czwartek, 30 czerwca 2011

Pierścień Czarnego Feniksa cz. II

[30.05.2011, HOTN]
            Przez otaczające mnie ciężkie zasłony mgły, z trudem przedostał się nieprzyjemny, drażniący bębenki chrobot.Poruszyłam się nieznacznie, układając się wygodniej i zatapiając się w przytulnym, gęstym mroku, oblepiającym moją ociężałą świadomość. Ze wszystkich sił starałam się ignorować ciche przeczucie, które zrodziło się na obrzeżach mojego umysłu, że już czas przerwać tę sielankę. Jednak, ani trochę, nie miałam ochoty opuszczać tak błogiego stanu.

            Podniosłam gwałtownie łeb, a wraz z tym ruchem odpłynęło całe towarzyszące mi ciepło.Grzmotnęłam wierzchem czaszki o coś twardego i aż syknęłam z bólu. Wyskoczyłam z zagłębienia, w którym się znajdowałam i otrząsnęłam się. Skrzywiłam się przy tym nieznacznie, czując delikatny ból w klatce piersiowej. Ziewnęłam szeroko,po czym przeciągnęłam się ostrożnie, wyciągając łapy i wyginając z rozkoszą grzbiet. Mlasnęłam i rozejrzałam się wokoło.

No tak. Ciemność.

            W końcu przypomniało mi się, co było przyczyną mojej pobudki. Postawiłam uszy na sztorc, uważnie nasłuchując. Wciągnęłam ze świstem powietrze, kiedy niemal natychmiast dobiegły mnie odgłosy gryzienia, darcia oraz ciche piski.Wzdrygnęłam się z niesmakiem, rozumiejąc, że to podziemnie padlinożercy zajmują się truchłem potwora. Z drugiej strony, wychodziło z korzyścią dla mnie. Mogłam teraz bez obawy poruszać się przez korytarz.

            Czas było ruszać. Z nowymi siłami biegłam w równym rytmie, systematycznie stawiając za sobą łapy. Odgłos moich kroków oraz spokojny oddech były jedynymi dźwiękami,które od teraz towarzyszyły mi w wędrówce. Tylko co jakiś czas zatrzymywałam się na krótki postój. Minuty dłużyły się jak godziny, sprawiając, że traciłam poczucie czasu. Myśli chaotycznie przeskakiwały od jednego tematu na inny.Podążałam dalej, z niecierpliwością wyczekując końca tunelu.

             Niepokojące uczucie coraz bardziej ciążyło mina sercu. Wyciągało swoje macki, coraz głębiej sięgając, zatruwając swoją ideą moje członki. Starałam się go pozbyć, wyprzeć z umysłu, jednak nie potrafiłam.Otaczająca mnie czerń nagle zdała mi się nieprzyjazna, przytłaczająca swoją głębią. Czułam się w  niej jak w klatce.Zamknięta, bez żadnej szansy ucieczki. Mogłam tylko iść… bez żadnej nadziei…

            Czerń,która nie została zrodzona z Nocy… kryła w sobie drapieżcę, polującego na mnie,stworzenia nie przystosowanego do podziemnych wędrówek. Cichy obserwator, mógł się czaić wszędzie. Śledzić, czaić się w mroku, obserwować i tylko czekać na dogodny moment… Nieświadomie moje korki się wydłużyły, jakby moje ciało podświadomie chciało oddalić się od obcej istoty. Niemal czułam jej przeszywający wzrok wbity w moje plecy. Musiałam uciec… uciec…

            Jeszcze nie tak dawne wspomnienia zaczęły przemykać mi przed oczami. Nieskazitelna biel, czarne zjawy tworzące Krąg…

Mój rzęsisty oddech ścigał się z szaleńczo bijącym sercem. Mięśnie naprężone do granic możliwości, poruszały łapami, w szaleńczym biegu, pchając mnie coraz szybciej, coraz dalej. Obrazy… emocje… nieopisany bóli cierpienie… oplotły mnie z całą swoją siłą, korzystając z mojej coraz to bardziej słabnącej woli. Upiorne szepty goniły mnie, łaskocząc mroźnymi oddechami. Chciałam uciec, jak najdalej od ścigającego mnie potwora. Jednak nie mogłam, brakowało mi sił.

            Krzyknęłam doprowadzona już całkiem do paniki, kiedy potknęłam się o wystający z twardej ziemi korzeń. Przewaliłam się, lądując boleśnie na pysku. Zamarłam w bezruchu,łapczywie łapiąc powietrze do płuc. Nasłuchiwałam. Jednak nie wyczułam, nikogo znajdującego się w tunelu po z mną. Byłam sama.

Podniosłam się i potrząsnęłam łbem. Dopiero teraz zauważyłam, że z moich oczu ciekną łzy. Nakazałam sobie spokój. Policzyłam do dwudziestu, starając się wyrównać oddech. Wstydziłam się swojej reakcji, jednak kłujące szpilki strachu były wbite głęboko i nie sądziłam, żeby szybko się roztopiły.Już. Koniec.

