Cienie – wilki z tą rangą otrzymują moc dosłownego rozpływania się w ciemności, ale muszą coś poświęcić - nigdy nie będą mogły mieć dzieci.
Zadanie – Pierścień Czarnego Feniksa
Opis: Twoim zadaniem jest odnalezienie Mrocznego Sanktuarium, w pobliżu którego przebywa ten ptak. Gdy odnajdziesz feniksa, musisz zdobyć jego pióro, jedyne, które ma na sobie znak Pierścienia Śmierci. Na drodze spotkasz wiele przeciwników, a ponieważ udajesz się do Mrocznego Sanktuarium, będą to Twoje najgorsze koszmary.
~***~
I
Przeminęły cztery pory roku od kiedy zostało wyznaczone mi zadanie - pozyskanie pióra z ogona czarnego feniksa. Miałam udać się do Mrocznego Sanktuarium, w pobliżu którego legendarny ptak ponoć przebywał. Wykonawszy pomyślnie misję czekała mnie nagroda - moc Cienia, jednak musiałam także coś poświęcić. Wraz z zyskaniem nowych mocy, miałam stać się bezpłodna. Nie wydawało mi się to jednak dużą stratą, nigdy nie planowałam mieć potomstwa i nie miałam partnera, który mógłby wpłynąć na tę decyzję. Mimo to - zwlekałam z wyruszeniem w podróż. Dopiero teraz, gdy na świat spłynęło ciepło wiosny, a widmo zimy zawisło nade mną, wspomnienia demonów wciąż żywo wyryte w moim umyśle, dopiero teraz gdy bez wspomnianej siły nie mogłam się obejść, musiałam ją zyskać, by przetrwać, by przeżyć - dopiero teraz zdecydowałam się ostatecznie podjąć niebezpiecznej misji.
Wyruszyłam wczesnym świtem, rześkie powietrze przyjemnie chłodziło skórę, delikatny wiatr niósł ze sobą zapach kwiatów i lasu. Ruszyłam na wschód, kierując się ku odległym, dzikim puszczom. Nie znałam tych terenów, także musiałam kluczyć po obcych mi ścieżkach, zbaczając z kursu, gdy wyrastała przede mną przeszkoda. Mimo to nieprzerwanie dążyłam do celu, idąc w obranym kierunku.
Minęło parę nocy. Las Śmierci pozostał za mną daleko w tyle, ginąc za horyzontem. Przemierzałam teraz szerokie łąki w rozległej dolinie. W oddali zaczynała majaczyć ciemna granica lasów, do których zmierzałam. Wpierw jednak postanowiłam się napić i odpocząć, nim wejdę w mroki nieznanej puszczy. Skręciłam, wyczuwając w powietrzu woń wilgoci, niedługo potem usłyszałam delikatny szum i pluski. Pobiegłam w tamtą stronę, szybko docierając do niewielkiego strumienia. Napiłam się wody, zanurzając język w krystalicznie czystym źródle.
Podniosłam łeb, nastawiając uszu. Wiatr zmienił kierunek, niosąc ze sobą znajomą woń. Budziła niechciane wspomnienia, które siłą wdarły się do mojego umysłu. Obrazy, migawki pojawiały się przed moimi oczami, całkiem przysłaniając błękitne niebo. Mrok, ciemność, ból... żelazne pręty krat, ostre strzykawki, niekończący się ból, poczucie bezradności... Błysk światła. Uniosłam powieki, ślepia zapłonęły jasno i czując rodzące się w moim wnętrzu fale nienawiści, pobiegłam za tropem. Mieszanina zapachów miasta, potu, prochu i psów wdarła się w moje nozdrza, podsycając żądzę zemsty. Wyczuwałam dwunogów, a także towarzyszące im psy gończe. Po lesie poniosło się ujadanie, a zaraz potem głośne odgłosy nieporadnego przedzierania się przez zarośla i chaszcze. Zbliżałam się do nich powoli, sama stąpając bezszelestnie, miedzy igliwiem i gęstymi krzewami. Obniżyłam uchylony nieznacznie pysk, ze wszystkimi zmysłami wyczulonymi na otoczenie, mięśnie były napięte, gotowe do skoku. Na ugiętych łapach