[19 czerwca 2008, Shy Dogs]
Leżałam na czymś twardym i zimnym…pomyślałam że pewnie padało w nocy i przeturlałam się na jakiś kamień….przesunęłam się w bok…nadal twarde i zimne…to musi być naprawdę duży kamień…pomyślałam…*przesunęłam się w drugą stroną ale to na nic się zdało…zła podniosłam się gwałtownie, lecz od razu upadłam….coś trzymało moje łapy…otworzyłam oczy…wokół mnie panowała ciemność…ale szybko się przyzwyczaiłam i już po chwili mogłam rozróżnić pewne krztałty…popatrzyłam na swoje łapy…były związane łańcuchami…byłam w jakiejś jaskini…cuchniało tu padliną i stęchlizną…Powoli i ostrożnie usiadłam…do moich uszu dobiegły kroki…do jaskini weszły jakieś stwory…powoli jak przez mgłę zaczęłam sobie przypominać ostatnie wydarzenia….ciekawe jak długo tu leżałam…sądząc po stanie mojego futra…dość długo…poczwary wzięły mnie i zaczęły iść przez ciemne korytarze…wiedziałam że nie mam szans na ucieczkę….łańcuchy trzymały mocno…w końcu dotarliśmy do przestronnej komory, oświetlonej pochodniami….na środku stał zakrwawiony stół…koło niego największy ze wszystkich stworów…na sobie miał skórę z wilka…cały był przyozdobiony jego kośćmi…już wiedziałam co chcą ze mną zrobić…nie mogłam na to pozwolić…zaczęłam się szarpać w więzach, ale to nic nie dało…musiałam uciec…tylko jak? byłam przerażona….stwory zbliżały się już do kamiennego stołu…na twarzy szamana[bo tak mi się wydaje że to był szaman] wykwitł złowieszczy uśmiech…zaczęłam się wić, drapać i gryźć trzymającego mnie potwora, ale ledwo go dosięgałam….stwór położył mnie na stole i przywiązał kolejnymi łańcuchami…teraz już nie byłam przerażona tylko wściekła…poczwary zaczęły tańczyć wokół mnie jakiś dziki taniec…prychnęłam z pogardą…nie pozwolę aby takie prymitywne stworzenia mnie zabiły a potem nosiły moją skóre jak trofeum…kipiała we mnie energia, czułam gniew jak nigdy dotąd…zawarczałam cicho…potem głośniej…szaman nachylił się ku mnie z zakrzywionym nożem…zamachnął się…wiedziałam że mi się uda…wystarczy tylko poczekać na właściwy moment…stwór zamachnął się i uderzył…szarpnęłam się w bok…nóż przebił więzy…byłam wolna…no prawie…jeszcze musiałam się wydostać na zewnątrz…jednak na drodze stanęły mi te paskuctwa…zjeżyłam sierść…skoczyłam na pierwszego…szarpnełam za gardło…polała się krew…drugiemu zmiażdżyłam nogi…trzeci zamachnął się na mnie, ale zrobiłam unik i skoczyłam na niego od tyło…wgryzłam mu się w kark…powaliłam wszystkich po kolei…cała byłam uwalana krwią swoją i poczwar… wokół mnie leżały martwe stwory…teraz tylko musiałam uciec z tego paskudnego miejsca…popatrzyłam jeszcze raz na pobojowisko…nagle cała energia ze mnie uciekła…nie chciało mi się wierzyć że to ja zrobiłam…nie miałam siły już dłużej nad tym myśleć…poczułam świeże powietrze…pobiegłam w tamtym kierunku…po kilku minutach wybiegłam na zewnątrz…słońce jasno świeciło…ptaki śpiewały…zupełnie jakby tam w dole nic się nie stało…westchnęłam cicho…będę musiała się nad tym wszystkim zastanowić…ale najpierw muszę się wykąpać…uśmiechnęłam się na samą myśl i pobiegłam do jeziorka…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz