polowań, ale może w górnym korycie rzeki znalazłaby płytki odcinek? Warto było spróbować.
- Owszem są. - Wilczyca odpowiedziała krótko i ruszyła bliżej tafli wody, wchodząc do niej do połowy łap.
- Jakieś ciekawe gatunki? - Spytała, podążając spojrzeniem za Ogoniastą.
- Jest tu tylko kilka pospolitych ryb jak łososie, karpie i szczupaki. Reszta to zupełnie nowe i niespotykane gatunki. Uwaga na te co przypominają koi, ale o pomarańczowo-różowej barwie. Są trujące. - Nie przepadała za rybami, ich smak nigdy nie przypadł jej do gustu.
Kotka skinęła głową, dając znać że przyjęła do wiadomości. Wyglądało na to, że będzie musiała sama rozeznać się w temacie. Nie pierwszy raz z resztą, także nie narzekała.
- Jezioro jest zasilane przez jakąś rzekę? - Pytała dalej, chcąc jak najlepiej rozeznać się w terenie.
- Owszem. - Wyszła z wody i usiadła tam gdzie się zatrzymała. - Znajduje się tu niewielki potok. Jeśli by pójść pod prąd jego nurtu, skierujesz się na północ, tam gdzie drzewa są bardziej zielone.
- Miło słyszeć. - Mruknęła, z zaciekawieniem spoglądając na błyszącą w gwiazdach taflę wody. Będzie musiała tu później przyjść i zlokalizować wspomnianą odnogę. Na razie spojrzała jednak na Silje.
- Czy to koniec wycieczki krajoznawczej, czy prowadzisz dalej?
- Najważniejsze miejsca już ci pokazałam. - Wstała i otrzepała się, złożyła skrzydła po bokach ciała. - Wracam na polanę, zechcesz mi towarzyszyć czy masz inne plany?
- Mogę potowarzyszyć. - Odparła rysica. Nie miała w tej chwili nic ciekawszego do robienia, nie była też głodna, więc bez namysłu zawróciła i podążyła przez las, kierując się ku polanie. Nie czekała już na Silje, zapamiętała drogę.
Gdy kotka zagłębiła się w lesie, znikając z jej oczu pozwoliła sobie na westchnięcie i ruszyła s w stronę polany szybko doganiając Runę.