            Podniosłam uszy, wyczuwając nagle prąd świeżego powietrza. Zaczęłam węszyć, przeszukując ściany korytarza. Z trudem powstrzymywałam narastający przypływ nadziei, który łatwo mógł się skończyć rozczarowaniem. Wstrzymałam oddech kiedy poczułam równą,kamienną powierzchnię oraz wypływający z jego obrzeży ciąg. Po chwili namysłu naparłam na blok całym ciałem, wkładając w to jak najwięcej siły. Nic. Jednak nie poddawałam się. Nie teraz, kiedy mogłam znaleźć wyjście. Powtórzyłam ten manewr i już po chwili poczułam jak skała drgnęła. Popchnęłam jeszcze raz i nagle kamień puścił, wpadając z głośnym hukiem na zewnątrz. Oblizałam nerwowo pysk, po czym weszłam z duszą na ramieniu przez wąski otwór.

             Syknęłam, kiedy nagłe światło boleśnie mnie oślepiło.Zamknęłam oczy, przez cały czas uważnie nasłuchując. Jedyne co słyszałam to cichy trzask tańczących płomieni. Poruszyłam się nieznacznie, czując że napięcie które mnie ogarnęło wcale nie uchodzi. Coś było nie tak. Zamrugałam powiekami i w końcu otworzyłam szeroko oczy. Przede mną znajdowała się wilka ściana skalna. Z za niej wydobywało się delikatne światło, które wcześniej było dla mnie tak bolesne. Jednak to nie było to, co mnie zaniepokoiło.  Zmarszczyłam nos, kiedy zrozumiałam, że w ten sposób działa na mnie zapach unoszący się w tym pomieszczeniu. Jednak przyzwyczajona do duchoty panującej w tunelu, nie mogłam go zidentyfikować. Wzięłam głęboki wdech i postąpiłam kilka kroków, wychodząc zza ciemnego głazu. Przede mną rozciągała się ogromna sala, oświetlona płonącymi paleniskami, ustawionymi w półkolu, wzdłuż gładko ociosanych skał. Tu zapach się nasilił, jednak szłam dalej,aż dotarłam na sam środek. Stanęłam na wytartej przez setki stworzeń posadzce,a następnie odwróciłam się twarzą w stronę miejsca, z którego wyszłam.

             Wciągnęłam ze świstem powietrze, zszokowana widokiem,który się przede mną znalazł. Głaz, za którym znajdował się otwór, okazał się być posągiem, przedstawiającym kobietę o dzikich rysach oraz drapieżnym wyrazie twarzy. Odziana była skąpo, tak, że wyraźnie było widać zarysy mięśni jej ciała. W jednej ręce trzymała sztylet, z którego spływała jakaś ciecz, najprawdopodobniej krew. Na jej szyi widniał wisiorek, zakończony misternie zdobionym piórem. W samym jego sercu umiejscowiony był szlachetny kamień, rubin, w którego ciemnym kolorze, błyskały odbite płomyki ognia. Cały posąg był wykonany z nieznanego mi materiału. Ciemny, prawie czarny kryształ, błyszczał, wypolerowany przez mistrzów rzemieślników. Jego rozmiary były ogromne. Możliwe, że sięgał nawet dalej niż najwyższe widziane przeze mnie drzewo.

             To co znajdowało się u stóp rzeźby wyjaśniało źródło woni, która wcześniej mnie zaskoczyła. Były to dwa wielkie baseny, w kształcie równych okręgów, zajmujących niemal połowę sali. Aż po brzegi wypełnione były rdzawą cieczą, o metalicznym zapachu – krwią. Do obu stóp posągu, które zanurzone były w szkarłatnym płynie, przymocowane były dwie pary żelaznych łańcuchów. Teraz spoczywały luźno, jednak bez trudu domyśliłam się, że służyły do tego by przytrzymywać osoby, skazane na ofiarę dla tego bóstwa.

            Im dłużej wpatrywałam się w ten widok, tym coraz bardziej w moim jestestwie rodziło się niesmak i oburzenie. Nie mogłam zrozumieć jak można było pozwolić na tego rodzaju religię. Jednak wiedziałam jedno. Znajdowałam się w Mrocznym Sanktuarium.

wtorek, 28 czerwca 2011

The Sound of Silence.

[28.05.2011, FK]




[Dla wolno czytających podkład najprawdopodobniej wyjdzie za krótki.]
.Muzyka.