podchodziłam bliżej, wciąż pozostając niezauważoną. Ukryta za listowiem, obserwowałam jednego z ludzi. Był sam, reszta musiała się oddalić. Wyszłam zza zasłony, wlepiając w przeciwnika złote ślepia. Z gardzieli wydobył się głuchy warkot. Zaskoczony człowiek, niemal podskoczył w miejscu. Z początku chyba myślał, ze to jeden z ich psów, szybko jednak się zorientował, że ma do czynienia z dzikim stworzeniem. Przyjął obronną postawę, na ugiętych nogach, starając się ostrożnie wycofać. Jedną rękę wyciągnął w uspokajającym geście, drugą sięgał za pas, w kierunku noża. Nie czekałam dłużej, odbiłam się od ziemi, dając ulgę naprężonym kończynom. Skoczyłam na mężczyznę, całym impetem lądując na jego ciele, kierując ostre kły ku jego gardle. Stracił równowagę i poleciał do tyłu. Zdążył jednak wyciągnąć nóż, zamachnął się nim w obronie - z trudem zdołałam uniknąć ciosu, w ostatniej chwili się wycofując. Poczułam na kufie piekące cięcie. Mogłam stracić oko, refleks mnie jednak nie zawiódł. Odskoczyłam od niego i złapałam za kostkę, nie dając mężczyźnie uciec. Zawył z bólu, ale przywalił mi z całej siły ciężkim trepem. Odrzuciło mnie do tyłu i na moment przypadłam do ziemi, dysząc ciężko z bólu i podniecenia. Czułam na języku metaliczny posmak jego krwi, co tylko bardziej mnie rozwścieczyło. Adrenalina buzowała mi w żyłach, pobudzając do działania, szybko zerwałam się z powrotem, obniżając znów głowę, gotowa do dalszego ruchu. Człowiek też już był na nogach, jednak mocno kulał, stawiając ciężar na jednej nodze. Najwyraźniej uznał, że nie da rady uciekać, bowiem pierwszy przystąpił do ataku, celując we mnie nożem. Uskoczyłam zwinnie i robiąc szybki zwrot złapałam go za rękę dzierżącą broń. Walczył ze mną, próbując rozewrzeć me szczeki, ale trzymałam mocno. Wykrzywiając twarz w paskudnym grymasie uderzył mnie z całej siły pięścią w bok. Zawyłam, łzy nabiegły mi do oczu, ale nadal trzymałam, aż w końcu jego palce się rozluźniły, a ostry metal upadł na ziemię. W tym momencie puściłam i natychmiast rzuciłam się do jego gardła. Nie zdążył się osłonić, byłam szybsza. Zacisnęłam kły na miękkiej tkance, a jaskrawa krew trysnęła żywo, lejąc się po moim futrze i ubraniu ofiary. Wił się jeszcze przez chwilę w śmiertelnych konwulsjach, nim w końcu członki opadły, a człowiek wydał z siebie ostatnie tchnienie.
Odstąpiłam od ciała, spoglądając ponuro na scenę walki. Moje boki unosiły się boleśnie, w ciężkich, łapczywych oddechach, serce wciąż łomotało dźwięcznie, zmysły jeszcze przez chwilę odbierały bodźce ze zdwojoną czujnością, nim w końcu powoli się uspokoiłam. Znów usłyszałam jazgot psów, pośpieszne kroki i nawoływania. W zaroślach dostrzegłam dwójkę mężczyzn, tym razem ze strzelbami. Nie miałabym z nimi szans w obecnym stanie. Nie doceniłam jednak przeciwnika, jednemu z kłusowników udało się mnie dostrzec mimo dużej odległości. Usłyszałam huk wystrzału, obok mnie świsnęła kula. Przypadłam do podłoża, kuląc po sobie uszy, zaskoczona tym nagłym dźwiękiem. Zerwałam się szybko i zniknęłam w zaroślach, prędko znikając w dzikich ostępach. W górze słyszałam trzepot skrzydeł, czarnych jak smoła, kruków, które zerwały się po wystrzale. Ich uporczywe krakanie, goniło mnie aż do krańca lasu, przedrzeźniając, wyzywając. Niczym przeraźliwy śmiech sumienia.
~***~
Ostrożnie zanurzyłam się w cienie puszczy, wkraczając między wysokie pnie wiekowych drzew. Nie wiedząc czego się spodziewać, uważnie przeczesywałam oczyma teren; uszy chodziły jak radary, wyłapując wszelkie dźwięki. Jednak w wilgotnym półmroku panowała nienaturalna cisza. W powietrzu unosił się zapach zbutwiałych liści. Łapami zapadałam się w podmokłej ściółce - tylko ciche mlaskanie moich kroków zdawało się rozrzedzać panujący tu niebyt. Zagłębiałam się powoli w las, czując w sercu irracjonalny lęk, jakby jakaś nieprzyjazna ręka złapała moją duszę. Nie dostrzegałam żadnych śladów żywych istot. Jedynie martwe szkielety roślin. Omijając pnące się ponad ziemią korzenie, przyspieszyłam do lekkiego truchtu - nie miałam wyboru, musiałam przebyć ten las, by dostać się do swego celu. Przemierzałam zamarłą w czasie puszcze wciąż z tym samym poczuciem niepokoju. W otoczeniu niewiele się zmieniało, a półmrok i monotonia miejsca zaczynały mnie usypiać. Znużona niezmieniającym się widokiem, zaczynałam tracić czujność, pozwalając łapom mechanicznie obierać drogę. Moje kroki, mimo że tłumione przez rozmiękłe runo leśne, w niezrozumiałej ciszy zdawały się rozbrzmiewać głuchym dudnieniem. Ślepia się przymykały. Zapadłam w letarg. Unosiłam się w powietrzu, tak gęstym, że mogłabym w nim pływać. Byłam taka lekka... Jakbym mogła chodzić po chmurach... Jakbym latała.... Umarłam...?
Ostatnia myśl zbiegła się z potężnym uderzeniem. Grzmotnęłam bezwładnie o twardą glebę, jednocześnie czując że coś mnie przygniata. Błysk światła wdarł się do mych ślepi, gdy rozchyliłam powieki. Zdawał się oślepiać, choć był to zaledwie nikły promień, przeświecający przez korony drzew. W głowie mi dudniło, czułam pulsujący ból rozchodzący się po całym ciele. Z głuchym warkotem, podniosłam się ciężko z ziemi, zrzucając z siebie spróchniałą kłodę. Otrząsnęłam się z liści i mchu, zaraz jednak z góry obsunęły się kolejne okruchy ziemi i roślin. Uniosłam pysk. Nade mną ziała niewielka dziura, jej brzegi wciąż się zapadały, sypiąc mi się do oczu. Odsunęłam się, znów potrząsając głową. Otwór był zbyt wysoko by do niego doskoczyć. Rozejrzałam się dokoła, widząc ciemną toń korytarza z dwóch przeciwległych stron. Widoczność sięgała zaledwie do niewielkiego kręgu wokół mnie, tylko tyle zdołało objąć słabe światło dnia. Dalej panowała absolutna ciemność. Nie miałam wyboru, jak objąć trasę, którymś z tuneli - jednak w którą powinnam zmierzać stronę? Przeklinałam siebie za stracenie czujności. Jeśli mi się nie poszczęści, mogło mnie to kosztować życie. Czaszkę wciąż rozdzierał paskudny ból, nie pozwalający mi w pełni skupić się na myśleniu. Przymknęłam powieki i odetchnęłam lekko. Musiałam zaufać intuicji. Oddychałam głęboko, starając się zwolnić oddech, uspokoić kołatające serce. Stać się jednością z otoczeniem. Czułam przed sobą odległą woń świeżego powietrza. Przeciąg? Oznaczało to, że gdzieś przede mną znajdował się jakiś otwór. Mogłam mieć tylko nadzieję, że był wystarczająco duży bym się przez niego wydostała. Jeżeli się nie myliłam, była to także droga na wschód, czyli dokładnie tam, gdzie się kierowałam. Ruszyłam przed siebie, ostrożnie stąpając po nierównej powierzchni. Z gleby wyrastały korzenie, a niekiedy także kamienie. Zanurzyłam się w mrok, myśląc że nie mam innego wyboru. Musiałam być chyba nadal w szoku, po kolejnych obrażeniach, a także uderzeniu w głowę, bowiem zupełnie zapomniałam o swych zdolnościach Pani Powietrza. Prawdą było, że nie często z nich korzystałam, ale w tym momencie mogły mnie uratować. A jednak, szłam teraz przez tajemniczy tunel, w którym panowały absolutne ciemności. Po paru minutach zdałam sobie sprawę z subtelnej różnicy. Nie widziałam tu nic, za to w przeciwieństwie do puszczy, dobiegały mnie przeróżne dźwięki. Ciche szmery, chrobotanie, stukot drobnych łap... Wyglądało na to, że nie byłam tu sama i ledwo udawało mi się zmuszać, by nie wyobrażać sobie mijanych przeze mnie podziemnych kreatur.
~***~
Fuknęłam cicho, z obrzydzeniem. Czułam jak coś zimnego przylepia mi się do łap. Klejąca maź pokrywała powierzchnię tunelu, jak się zdawało ze wszystkich stron, bo za chwilę poczułam jak coś mi kapie na grzbiet. Otrząsnęłam się gwałtownie. Lepkiemu świństwa jednak nie było końca. Przez ciało potoczyła się fala dreszczy. Nie chciałam myśleć po czym stąpam. Przyspieszyłam kroku, nakazując sobie spokój, który burzyła panika wlewająca mi się do serca. Nie myśl, nie myśl!
Niezmienne ciemności działały na moje nerwy, sprawiając, że każdy szmer, każdy stukot zdawał się być głośniejszy, pogłębiany echem. Podskakiwałam nerwowo przy każdym szurnięciu, nie raz reagując na własne nieostrożne kroki. Co jakiś czas wyczuwałam obrzydliwy zapach rozkładu, a także wonie, które były mi zupełnie obce. Nie potrafiłam ocenić upływającego czasu, ale zdawało się, jakbym szła już dniami. A wyjścia nigdzie nie było widać. Mroczne myśli zaczynały mnie nawiedzać. Co jeśli nie wyjdę? Będę iść tym niekończącym się tunelem aż do zasranej śmierci? O ile wcześniej nie stanę się czyimś posiłkiem. Zastanawiało mnie co mogło wydrążyć korytarz takiej wielkości. Może coś dużego? I krwiożerczego? Co połyka w całości? Dawałam się ponieść wyobraźni. Ale jednocześnie zdałam sobie sprawę z podążającego za mną skrobania, które powtarzało się od dłuższego czasu w przewidywalnej kolejności. Coś za mną podążało, a ja nie byłam w stanie ocenić z czym mam do czynienia. Chciałam jedynie, żeby ta mordęga się w końcu skończyła. Nie miałam już sił, ale mogłam jedynie wciąż brnąć na przód. Nie było nawet żadnych rozwidleń, nad którymi mogłabym się zastanawiać. Jedynie prosta droga. Zawrócenie w tym momencie zdawało mi się być marnym pomysłem. Byłam po prostu już taka zmęczona. Obolałe kończyny poruszały się co raz wolniej, w sztywnych, pozbawionych gracji zrywach.
Poczułam jak zahaczam o coś wystającego z ziemi, pewnie jakiś korzeń. Jak bierny obserwator - wiedziałam, że polecę, nie miałam jednak szans by temu zapobiec. Wylądowałam na pysku, boleśnie się obijając. Zerwałam się szybko na równe łapy i zesztywniałam, sparaliżowana nagłym strachem. Zamarłam, dysząc ciężko. Wyraźnie usłyszałam szuranie, charkot. Dokładnie w momencie mojego upadku, poczułam na tylnych łapach czyjś zimny dotyk. Zniknął, gdy tylko podniosłam się z podłoża. Zadrżałam. Byłam obserwowana. Bez możliwości odwetu. Cokolwiek kryło się w ciemnościach, czekało aż padnę z wycieńczenia. A teraz, po moim upadku, z pewnością nie zostawi mnie w spokoju.
Szłam dalej, dopóki nie poczułam nagłego ukłucia w łapę. Podskoczyłam gwałtownie, wydając z siebie syk bólu i zaklęłam siarczyście w myślach. Ach! I znów. Odskoczyłam gwałtownie, nie wiedząc nawet przed czym uciekam. Coś długiego i ostrego niczym igła wbijało się w moje łapy przy każdym kroku. Poczułam jak ciepła posoka strużkami spływa po smukłych kończynach. Nie mogłam się jednak zatrzymać, szczególnie nie teraz, kiedy nieznane stworzenia dosłownie deptały mi po piętach. Obawiałam się, że jeżeli pozwolę sobie na postój wściekłe krwiopijce zjadłyby mnie żywcem. Wznowiłam marsz, przyspieszając kroku, starając się unikać bolesnych ukłuć. Po kolejnym razie, odwróciłam się gwałtownie, rzucając się w ciemność z kłapiącymi szczękami. Natrafiłam na nicość, jednak nieprzyjaciel chwilowo ustąpił. Wciągnęłam w płuca potężny haust powietrza i podjęłam dalszą wędrówkę, modląc się do nieznanych bogów o chociażby cień łaski.
