niedziela, 10 czerwca 2012

Pierścień Czarnego Feniksa, Cz. X

[10.05.2012, HOTN]

          Rzuciłyśmy torby na kamienną posadzkę w opuszczonej jaskini. Luna na wszelki wypadek zabrała wszystkie swoje przybory, które w razie czego mogłyby się przydać, toteż musiałam jej pomóc w noszeniu pakunków. Mieszkający tu szaman zostawił cały swój dobytek na miejscu. Nie wiedziałyśmy co spowodowało tak szybkie jego odejście, jednakże nie narzekałyśmy.
          Dziewczyna zaczęła szperać między półkami, szukając odpowiedniej księgi, a ja tym czasem zmieniłam postać na zwierzęcą. Śledziłam spojrzeniem jej ruchy, czując podekscytowanie i lekkie zniecierpliwienie. Mój ogon zamiatał nerwowo po ziemi, podczas gdy ja zaczęłam uważniej przyglądać się otoczeniu.
          Zagracona jaskinia mogłaby sprawiać wrażenie przytulnej, gdyby nie to, że wionęło od niej pustką, opuszczeniem. Sterty książek na drewnianych regałach, a pomiędzy nimi poutykane fiolki z różnymi płynami bądź proszkami. Co rusz można było dostrzec jakąś czaszkę czy nawet cały szkielet jakiegoś drobniejszego zwierza. Gdzieś w głębi cichutko zaświergotały dzwoneczki, poruszone przez mocniejszy podmuch chłodnego wiatru. A wszystko to pokryte kurzem i pajęczynami. W powietrzu unosił się nieprzyjemny, zatęchły zapach, a wilgoć, która przez lata zbierała się w zagłębieniach skalnych wcale nie sprzyjała przechowywaniu stert papierzysk.
          Drgnęłam nagle, słysząc głos Luny. Podeszłam do niej i zajrzałam jej przez ramię na luźną kartkę, pokrytą starannym, zawiłym pismem. Niewiele rozumiałam z tego, co było tam napisane. Luu chyba wyczuła to, gdyż zaczęła czytać na głos.
          – Musi być wieczór, aby dzień nie zakłócał spokoju cienia. Nie może być gwiazdy na niebie, aby ona nie ukradła tajemnicy spowitej w tym piórze. Może ją wydobyć jedynie ogień. Jednak, gdy popiół i dym zatańczą razem, wskrzeszając to co przemilczane, musisz wypowiedzieć kilka słów, kładąc jednocześnie eliksir w sercu ognia…
          – Eliksir? – Przerwałam, przekrzywiając lekko łeb.
          Dziewczyna przytaknęła i wskazała palcem na mały rysunek z opisem w rogu.
          – Jest to eliksir pieczętujący.
          Westchnęłam cicho. Powoli zaczynałam mieć tego wszystkiego dosyć. Kiedy myślałam, że już koniec, nagle okazuje się, że pojawiają się kolejne komplikacje.
          – Zatem trzeba poszukać składników. – Mruknęłam z niezadowoleniem.
          Dziewczyna obróciła się do mnie i uśmiechnęła pokrzepiająco.
          – Nie martw się. Z tego co widzę, mam już wszystkie potrzebne składniki. Pozostaje nam się tylko modlić, aby warunki dopisały…
          Resztę czasu spędzałam na obserwowaniu poczynań Luny. Niewiele się na tym znałam, więc mogłam jedynie patrzeć i podawać jej rzeczy, o które prosiła. Obserwowałam uważnie jak mieli różnorodne zioła i inne rośliny, wypowiadając szybko słowa w nieznanym mi języku. Nawet nie próbowałam zgadywać co mówi. Zbyt dużo myśli kotłowało mi się w głowie. Ta całą wyprawa wydawała się być nierealna, a świat, w którym się obecnie znajdowałam oderwany od rzeczywistości.
          – Al, wszystko dobrze?
          Spojrzałam na nią i przytaknęłam. Przyglądała mi się przez chwilę, jakby upewniając, że nie oszukuję.
          – Podasz mi tamten woreczek? – Wskazała na brązowe zawiniątko leżące koło moich łap.           Wzięłam to ostrożnie do pyska i podeszłam, wypuszczając do otwartej dłoni dziewczyny. Uśmiechnęłam się słabo i wróciłam na swoje miejsce. Usiadłam, oplatając smukłe łapy ogonem.