          Drzwi uchyliły się powoli, wydając z siebie przeraźliwy jęk. Smukłe palce zacisnęły się w pewnym uchwycie na metalowej klamce. Właściciel, do którego należały skrywał się w półmroku klatki schodowej, wykorzystując nakładające się na siebie cienie. Tkwił w całkowitym bezruchu, obserwując niczego nieświadomych mężczyzn. W pomieszczeniu, mimo otwartego na oścież okna unosił się gęsty, papierosowy dym, utrudniając widoczność. Gorące, lepkie powietrze jeszcze bardziej nasilało wrażenie duchoty. Po pokoju walały się puste puszki po piwie, niedopałki, nieprzyjemnie szeleszczące opakowania po chipsach i innego rodzaju śmiecie. Jednak rozbawiona trójka zdawała się nie zwracać na te szczegóły uwagi. Rechotali głośno, poklepując się nawzajem po plecach, jakby gratulując kolegom kolejnego udanego dowcipu.  
          Drzwi trzasnęły głośno o ścianę, wprawione w nagły ruch. Przeciąg nasilił się, wpuszczając niespodziewanie mroźny, świszczący wiatr, który poderwał lekkie papiery z ziemi i poprowadził je w szalonym tańcu ku góry. Goła żarówka zwisająca z beżowego sufitu zamrugała nerwowo. Dał się słyszeć charakterystyczny trzask i w tym momencie zapadła ciemność, rozświetlana jedynie przez nikłe światło neonowych reklam, wpadające do wewnątrz z ulicy. W następnej kolejności wyłączyło się radio. Gwałtowna, wręcz nachalna cisza, która tak niespodziewanie ogarnęła wypełniony wcześniej głośnym dudnieniem pokój, uderzyła w otumanionych alkoholem ludzi niczym młot. Najwyższy z nich szturchnął swojego kolegę, najwyraźniej z zamiarem nawrzeszczenia na niego, z powodu przerwania zabawy, jednak w tym momencie spostrzegł postać stojącą w progu. Łysy od razu rozjaśniał na twarzy, myśląc zapewne, że to kumple zorganizowali mu ten prezent. W końcu dzisiaj były jego urodziny. Wszystkim mężczyznom zaświeciły się oczy, kiedy młoda dziewczyna postąpiła pierwszy krok. Była drobnej postury, szczupła, o regularnych kształtach. Jej niezwykle blada skóra, lśniła w niebieskawym świetle neonów, który nadawał jej upiornego odcienia. Długie pasma, idealnie prostych, białych włosów były luźno rozrzucone, zasłaniając jej twarz i dodając jej tajemniczości. Łysy facet oblizał się, wyginając usta w lubieżnym uśmiechu. Kobieta była dość nietypowo ubrana jak na dziwkę, pierwszy raz widział u takiej, prostą białą sukienkę. Jednak nie przeszkadzało mu to. Jej ciało samo w sobie było wystarczająco piękne, bez żadnych dodatkowych ozdób.
          Kiedy wyciągnął tłuste paluchy w jej stronę, ta jakby czytając w jego myślach wykonała kolejny płynny ruch, z kocią gracją powoli zmniejszając dystans pomiędzy nią, a coraz to bardziej podnieconą trójką. Położyła dłoń na ramieniu jednego z nich, bez problemu usadawiając go na kanapie. Drugą ręką sięgnęła ku jego twarzy. Musnęła delikatnie opuszkami palców jego policzek. Nim mężczyzna zdążył podnieść ramię, by chwycić za jej pośladki, ta uniosła twarz, rozciągając wargi w nienaturalnie szerokim uśmiechu, tym samym ukazując rząd ostrych jak brzytwa kłów. Wielkie, czarne, puste ślepia, w żaden sposób nie pasujące do ludzkiej twarzy, wlepiła w przerażone oczy, sparaliżowanej ofiary. Zanim zdążył zareagować zakryła mu usta dłonią, zarazem przechylając jego głowę na bok. Drugą ręką zaś bez większego wysiłku przytrzymując go na siedzeniu. Zbliżyła blade usta ku szyi, muskając chłodnym oddechem, kropelki potu, które wystąpiły mu na skórze. Przejechała językiem od obojczyka, kierując się ku uchu, rozkoszując się strachem bezradnego w jej uścisku mężczyzny. Z jej ust wydarł się ledwo słyszalny chichot, kiedy poczuła jak przez jej ciało przepływa fala ekscytacji. W tle, jak przez mgłę dochodziły ją zachęcające okrzyki, niczego nieświadomych towarzyszy człowieka.
          Zanurzyła kły w mięsie, z łatwością przebijając się przez wierzchnią warstwę tkanek. Łysy wydał z siebie stłumiony jęk. Z każdą sekundą z jego ciała uchodziły kolejne litry ciepłej krwi. Niemal czuł jak płyny znajdujące się w jego organizmie są siłą zasysane, odbierane mu przez tego potwora. Próbował się wyrwać, uciec… Jednak ona… to… było zbyt silne. A im więcej mijało czasu tym co raz bardziej słabł. Zamrugał powiekami, kiedy czarne plamki pokazały mu się przed oczami. Niewyjaśnione zimno nagle ogarnęło całe jego ciało. I nastała ciemność.
          Dziewczyna w końcu oderwała się od swojego posiłku. Po brodzie skapywały jej rdzawe krople cieczy, plamiąc białą sukienkę. Przetarła twarz szybkim ruchem ręki. Nienaturalnie wolnym ruchem głowy, przeniosła wzrok na dwójkę pozostałych ludzi, do których z coraz to większą siłą zaczęło docierać, to czego właśnie byli świadkami. Jej oblicze było bez wyrazu. Puste otchłanie, które umiejscowione były w miejscach oczu, wciągały świadomość dwójki nieszczęsnych istot, niczym kosmiczna, czarna dziura. Ich życie było już zaprzepaszczone. Nadzieja opuściła progi tego domu, w momencie w którym zjawiła się Ona.
          Demon przestąpił przez zimne ciało trupa jednym, szybkim krokiem. Zwiewne materiały białej sukienki zawirowały na wietrze, sprawiając, że krwiste wzory na jej powierzchni zdawały się wić niczym żywe węże. Jej drobną postać okalała Cisza, spleciona w miłosnym uścisku ze swoją kochanką – Ciemnością. Razem ze swoimi przyjaciółkami ruszyła pewnym krokiem przez pustą jezdnię, mijając szare, monotonne zabudowania. W oddali zawyły policyjne syreny. Nadchodził świt.