Wpierw buchnął we mnie odór zgniłego mięsa, zaraz potem wyczułam ogrom cielska, które zdawało się wypełniać całą średnicę przejścia. Z paskudnego łba monstrum wyrastało kilka czułków, zakończonych świecącymi lampionami, które najpewniej miały wabić ofiary potwora. Cztery pary małych, czarnych ślepi, które rozłożone były po przeciwległych stronach szerokiego pyska, błyskały ku mnie złowieszczo, odbijając w paciorkach światło migotliwych diod. Duży nochal węszył nieustannie, wyczuwając zapach świeżej posoki. Monstrum uchyliło paszczę, ukazując rzędy ostrych jak tarka kłów. Wydało z siebie porażający ryk, pod którym ugięły się pode mną nogi. Stwór ociężale podniósł potężną kończynę, pokrytą gęstą szczeciną i zakończoną tępymi pazurami - zapewne służącymi do kopania tuneli. Opuścił ją na glebę z głuchym odgłosem uderzenia. Byłam pewna, że jednym ciosem pogruchotałby mi wszystkie kości. Mój umysł zalała fala paniki. Bezmyślnie zaczęłam się rozglądać, szukając drogi ucieczki. Takowej oczywiście nie znalazłam. Warknęłam wściekle, prostując samą siebie do porządku. Starając się ignorować stwora, który chwilowo jeszcze nie atakował, wzięłam kilka głębokich wdechów, z trudem powstrzymując drżenie łap. Obserwowałam potwora, czekając na jego ruch. W głowie opracowywałam plan działania. W końcu monstrum ruszyło. Zbliżało się, szeroko rozwierając pysk - planując jedynie zamknąć paszczę, gdy przyjdzie pora. Nie spodziewał się walki. Musiałam go jednak rozczarować. Wbrew pozorom życie mi się jeszcze nie znudziło. Uśmiechnęłam się cierpko do samej siebie. Odskoczyłam do tyłu, by umknąć przed zębiskami i znów sięgnęłam do swych mocy, korzystając z tej samej sztuki co wcześniej. Manipulując ciśnieniem, sprawiałam że komórki i naczynia krwionośne pękały, rozsadzając stwora od środka. Zatrzymał się zdumiony i wydał z siebie wściekły ryk, przeszyty niespodziewanym bólem. W furii rzucił się na mnie, gwałtownym szarpnięciem ciała. Nie sądziłam, że jest zdolny do takich ewolucji. Nie zdążyłam zbiec. Olbrzymie cielsko spadło na mnie i przygniotło do ziemi. Ostatkiem sił, wypompowałam z płuc potwora powietrze, odcinając dostęp tlenu do mózgu. Potwór zamierał. Ja natomiast wydałam z siebie cichy jęk, tylko na tyle miałam sił. Liczyłam płytkie, powolne oddechy, starając się utrzymać na granicy świadomości. Musiałam się prędko wydostać, nim odpłynę... Napięłam mięśnie, próbując wysunąć się spod ciężaru, jednak ważyło zbyt wiele - nawet nie drgnęło, mimo moich wysiłków. Zaczynałam tracić czucie w kończynach. Myśl, głupia. Myśl. Wzięłam kolejny palący oddech, próbując się skupić, jednak ból rozchodzący się po wszystkich komórkach ciała skutecznie mnie rozpraszał. No, myśl. Dalej. Kolejny wdech, posyłający falę cierpienia w głąb mojego mózgu. Ból mnie dekoncentrował, był nie do zniesienia. Skup się, do cholery. Wciąż się napominałam, ale myśli kołatały się w bezładzie, niezdolne do splecenia sensownej całości. Zacisnęłam szczęki i zamknęłam powieki, dokładnie próbując sobie zilustrować co zamierzam zrobić. Zajęło mi to parę chwil, nim w pełni wyobraziłam sobie kolejne kroki. Martw truchło drgnęło. Potem delikatnie się uniosło. Zaledwie parę centymetrów, powoli. Odetchnęłam gwałtownie, czując kolejne potężne fale bólu, kiedy ciężar się zmniejszył. Trwało to długo, ale w końcu siłą woli udało mi się unieść olbrzymie cielsko i przesunąć w bok. Gdy znalazło się wystarczająco daleko, puściłam i trup opadł z trzaskiem na glebę, wbijając tumany kurzu, Wypuściłam ze świstem powietrze, dopiero teraz zdając sobie sprawę z tego, że je wstrzymywałam. Chwila napięcia minęła. Pozwoliłam sobie na kilka głębszych oddechów. Bolało jak diabli, ale chyba byłam cała. Ostrożnie podniosłam się z ziemi, uważając na każdym ruchu, bojąc się złamań i obrażeń. Jednakże poza zgnieceniami wydawało się, że nie dolegało mi nic więcej. Znów miałam szczęście. Stojąc na drżących łapach, otworzyłam w końcu ślepia. W tunelu znów panowała aksamitna ciemność. Po chwili namysłu podeszłam do martwego potwora. Zmarszczyłam nos, węsząc zawzięcie, szukając pomiędzy pancerzem cienkiej skóry, przez którą mogłabym się przebić. Kolczaste pijawki, które wcześniej się rozbiegły - ciekawe gdzie one się chowały? - znów zaczęły się zbierać, wyczuwając nadchodzącą ucztę. Znalazłszy miękką tkankę, zagłębiłam w niej kły i potężnym szarpnięciem rozerwałam skórę. Pożywiłam się w pośpiechu twardym mięsem potwora. Oblizałam pysk z posoki i wcisnęłam się pod wielką łapę potwora, zwijając się w mały kłębek. Byłam wykończona. Przykryłam nos długim ogonem, jeszcze prze chwilę próbując utrzymać przytomność. Zewsząd dobiegały mnie odgłosy ucztujących krwiopijców. Żywiłam nadzieję, ze potwór im wystarczy i zostawią mnie w spokoju. W końcu moje powieki opadły i niemal natychmiast odpłynęłam w niebyt.