          Czas mijał wyjątkowo niestabilnie. Przez chwilę wydawało mi się, że oglądam jak Luu przelewa wszystko do małego flakonika, a w następnej chwili obserwowałam, jak kończy usypywać krąg z soli. Wyprostowała się, masując obolałe plecy. W środku kręgu znajdował się mały stosik, który pewnie miał wkrótce stać się ogniskiem.
          – Pójdę sprawdzić jak wygląda dzisiejsza noc. – Głos dziewczyny wdarł się do mojej głowy.
          Wstałam i szybkim krokiem ruszyłam w kierunku wyjścia.
          – Czekaj. Ja sprawdzę. Ty odpocznij. Dużo się dzisiaj narobiłaś. – Rzuciłam szybko i wyszłam. Zatrzymałam się dopiero, gdy do nozdrzy doleciało świeże powietrze, a futro zafalowało lekko pod wpływem delikatnego podmuchu wiatru. Zamknęłam ślepia i wzięłam głębszy wdech, unosząc pysk w kierunku nieba. Chciałam, aby ta chwila zatrzymała się, pozwalając mi na chwil e wytchnienia. Oderwania się. Jednak czy nie lepiej już to zakończyć? Powoli otwierałam ślepia, jakby z obawą, że ujrzę niebo pełne gwiazd. Wypuściłam ze świstem powietrze, gdy ujrzałam jedynie ciemne chmury. Wydawało się, jakby niebo miało się zaraz zarwać i runąć na spowitą w mroku ziemię.
          Ociągając się, wróciłam do środka i przytaknęłam. Ostrożnie weszłam do kręgu, aby nie przerwać usypanych linii. Luna bez słowa wyciągnęła zapalniczkę i zapaliła stosik. Po jego dwóch stronach ułożyła kadzidełka, po czym spojrzała na mnie, a w jej jasnych oczach pojawił się dziwny błysk.
          – Gotowa? – Wymruczała cicho.
          Przytaknęłam w odpowiedzi, a na pyszczku pojawiło się napięcie.
          Luna wzięła pióro w dłonie i chwyciła notatki, w których spisała słowa rytuału. Uniosła dłoń nad ogień i obracając pióro w palcach zaczęła czytać. Wbiłam złote ślepia w jej dłoń. Obracające się pióro zaczynało dziwnie falować. Z każdą chwilą jego ruch wydawał się być coraz bardziej płynny, jednak i wolniejszy, jakby czas zmierzał do zatrzymania się. Zrozumiałam, że nie słyszę już słów dziewczyny. Umysł ograniczył się jedynie do tego małego przedmiotu. Nagle Luna zniżyła dłoń i wypuściła pióro. Chciałam krzyknąć, aby tego nie robiła, ale nie mogłam się ruszyć. Moje ciało zamarło, odcinając się od świadomości, w której zostałam zamknięta.
          Z ognia błysnęły iskry, a po pomieszczeniu rozległ się cichy syk. Patrzyłam jak w powietrze unosi się dym, dźwigający ze sobą resztki pióra skryte w popiele. Całość zaczynała się rozchodzić na boki i tworzyć dziwnego rodzaju obraz. Jakby niewyraźne sylwetki, starające się uformować swoje prawdziwe postacie. Jednak coś im to uniemożliwiało. Zerknęłam na Lunę, a w jej jasnych oczach ujrzałam odbicie siebie. Futro jakby pociemniało mimo ognia, który tańczył dziwną poświatą wokół mnie. Skulone lekko uszy przypominały rogi, a oczy płonęły swym płynnym złotem. Nie. Jedno z oczu różniło się. Demon – pomyślałam, jednak szybko odbiegłam od tej myśli. Nie mogłam tak o sobie myśleć. Nie tak… Zamrugałam kilkakrotnie, jednak dziewczyna już na mnie nie patrzyła. Sięgała po mały flakonik. Ponownie spojrzałam w górę, a wzdłuż kręgosłupa przeszył mnie dreszcz. Dym wydawał się formować szpony, wyciągane w kierunku mojego pyska. Starałam się cofnąć, ale nie mogłam. I wszystko nagle zawirowało. Kątem ślepia dostrzegłam unoszące się z ognia iskry. Usłyszałam cichy jęk i krzyk, ale nie był to głos Luny. Poczułam jak oczy zachodzą czernią, a ciało traci stabilność i upadam. Wyczułam na barku ciepły dotyk. Później nastała już tylko ciemność…

środa, 6 czerwca 2012

Blinding.