środa, 8 czerwca 2011

Oczekiwanie.

[8.05.2011, FK]

.Muzyka.

          Sanetille leżała na brzegu Varhoki. Za nią znajdowały się jaskinie mieszkalne. Zarysy jej półprzezroczystej sylwetki przez cały czas drgały, mimo że pozostawała w bezruchu. Od jej białego ciała wyraźnie odcinała się para czarnych ślepi, które skierowała na północ, w stronę majaczących nad horyzontem Przeklętych Gór. Od ich szczytów dzieliły ją Wzgórza i rozległe Równiny. Zafascynowana patrzyła jak widok rozpostarty przed nią zmieniał się od samego poranka. Gęsta mgła i pył z wolna zaczęły ustępować, z każdą godziną coraz to bardziej się przerzedzając. Kiedy Słońce stanęło w zenicie powietrze było już całkiem przejrzyste. Jedynie delikatny, chłodny wiatr, co jakiś czas, wprawiał w ruch luźne drobiny piasku.
          Demon podniósł się z miejsca nienaturalnie powolnym ruchem. Poruszając się nadal tym samym tempem, przeszedł kilka metrów, do zwalonego pnia drzewa, łączącego przeciwne brzegi. Wszedł na drewnianą kładkę, każdy krok wymierzając z perfekcyjną dokładnością. Sanetille mogła przemieszczać się z zawrotną prędkością, jednak dziesiątki lat spędzonych na ziemi nauczyło ją jak radzić sobie z nudą. Sposób takiego poruszania się wydłużał czas wolny od nic-nierobienia i zajmował jej umysł.
          Sanetille przystanęła i obejrzała się na Puszczę. Podobała jej się tajemniczość spowijająca drzewa tego miejsca. Płynące od niego złudne poczucie bezpieczeństwa i spokoju. Skierowała wzrok na ciemne wejście groty, znajdującej się pod ścianą gęstego lasu. Była pusta. Oprócz niej, jeszcze tylko jedna osoba zamieszkiwała tereny Zapomnianego Królestwa, a i tak rzadko się pojawiała. Jednak samica wiedziała, że wystarczy tylko poczekać by to się zmieniło. Sanetille się nie spieszyło , była niezwykle cierpliwą istotą. Po za tym wiedziała. Więc nie musiała się niczym martwić. Jedynym co należało do jej obowiązków było pozwolenie, by wydarzenia toczyły się we własnym tempie.
          Czekała. Jednak czekanie okazało się nie wystarczające. Dzisiaj w końcu postanowiła zmienić swoje miejsce położenia. Obrzuciła spojrzeniem czarnych otchłani południową część Królestwa, po czym skierowała pysk w przeciwną stronę.
          Niespodziewanie temperatura otoczenia gwałtownie zmalała. Wokół sylwetki demona zaczęły kotłować się wilgotne opary mgły.  Coraz to bielsza sierść zafalowała pod chłodnym podmuchem z Zaświatów. Samica przeciągnęła się, mrucząc z rozkoszą i wyginając grzbiet w łuk. Wróciła do poprzedniej pozycji i otrzepała się z resztek pary wodnej. Oblizała pysk szarym, szorstkim językiem i rozszerzyła wargi w psychodelicznym uśmiechu. Trzepnęła ogonem, a z jego końca uniósł się w przestrzeń gęsty dym. Poruszyła pazurami, ryjąc nimi w miękkiej glebie. Cudownie. Od dawna nie czuła ciepła Słońca, chłodu Wiatru, czy dotyku Ziemi. Z każdą upływającą sekundą przypominała sobie czym jest zmysł dotyku. W końcu. Zmaterializowała się całkowicie w tym świecie. Teraz mogła wyruszać.
         