Szłam dalej, dopóki nie poczułam nagłego ukłucia w łapę. Podskoczyłam gwałtownie, wydając z siebie syk bólu i zaklęłam siarczyście w myślach. Ach! I znów. Odskoczyłam gwałtownie, nie wiedząc nawet przed czym uciekam. Coś długiego i ostrego niczym igła wbijało się w moje łapy przy każdym kroku. Poczułam jak ciepła posoka strużkami spływa po smukłych kończynach. Nie mogłam się jednak zatrzymać, szczególnie nie teraz, kiedy nieznane stworzenia dosłownie deptały mi po piętach. Obawiałam się, że jeżeli pozwolę sobie na postój wściekłe krwiopijce zjadłyby mnie żywcem. Wznowiłam marsz, przyspieszając kroku, starając się unikać bolesnych ukłuć. Po kolejnym razie, odwróciłam się gwałtownie, rzucając się w ciemność z kłapiącymi szczękami. Natrafiłam na nicość, jednak nieprzyjaciel chwilowo ustąpił. Wciągnęłam w płuca potężny haust powietrza i podjęłam dalszą wędrówkę, modląc się do nieznanych bogów o chociażby cień łaski.
~***~
Osłabiona, ledwo trzymałam się na sztywnych kończynach. Nie wiedziałam jak długo już maszerowałam bez pożywienia, jednak głód coraz dotkliwiej mi doskwierał. Zastanawiałam się, czy atakujące mnie stworzenia nadawały się do jedzenia. Problemem było tylko ich upolowanie. Wciąż uciekały spod moich szczęk, gdy się od nich odganiałam. Zwolniłam tempa, powłócząc nogami, udając że opadam z sił. Poczekałam na znajome kłucie, tym razem wytrzymując ognisty ból. Odczekawszy chwilę, gwałtownym zrywam rzuciłam się na pijawkę i złapałam stworzenie zębami. Nie spodziewałam się jednak tego co nastąpi. Z trudem rozerwałam paszczę, wydając z siebie żałosne kwilenie. Do oczu natychmiast napłynęły mi łzy. W miękkie podniebienie wbiły się liczne kolce, które wraz z twardą skorupą broniły krwiożercze żyjątko. Puściłam najeżoną kulę, rzucając nią o ścianę tunelu. Dobiegłam do niej szybko, wydając z siebie ostrzegawczy warkot - co jeśli jego pobratymcy nie gardzili własnym mięsem? A ja nie miałam wyboru, bez wody i jedzenia, z licznymi obrażeniami, z utratą krwi.... musiałam zyskać energię. Wyhamowałam przed - jak mi się zdawało - kolczastym stworzeniem, zbliżając się do niego ostrożnie, na oślep, kierując się jedynie węchem. Tymczasem w moim umyśle przebiegały intensywne procesy myślowe. Po chwili zdałam sobie sprawę z własnej głupoty - przecież miałam moce powietrza, z których już dawno mogłam skorzystać. Skupiłam się na niedoszłym oprawcy, unosząc stworzenie z powierzchni gleby. Ostrożnie, powoli, zaczęłam zmieniać ciśnienie, wewnątrz skorupy i poza nią. Była to trudna do wykonania operacja, mój oddech szybko się pogłębił. Usłyszałam trzask, po czym skorupa została rozsadzona od środka. Odłamki śmignęły w przeciwne strony, osłoniłam się jednak silnym podmuchem powietrza. Wciąż skupiając się na unoszeniu miękkich wnętrzności, zbliżyłam się do nich powoli. Chwyciłam z obrzydzeniem mięso i wgryzłam się w oślizgłe wnętrzności. Obym się nie otruła, pomyślałam jeszcze, gryząc gumowatą konsystencję. Krzywiłam się przy każdym kęsie, naruszając rany podniebienia. Był to paskudny posiłek, jednak wreszcie coś znalazło się w moim żołądku. W moim sercu zapłonęła iskierka nadziei, która zdawała się już być stracona. Może jednak uda mi się dotrzeć do końca. Wiedziałam jednak, że czekała mnie jeszcze długa droga. A pozostawał jeszcze jeden problem - potrzebowałam snu i odpoczynku. Nie mogłam jednak sobie na to pozwolić, z pasożytami czyhającymi na każdym kroku. Nie wiedziałam jak mogłabym w tym przypadku użyć swych mocy, a tym bardziej wątpiłam bym zdołała je utrzymać w trakcie snu. Westchnęłam ciężko. Pozostawało wierzyć, że korytarz niedługo się skończy.