[6.05.2012, HOTN]

„Należeli  do tego rodzaju istot nerwowych, wrażliwych, szlachetnych i kochających, które zdolne są do największych poświęceń, ale które w życiu i zetknięciu się z jego rzeczywistością mało znajdują szczęścia, dając naprzód więcej, niż mogą otrzymać. Ten rodzaj ludzi ginie też zaraz i myślę, że jakiś dzisiejszy naturalista mógłby powiedzieć o nich, że z góry są na śmierć skazani, bo przychodzą na świat z wadą serca – za dużo kochają.”
– Henryk Sienkiewicz

.Muzyka.
(Tekst.)

          Ochrypłe krakanie rozdarło powietrze, a z pobliskiej gałęzi z głośnym łomotem czarnych skrzydeł poderwała się wrona. Omen śmierci i rozpaczy zatoczył pełne koło nad moją głową, spoglądając na świat błyszczącymi, paciorkowatymi oczkami, w których czaiła się niewypowiedziana tajemnica. Powiodłam spojrzeniem za posłannikiem duchów, czując jak przez moje wątłe ciało przechodzi dreszcz. Z jaką wieścią przybył do naszego świata?
          Czarne kosmyki włosów zawirowały na wietrze, który wzmagał się z każdą mijającą chwilą. Czułam jak jego niematerialne opuszki palców przesuwają się delikatnie po moim futrze, wirują wokół, by za chwilę pomknąć dalej, w przestworza.
          Złote ślepia pociemniały, gdy umysł dopadły mroczne myśli, wspomnienia przewijające się przed oczami. Martwe ciała i metaliczna woń śmierci, jakby wszystko działo się znów od początku.
          Prychnęłam, wlepiając ponure spojrzenie w nieboskłon, śledząc spojrzeniem gwałtownie formujące się cumulonimbusy. Czułam mrowienie na całym ciele. Wraz z nadciągającą burzą nadchodziło coś mrocznego. Jakby czarne macki ciemności postanowiły wyjrzeć ze swych kryjówek, by sponiewierać ten świat akurat dzisiejszego dnia. Zbliżało się.
          Zanurzona w odmętach myśli nie zauważyłam od razu przysadzistej postaci, która wyłoniła się spośród gnącego się na wichrze lasu. Jednak gdy w końcu ją dostrzegłam, poczułam jak po moim grzbiecie przebiegły dreszcze. Serce zabiło mocniej i w tym samym momencie gdzieś w oddali rozbrzmiał grzmot.
          Z mojej gardzieli wydobył się cichy pomruk, niby echo cichnącego już gromu. Wstałam, podchodząc do irbisicy o czekoladowych rozetach. Przywitała mnie swoim firmowym, szelmowskim uśmiechem.
          Odpowiedziałam tym samym, zaglądając w jasne, waniliowe ślepia, nie mogłam jednak odgadnąć co się w nich kryje. Nim jednak zdołałam wydobyć z siebie głos, spostrzegłam, że oczy samicy gwałtownie się rozszerzają, wpatrując się w coś za moimi plecami. Wtedy to poczułam, mroczną energia, kotłująca się nie dalej jak metr ode mnie.
          Odskoczyłam jak oparzona, wlepiając ślepia w dziwne zjawisko. Iskrząca się kula niezidentyfikowanej energii zawisła w powietrzu, a wokół niej obracało się kilka opalizujących pierścieni. Patrząc na jej jaskrawą biel, podobną do burzowych błyskawic, miało się wrażenie, że przestrzeń wokół niej zakrzywia się, powoli ciemniejąc, jakby wchłaniała całe otaczające ją życie.