          Łapy w równym rytmie uderzały o Glebę, wybijając pierwotną melodię. Długie trawy miękko uginały się pod demonem, mknącym w zawrotnej prędkości przez Równiny. Promienie Słoneczne odbijały się od jego, zmierzwionej przez Wiatr, nieskazitelnie białej sierści. Biegł, pozbywszy się wszelkich myśli. Teraz liczył się tylko zarys z każdym korkiem zbliżających się Gór i świst Powietrza wokół.
          Sanetille w końcu się zatrzymała. Dotarła do celu swojej wędrówki. Nad nią górował olbrzymi wodospad. Grzmot przelewających się litrów wody wprawiał podłoże w drżenie. Czuła jego moc i siłę każdą komórką ciała. Tylko kroki dzieliły jej od mrocznej toni jeziora. Zbliżała się do niego, czując narastające podniecenie. Intuicja podpowiadała jej, że za ścianą wodospadu coś się kryje. Być może była to tylko zwykła jaskinia, ale wierzyła, że jest to coś więcej. Czuła, że może tam znaleźć niezwykłą tajemnicę, mroczny sekret lub nawet bajkowy cud. Wystarczyło zajrzeć…
          Zatrzymała się, gwałtownie odwracając głowę na południe. Przekrzywiła łeb o dziewięćdziesiąt stopni, uważnie nasłuchując. Ktoś przybywał. A następne osoby były już w drodze. Musiała wracać.
          Spojrzała po raz ostatni na wodopój. Wróci tu kiedy indziej. Być może z towarzystwem. Miała nadzieję, że ta tajemnica na nią poczeka, zrozumie. Jednak mogła liczyć, tylko na jej dobre chęci. Teraz wzywały obowiązki. Jej zarysy zafalowały, zatarły się. W ułamku sekundy zniknęła, pozostawiając po sobie jedynie niewyraźne opary mgły.

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Pierścień Czarnego Feniksa cz. I

[6.05.2011, HOTN]

Cienie – wilki z tą rangą otrzymują moc dosłownego rozpływania się w ciemności, ale muszą coś poświęcić, nigdy nie będą mogły mieć dzieci.

Zadanie – Pierścień Czarnego Feniksa
Opis: Twoim zadaniem jest odnalezienie Mrocznego Sanktuarium, w pobliżu którego przebywa ten ptak. Z pomocą przyjdą Ci właściwości rangi ‘cień’. Dzięki niej możesz skutecznie tropić. Gdy odnajdziesz feniksa, musisz zdobyć jego pióro, jedyne, które ma na sobie znak Pierścienia Śmierci [w sensie feniks ma pióra, ale tylko jedno z nich ma ten symbol]. Na drodze spotkasz wiele przeciwników, a ponieważ udajesz się do Mrocznego Sanktuarium, będą to Twoje najgorsze koszmary.

***

Minął rok, od kiedy zostało wyznaczone mi to zadanie. Zwlekałam już tak długo, jednak wcześniej nie miałam realnego powodu, by wybierać się na tę misję. Co innego teraz. Teraz.. nie miałam innego wyjścia. Wykonanie tego zadania było moim jedynym wyjściem z obecnej sytuacji. Po za tym, musiałam dotrzymać danej sobie obietnicy.
Wyruszyłam o świcie. Nie miałam pojęcia którędy mam iść, jednak przeczucie mówiło mi, by zmierzać na wschód, ku odległym dzikim puszczom. Nie znając tutejszych terenów nie raz zdarzało mi się zboczyć z kursu, mimo to nieprzerwanie szłam dalej. Minęło kilka dni. Już dawno pozostawiłam za sobą Las Śmierci i biegłam teraz przez zieloną dolinę. Na horyzoncie majaczył zarys, z każdym krokiem, zbliżającej się puszczy. Przystanęłam i rozejrzałam się, nasłuchując. Kilkadziesiąt metrów dalej szemrał strumyk. Dobiegłam do niego i ugasiłam pragnienie, pamiętając, że w gęstwinie mogę nie natrafić na żaden wodopój.
Już miałam ruszyć dalej, gdy nozdrzami wyłapałam znajomy zapach. I z całą pewnością nie wywoływał dobrych wspomnień. Obrazy zaczęły migać mi przed oczami, całkiem przysłaniając błękitne niebo. Mrok, ciemność, ból… żelazne pręty, ostrze strzykawki… Ból… Błysk światła… W jednym momencie zapomniałam o swoim zadaniu i pobiegłam w stronę skąd dochodził zapach… potu, miasta, prochu i psów. Mych uszu dobiegło szczekanie czworonożnych, głośne odgłosy przedzierania się przez chaszcze. Przez cały czas wzbierała we mnie wściekłość.
Przystanęłam, ukryta za listowiem, dostrzegając jednego z dwunożnych stworzeń. Bezgłośnie podeszłam bliżej, nie kryjąc się już. Czekałam, aż człowiek zda sobie sprawę, że nie jest sam, wyczuje moją cichą obecność i odwróci się z lękiem, przed tym, co może zobaczyć.
Obserwowałam jak jego twarz wykrzywia zaskoczenie i lęk, sama nie odrywając od niego złotych ślepi. Zawarczałam ostrzegawczo, ukazując ostre kły. Człowiek cofnął się kilka kroków, potykając się o własne nogi. Znienacka rzuciłam się na niego i potężnym szarpnięciem za nogę powaliłam go na ziemię. Poczułam na języku metaliczny smak krwi. Moja ofiara krzycząc na pomoc próbowała jeszcze uciekać, ale skutecznie jej to udaremniłam. Doskakując do gardła zacisnęłam szczęki przebijając tętnicę i inne narządy. Z rany i ust człowieka popłynęła gorąca krew, wydał z siebie ostatni charkot, a jego oczy zmatowiały, spowite mgiełką śmierci. Rozluźniłam uchwyt, słysząc za sobą pośpieszne kroki i podniosłam głowę, od razu spoglądając w stronę skąd zbliżał się drugi kłusownik. Zmartwiałam widząc w jego ręku strzelbę. Tym razem nie mogłam liczyć na przewagę zaskoczenia. Człowiek spostrzegłszy mnie obok swojego towarzysza natychmiast podniósł broń do twarzy. Nie czekałam, aż wyceluje. Wystartowałam z miejsca i chwyciłam go, wykręcając nadgarstek, tak by musiał rozluźnić uchwyt.
Usłyszałam huk, z drzew zerwały się spłoszone ptaki. Broń spadła na ziemię, kilka metrów dalej. Mężczyzna stracił równowagę, odrzucony przez siłę wystrzału i wylądował na ziemi. Puściłam rękę i zanim tamten zdążyłby choćby pomyśleć o tym, by się podnieść, stanęłam na nim z zębami na jego gardle.
- Żegnaj – mruknęłam i zacisnęłam szczęki.
W górze słychać było szelest skrzydeł czarnych jak smoła kruków, frunących na ucztę. Przynajmniej one coś będą z tego miały. Po raz ostatni rzuciłam okiem na truchła ludzi i zawróciłam w stronę miejsca, gdzie zboczyłam z kursu. Później będzie czas na wyrzuty sumienia.