~***~
Pod łapami wyczułam drżenie podłoża. Mych uszu dobiegły niepokojące odgłosy. Z oddali dobiegł do mnie rumor, jakby waliło się sklepienie. Poduszki łap trzęsły się od drgań, które wstrząsały podziemnym tunelem. Zatrzymałam się ze strachem, nie wiedząc czy zaraz sufit zwali mi się na głowę, czy może powinnam spodziewać się czegoś innego. Hałas z każdą sekundą się przybliżał, a ja zamarłam w miejscu, nie zdolna do żadnego ruchu, czekając na nieunikniony los.Wpierw buchnął we mnie odór zgniłego mięsa, zaraz potem wyczułam ogrom cielska, które zdawało się wypełniać całą średnicę przejścia. Z paskudnego łba monstrum wyrastało kilka czułków, zakończonych świecącymi lampionami, które najpewniej miały wabić ofiary potwora. Cztery pary małych, czarnych ślepi, które rozłożone były po przeciwległych stronach szerokiego pyska, błyskały ku mnie złowieszczo, odbijając w paciorkach światło migotliwych diod. Duży nochal węszył nieustannie, wyczuwając zapach świeżej posoki. Monstrum uchyliło paszczę, ukazując rzędy ostrych jak tarka kłów. Wydało z siebie porażający ryk, pod którym ugięły się pode mną nogi. Stwór ociężale podniósł potężną kończynę, pokrytą gęstą szczeciną i zakończoną tępymi pazurami - zapewne służącymi do kopania tuneli. Opuścił ją na glebę z głuchym odgłosem uderzenia. Byłam pewna, że jednym ciosem pogruchotałby mi wszystkie kości. Mój umysł zalała fala paniki. Bezmyślnie zaczęłam się rozglądać, szukając drogi ucieczki. Takowej oczywiście nie znalazłam. Warknęłam wściekle, prostując samą siebie do porządku. Starając się ignorować stwora, który chwilowo jeszcze nie atakował, wzięłam kilka głębokich wdechów, z trudem powstrzymując drżenie łap. Obserwowałam potwora, czekając na jego ruch. W głowie opracowywałam plan działania. W końcu monstrum ruszyło. Zbliżało się, szeroko rozwierając pysk - planując jedynie zamknąć paszczę, gdy przyjdzie pora. Nie spodziewał się walki. Musiałam go jednak rozczarować. Wbrew pozorom życie mi się jeszcze nie znudziło. Uśmiechnęłam się cierpko do samej siebie. Odskoczyłam do tyłu, by umknąć przed zębiskami i znów sięgnęłam do swych mocy, korzystając z tej samej sztuki co wcześniej. Manipulując ciśnieniem, sprawiałam że komórki i naczynia krwionośne pękały, rozsadzając stwora od środka. Zatrzymał się zdumiony i wydał z siebie wściekły ryk, przeszyty niespodziewanym bólem. W furii rzucił się na mnie, gwałtownym szarpnięciem ciała. Nie sądziłam, że jest zdolny do takich ewolucji. Nie zdążyłam zbiec. Olbrzymie cielsko spadło na mnie i przygniotło do ziemi. Ostatkiem sił, wypompowałam z płuc potwora powietrze, odcinając dostęp tlenu do mózgu. Potwór zamierał. Ja natomiast wydałam z siebie cichy jęk, tylko na tyle miałam sił. Liczyłam płytkie, powolne oddechy, starając się utrzymać na granicy świadomości. Musiałam się prędko wydostać, nim odpłynę... Napięłam mięśnie, próbując wysunąć się spod ciężaru, jednak ważyło zbyt wiele - nawet nie drgnęło, mimo moich wysiłków. Zaczynałam tracić czucie w kończynach. Myśl, głupia. Myśl. Wzięłam kolejny palący oddech, próbując się skupić, jednak ból rozchodzący się po wszystkich komórkach ciała skutecznie mnie rozpraszał. No, myśl. Dalej. Kolejny