          Przeniosłam wzrok na kocicę, zauważając w jej oczach błysk zrozumienia. Na jej pysku widniało zafascynowanie, pomieszane z pewną dozą strachu i obawy. W przeciwieństwie do mnie, zdawała się dokładnie wiedzieć co się dzieje. Powiodłam za nią spojrzeniem kiedy powoli zbliżała się do skrzącej się kuli. Odwróciła się na chwilę w moją stronę, spoglądając na mnie łagodnymi, waniliowymi ślepiami, w których jednocześnie zastygło zdecydowanie.
          – Do zobaczenia po drugiej stronie, Al. – szepnęła i nim zdążyłam zareagować, skoczyła w jarzącą się kulę.
          Krzyknęłyśmy w tym samym momencie. Dłoń Luny zacisnęła się na pustym już powietrzu. Widziałam, jak z trudem powstrzymywała się, by nie ruszyć za samicą, co i mnie przeszło przez myśl. Nie ruszyła się jednak, wpatrzona w wirujące kształty. Nagle gwałtownie się wzdrygnęła, najwyraźniej wytrącona z równowagi. Powiodłam za jej zatrwożonym spojrzeniem, czując jak uginają się pode mną łapy.
          Wypaczone kształty gięły się i wiły, migając nam przed oczami. Wycie, zniekształconych tworów raniło nasze uszy, sprawiając, że cała się skuliłam. Co rusz migał mi przed oczami zdeformowany obraz Aspeney, walczącej z czarnymi cieniami.
          Szamanka zaczęła szybko wyrzucać z siebie słowa w nieznanym mi języku, wspomagając się przy tym licznymi gestami. Widziałam pot, perlący się na jej skroniach, kiedy próbowała wspomóc przyjaciółkę. Na jej twarzy widniała determinacja, jednak miałam wrażenie, że jej wysiłki były znikome przy ogromie siły jaką dysponowała kula.
          Nagle błękitne oczy rozszerzyły się gwałtownie, a twarz wykrzywiła się przerażeniem. Krzyknęła coś, co brzmiało jak „Padnij!”, ale nim zdążyłam jakkolwiek zareagować nastąpił wybuch. Najpierw zalała mnie jasna fala światła. Potem poczułam jak jakaś potworna siła odrzuca mnie na kilkanaście metrów, posyłając na pień drzewa.
          Nastąpił głuchy trzask, po którym osunęłam się na ziemię. Zawyłam bezsilnie, gdzieś na granicy świadomości dziwiąc się, że nie straciłam jeszcze świadomości. Podźwignęłam się na łapy, z trudem łapiąc płytkie oddechy, które powodowały połamane w kilku miejscach żebra. Zachwiałam się, zaślepiona przez łzy. Pociemniało mi przed oczami. Świat stanął do góry nogami, wirował, ale mnie już było wszystko jedno.
          Gdzieś w oddali rozbrzmiał szaleńczy śmiech. A może to ja się śmiałam? Nieważne. Wszystko to było szalone, obłąkane. Obłąkany, parszywy świat.
          Nie, nie świat. Deszcz.
          Obłąkany deszcz krwi. Czy nie brzmiało to śmiesznie? Ciężkie krople krwi płynące ze ślepych oczu chmur. Czemu one płaczą? Niech płaczą. Wszyscy płaczmy, bowiem utoniemy w morzu krwi. Obłąkany śmiech, rozbrzmiewający pośród deszczu. Skąd tu się wziął deszcz?
          Z nieba. Niebieski firmament zalewa się łzami, podczas gdy my płyniemy ku odmętom myśli. Czemu? Czemu płaczę…?
          Nie, już nie płaczę, a wiruję w tańcu. Wiruję razem z szalonym światem, jakbym znalazła się w niszczycielskim pędzie cyklonu. Długie, ciemne włosy powiewają za mną niczym wstęgi krwi, a wokół płonie ogień, rzucając na świat czerwoną łunę. Gdzieś w dole trzasnęła błyskawica, a niczemu winne drzewo zdawało się unosić w górę, coraz wyżej, aż… Padło na ziemię by zgnić i gnić w nieskończoność w odmętach cierpienia.
          Nie było pytań. Nie było pożegnań. Może i lepiej. Teraz mogłam już tylko biec.