***

Gdy przykrył mnie cień wiekowych drzew zwolniłam i wyostrzyłam wszystkie zmysły. Nie wiedziałam, czego się mogę tu spodziewać… W wilgotnym półmroku panowała nienaturalna cisza, w powietrzu unosił się zapach zbutwiałych liści. Łapami zapadałam się w miękkiej ściółce.Zagłębiałam się coraz dalej w las, jednak nigdzie nie mogłam dostrzec żadnego śladu żywych stworzeń, pomijając rośliny.  Z niezrozumiałym niepokojem w sercu, nie mogąc dłużej się zastanawiać, ruszyłam dalej lekkim truchtem, uważając na zdradzieckie korzenie i pilnie nasłuchując. Panująca tu cisza budziła we mnie nieufność.Maszerowałam tak przez trzy dni, a w moim otoczeniu nic się nie zmieniło.Półmrok i monotonność tego miejsca uśpiły moją czujność, a wieczna cisza napawała mnie irracjonalnym lękiem, którego nie potrafiłam się pozbyć. Moje kroki, mimo że tłumione przez poszycie leśne, zdawały się rozbrzmiewać głuchym dudnieniem. Przeszło mi nawet przez myśl, żeby zawrócić, ale szybko się jej pozbyłam. Mój otumaniony umysł zapadał w letarg. Unosiłam się w powietrzu, tak gęstym, że można było w nim pływać… tak lekko… chodzę po chmurach…? Umarłam…?

ŁUP!

Auuaaaa… życie po śmierci raczej tak nie bolało, chociaż… co ja niby mogę o tym wiedzieć… ała.Coś mnie kłuje w bok…

Ból w głowie, a właściwie w całym ciele skutecznie mnie ocucił. Z głuchym warknięciem zwaliłam z siebie kłodę i otrząsnęłam się z ziemi, porostów i mchu.Spojrzałam w górę. Nade mną ziała dziura, przez którą jeszcze zsypywały się pył i suche liście. Parsknęłam z irytacją i potrząsnęłam głową, kiedy jakiś kamyczek trafił mnie w nos. Rozejrzałam się dookoła. Wyglądało na to, że trafiłam do czegoś w rodzaju tunelu. Wątłe światło, któremu udało się przedostać przez gęste listowie, oświetlało tylko krąg wokół mnie. Dalej panowała ciemność. Wydostać się przez tą samą drogę, którą tu trafiłam nie było jak, zostawało mi pójść w którąś stronę korytarza, tylko w którą…? Do przodu,czy.. y.. do tyłu? Przeklęłam samą siebie za stracenie czujności, nie miałam pojęcia, w jakim kierunku wcześniej szłam. Mimo bólu głowy postarałam się skupić i na spokojnie wszystko sobie przemyślałam. Zostało mi zaufać intuicji.Przymknęłam oczy i już po kilku chwilach uśmiechnęłam się z wyrazem tryumfu na twarzy. Wschód miałam przed sobą, zachód zaś z tyłu. Ruszyłam przed siebie,stąpając ostrożnie po nierównej powierzchni. Zagłębiając się w mrok zdałam sobie sprawę z kilku różnic. W tunelu panowały kompletne ciemności, nie widziałam zupełnie nic, jednak tutaj dobiegały mnie dźwięki, wiele dźwięków… Coś mi się zdawało, że wolę nie spotkać stworzeń, które je wydawały…

***

            Au! Au! Au! Coś mi się lepi do łap.Blee. Fuj. Fe.Wzdrygnęłam się przyspieszając, chciałam jak najszybciej wyjść z tego świństwa.To pachnie jak… nie! Nie myśl! Idź dalej…Nie myśl…

***

            Uch…cholera! Co to jest?! Ale tu okropnie ciemno. I znów cuchnie… Gdzie jest to cholerne wyjście…?

***

            A co jeśli to się ciągnie do samego końca Ziemi? Będę iść, iść, aż zdechnę… o ile wcześniej mnie coś nie zeżre… Pomyślałam, na końcu zdając sobie sprawę, że od jakiegoś czasu podąża za mną stale powtarzające się skrobanie…

***

            Coś za mną idzie… czuję to… Aaaargh… niech to się wreszcie skończy!

***

            Potknęłam się o jakiś korzeń i wyjebałam na pysk. Zerwałam się natychmiast na Równe łapy i zesztywniałam sparaliżowana strachem. Wyraźnie słyszałam szuranie, charkot. W momencie mojego upadku jakieś stworzenie… Taak… obserwowały mnie i czekały, aż padnę z wycieńczenia.Teraz nie dadzą mi już spokoju…

***

            Cholera! Podskoczyłam sycząc z bólu.Coś mnie ukłuło w tylną łapę. Au! Znowu! Coś długiego i ostrego niczym igła,wbijało mi się głęboko w kończyny przy każdym kroku. Poczułam jak ciepły płyn spływa mi po nogach… krew. Ale nie mogłam się teraz zatrzymać, inaczej te małe wstrętne bestie pożarłyby mnie żywcem. Ruszyłam dalej z tą różnicą, że co jakiś czas byłam raniona w tylne łapy. Te nieznane mi stworzenia wpijały się w moje ciało i wysysały krew, zanim nie rzucałam się w ich stronę kłapiąc zębami. Było to bardzo nieprzyjemne, nie byłam wstanie się ich pozbyć, po za tym cały czas krwawiłam…

***

            Byłam bardzo osłabiona, w dodatku od dawna nic nie jadłam. Moje wyczerpane ciało domagało się pożywienia. Nie miałam wyboru. Jeśli nie chciałam paść z głosu, musiałam coś zjeść, a jedyny pokarm w zasięgu moich szczęk, poruszał się wraz ze mną. Zastanawiałam się, czy te stworzenia nadają się do jedzenia.

            Zwolniłam trochę i zaczęłam powłóczyć nogami, udając, że nie mam już siły by iść. Poczekałam na znajome kłucie w ciele i błyskawicznym ruchem złapałam „pijawkę” zębami, które natychmiast się na niej zacisnęły. Ale tego się nie spodziewałam… Zawyłam z bólu, a w moich oczach wezbrały łzy, kiedy poczułam jak w delikatne podniebienie wbijają się kolce i twarda skorupa. Mimo to nie rozerwałam szczęk.Jednak, żeby dostać się do miękkiego wnętrza musiałabym położyć swoją zdobyczna ziemi, a wtedy znikłaby w ułamku sekundy, pożarta przez swoich byłych towarzyszy. Wznowiłam marsz, myśląc intensywnie i nagle zdałam sobie sprawę,jaka ja byłam głupia. Przecież jestem Panią Powietrza! Tak rzadko używam swojej mocy, że niekiedy zapominam, iż takową posiadam. Puściłam mój przyszły posiłek i sprawiłam by unosił się w powietrzu, potem manipulując ciśnieniem rozsadziłam skorupę od środka, jednocześnie przytrzymując miękkie wnętrzności, by się nie rozleciały. Chwyciłam pyskiem mięso, krzywiąc się przy każdym, choćby najlżejszym nacisku na podniebienie i ubolewając nad swoją głupotą. Stworzenie smakowało obrzydliwie, miało gumowatą konsystencję i pachniało paskudnie, ale przynajmniej coś znalazła się w moim żołądku. Wreszcie w moim sercu zapłonęła iskierka nadziei.

Może jednak mi się uda…?

Jednak wiedziałam, że to jeszcze nie koniec. W prawdzie rozwiązałam jeden problem, ale pozostawał kolejny. Potrzebowałam snu. Pewnie mogłabym iść jeszcze kilka dni,ale i tak w końcu musiałam odpocząć. Tylko, że gdybym sobie na to pozwoliła pijawki natychmiast by mnie dopadły. Niby mogłam ponownie skorzystać z mojej mocy, ale nie wiedziałam, w jaki sposób i nie byłam pewna, czy potrafiłabym ją kontrolować podczas snu. Wolałam nie ryzykować. Westchnęłam ciężko. Pozostawało wierzyć, że tunel wkrótce się skończy.

            Idąc dalej, nagle usłyszałam niepokojące odgłosy. Pod łapami czułam drżenie podłoża. Z oddali dochodził do mnie rumor, jakby waliło się sklepienie. Zatrzymałam się za strachem, nie wiedząc, co o tym myśleć. Hałas z każdą sekundą był coraz bliżej. Stałam w miejscu, na drżących łapach, czekając na nieuniknione.