 
          Luna przebudziła się z cichutkim jękiem. Jednostajny szum deszczu łagodził łomoczący w jej uszach huk. Chłodził obolałe ciało, przynosił ukojenie, ale zarazem melancholię. Lodowate krople spływały po jej bladej skórze, płynęły z ciemnego nieboskłonu, uderzając o popękaną glebę, by rozbić się na miliardy błyszczących drobin.
          Dziewczyna rozejrzała się po pobojowisku, uważnie śledząc spojrzeniem przeoraną przez wybuch ziemię. Rozciągał się przed nią żałosny widok. Tam, gdzie wcześniej rosła zielona, bujna trawa, teraz widniała jedynie goła ziemia i martwe rośliny.
          Brunetka otarła wierzchem dłoni krew, płynącą z rozciętej wargi. Z trudem podniosła się na równe nogi, jej ruchy były sztywne, pozbawione wcześniejszej gracji. Powoli, ostrożnie stawiając kroki szła, przez spustoszoną dolinę. W pewnym momencie zamarła i czując jak nagle opuszczają ją siły, opadła na kolana.
          Nachyliła się nad martwym ciałem irbisicy, delikatnie pogładziła ją po zmatowiałym futrze. Nie próbowała nawet powstrzymywać łez, które wzbierały w jej jasnych, błękitnych oczach.
          – As… As? As! – Wydarła się i pochyliła nad nią. – Dlaczego? Dlaczego to zrobiłaś? – Wydusiła, przytulając czołem do jej martwego ciała. – Uratowałaś Nas, ale za jaką cenę…
          Nim słowa zdążyły przebrzmieć w czającej się dokoła pustce, ciało samicy zaczęło się rozpadać w drobny pył. Drobiny uniosły się na wietrze, unoszona przez niematerialne duchy powietrza, ku wzburzonemu firmamentowi, ginąc wśród pierzastych, burzowych chmur. Już po chwili po Ghotevence pozostały jedynie wspomnienia…

***
          Z oddali można było dostrzec biegnącą przez las, wysoką dziewczynę. Jej szczupła sylwetka migała pomiędzy drzewami, ciężkie od wody włosy przyklejały się do twarzy  i pleców.
          Jej blada twarz pozbawiona była wyrazu. Szare oczy pociemniały, jakby zawisła nad nimi chmura burzowa. Mokre ślady łez na policzkach ginęły wśród mroźnych, deszczowych kropel.
          Biegła na oślep, klucząc w ciemnym labiryncie lasu. Jej stopy wybijały stały rytm, uderzając o miękką, przesiąkniętą wodą glebę. Gałęzie smagały ją boleśnie po odkrytych ramionach, jednakże zdawała się nawet tego nie zauważać.
          Wybiegła z puszczy na otwartą przestrzeń, przenosząc nogi na kamienistą, twardą powierzchnię. Przez nic już nie zatrzymywana, przyspieszyła, niby lecąc na rozpostartych skrzydłach.
          Ostatnie parę kroków pokonała rekordowym pędem. Odbiła się od  skalistego klifu i skoczyła, wyciągając ręce nad głową, podczas gdy jej ciało zatoczyło w powietrzu łagodny łuk.
          I rzeczywiście leciała. Leciała, jakby miała prawdziwe skrzydła. Leciała…

***
          Z lodowatej toni jeziora wyłoniła się sylwetka drobnej samicy. Jej szczupłe ciało drżało delikatnie, a z przemoczonego futra, kapały kropelki mroźnej cieczy. Gwałtowne podmuchy porywistego wiatru, beznamiętnie chłostały jej drobną figurę, ciskając mokre włosy na wszystkie strony.
          Samica podniosła smukła głowę, a jej zimne, ponure spojrzenie padło na ginące w oddali wzgórze, skąd unosił się dym dogasającego pożaru.
          Złoto jej ślepi zdawało się być zamarznięte, stanowiło skorupę, pod którą kotłował się wzburzony ocean myśli. Miotające się uczucia kuliły się głęboko w jej wnętrzu, podrygując ze zdenerwowania.
          Ponad tym wszystkim kołatała się tylko jedna myśl: „Obiecałaś zostać, aż do końca…”.