Najpierw poczułam odór zgniłego mięsa i rozkładu, zaraz potem z mroku wyłoniło się przerażające monstrum, całkowicie zasłaniające przejście swoim ohydnym cielskiem. Wprost z jego łba wyrastało kilka czułków, zakończonych świecącymi diodami – wabikami. Cztery pary małych oczu usadowionych po dwóch stronach szerokiego łba, błyskało ku mnie złowieszczo. Duży, czerwony nos węszył nieustannie, wyczuwając zapach świeżego mięsa. Potwór otworzył paszczę,ukazując rzędy ostrych jak brzytwa kłów. Wydał z siebie porażający ryk, pod którym ugięły się pode mną łapy. Podniósł potężną kończynę, zakończoną olbrzymimi,tępymi pazurami, służącymi najpewniej do kopania tuneli. Opuścił ją na ziemię z głuchym odgłosem uderzenia. Byłam niemal pewna, że jednym ciosem pogruchotałby mi wszystkie kości. Mój umysł zalała fala paniki. Co robić?! Rozglądałam się na boki w poszukiwaniu drogi ucieczki,ale oczywiście takowej nie znalazłam.

-Skup się! – Warknęła do siebie, starając się ignorować stwora. Wzięłam kilka głębokich wdechów, z trudem zapanowałam nad drżeniem łap. Obserwowałam monstrum czekając na jego ruch, jednocześnie w głowie opracowywałam plan. W końcu potwór ruszył. Zbliżał się do mnie otwierając szeroko pysk, najwyraźniej nie spodziewał się, że coś mu przeszkodzi w posiłku. Niestety, musiałam go rozczarować. Życie mi się jeszcze nie znudziło.

Uśmiechnęłam się cierpko do siebie i zaczęłam działać. Posłużyłam się tą samą sztuczką, co przy pijawkach – ciśnieniem. Naczynia krwionośne pękały, stwór rozpadał się od środka, dosłownie. Zaryczał wściekle, przeszyty niespodziewanym bólem. W furii rzucił się na mnie, gwałtownym szarpnięciem ciała. Zaskoczona i zdezorientowana nie zdążyłam uskoczyć. Wielkie cielsko spadło na mnie i przygniotło do ziemi.Ostatkiem sił zatrzymałam serce. Wydałam z siebie cichy jęk, nie mając siły na nic więcej.

            Wdech. Wydech. Wdech i wydech.Liczyłam powolne oddechy, próbując nie stracić przytomności. Musiałam się wydostać… Napięłam mięśnie, chcąc wysunąć się spod ogromnego ciała, jednak było tak ciężkie, że nie udało mi się nawet drgnąć.

Traciłam czucie w kończynach. Myśl… Myśl. Musisz się wydostać. Wzięłam kolejny płytki oddech,starając się nie zwracać uwagi na ból rozchodzący się po wszystkich komórkach ciała. Z trudem udało mi się skupić myśli.

Ależ ja jestem głupia!

Kolejny oddech, posyłający falę ognia w głąb mojego mózgu. Ból dekoncentrował,irytował, było nie do zniesienia.

Skup się głupia!

Zacisnęłam szczęki, dokładnie wyobrażając sobie, co zamierzam zrobić. Martwe truchło drgnęło. Potem uniosło się. Powoli, ale ze skutkiem udało mi się je unieść,siłą woli przesunąć w bok i z powrotem opuścić na ziemię. Wypuściłam ze świstem powietrze, dopiero teraz zdając sobie sprawę z tego, że je wstrzymywałam. Najpierw kilka lekkich oddechów. Bolało, ale dało się znieść. W końcu odetchnęłam pełną piersią. Wyglądało na to, że nie miałam nic złamanego. Upewniwszy się, że nic poważnego mi nie dolega, podniosłam się ostrożnie i stanęłam na drżących łapach. Otworzyłam oczy. Przez ten cały czas miałam zamknięte oczy!

O. I znów jest ciemno. Czyli w sumie mogłam ich nie otwierać…

Westchnęłam i nieco chwiejnie podeszłam do martwego potwora. Przynajmniej w końcu będę mogła się porządnie najeść.

Zmarszczyłam nos, poszukując pomiędzy pancerzem cienkiej skóry, przez którą mogłabym się przebić. Pijawki, które wcześniej się rozbiegły, znów zaczęły się zbierać, wyczuwając nadchodzącą ucztę. Znalazłszy miękką tkankę, zagłębiłam w niej zęby i potężnym szarpnięciem rozerwałam skórę. Sapnęłam z wysiłku, jaki musiałam przy tym wykonać. Nie czekając dłużej, pożywiłam się twardym mięsem potwora. Kiedy nie byłam wstanie już nic więcej w sobie zmieścić, oblizałam pysk z krwi i westchnęłam z zadowoleniem.

Tylko co teraz? Zastanawiałam się chwilę.Monstrum mogłam jeszcze jakoś wykorzystać. Zwinęłam się w kłębek, pod łapą wielkiego stworzenia i opatuliłam szczelnie ogonem. Pijawki zajęte jedzeniem,raczej nic mi nie zrobią, a inne stwory… I tak bym na nie trafiła, więc co za różnica?

Zamknęłam oczy, czując ogarniające mnie znużenie i niemal natychmiast zasnęłam.