wdech, posyłający falę cierpienia w głąb mojego mózgu. Ból mnie dekoncentrował, był nie do zniesienia. Skup się, do cholery. Wciąż się napominałam, ale myśli kołatały się w bezładzie, niezdolne do splecenia sensownej całości. Zacisnęłam szczęki i zamknęłam powieki, dokładnie próbując sobie zilustrować co zamierzam zrobić. Zajęło mi to parę chwil, nim w pełni wyobraziłam sobie kolejne kroki. Martw truchło drgnęło. Potem delikatnie się uniosło. Zaledwie parę centymetrów, powoli. Odetchnęłam gwałtownie, czując kolejne potężne fale bólu, kiedy ciężar się zmniejszył. Trwało to długo, ale w końcu siłą woli udało mi się unieść olbrzymie cielsko i przesunąć w bok. Gdy znalazło się wystarczająco daleko, puściłam i trup opadł z trzaskiem na glebę, wbijając tumany kurzu, Wypuściłam ze świstem powietrze, dopiero teraz zdając sobie sprawę z tego, że je wstrzymywałam. Chwila napięcia minęła. Pozwoliłam sobie na kilka głębszych oddechów. Bolało jak diabli, ale chyba byłam cała. Ostrożnie podniosłam się z ziemi, uważając na każdym ruchu, bojąc się złamań i obrażeń. Jednakże poza zgnieceniami wydawało się, że nie dolegało mi nic więcej. Znów miałam szczęście. Stojąc na drżących łapach, otworzyłam w końcu ślepia. W tunelu znów panowała aksamitna ciemność. Po chwili namysłu podeszłam do martwego potwora. Zmarszczyłam nos, węsząc zawzięcie, szukając pomiędzy pancerzem cienkiej skóry, przez którą mogłabym się przebić. Kolczaste pijawki, które wcześniej się rozbiegły - ciekawe gdzie one się chowały? - znów zaczęły się zbierać, wyczuwając nadchodzącą ucztę. Znalazłszy miękką tkankę, zagłębiłam w niej kły i potężnym szarpnięciem rozerwałam skórę. Pożywiłam się w pośpiechu twardym mięsem potwora. Oblizałam pysk z posoki i wcisnęłam się pod wielką łapę potwora, zwijając się w mały kłębek. Byłam wykończona. Przykryłam nos długim ogonem, jeszcze prze chwilę próbując utrzymać przytomność. Zewsząd dobiegały mnie odgłosy ucztujących krwiopijców. Żywiłam nadzieję, ze potwór im wystarczy i zostawią mnie w spokoju. W końcu moje powieki opadły i niemal natychmiast odpłynęłam w niebyt.
II
Przez otaczające mnie ciężkie kotary mgły, z trudem przedostał się nieprzyjemne dźwięk. Poruszyłam się nieznacznie, układając wygodniej i zatapiając w przytulnym, gęstym mroku, oblepiającym moją ocieżałą świadomość. Draźniący chrobot jednak nie ustawał. Próbowałam ignorować budzące się we mnie niepokojące przeczucie, nie chciałam wychodzić z bezpiecznych objęć Morfeusza. Nie chciałam wracać do koszmaru, jakim stała się moja rzeczywistość. Uczucie jednak narastało, przeszywając mnie swym chłodem, pozbywając resztek sennych mgieł,
Podniosłam gwałtownie łeb, a wraz z tym ruchem odpłynęło całe ciepło, które ze mną jeszcze pozostawało. Grzmotnęłam wierzchem czaszki o twardy pazur potwora. Wygramoliłam się z zagłębienia i otrząsnęłam się lekko, nie potrafiąc powstrzymać stęknięć, kiedy rozbudzone ciało znowu zapłonęło tępym bólem. Ziewnęłam szeroko, po czym przeciągnęłam się ostrożnie, wyciągając łapy i wyginając grzbiet, prężąc zesztywniała mięśnie. Mlasnęłam lekko i rozejrzałam się wokoło. No tak. Ciemność. Nic się nie zmieniło. Postawiłam uszy na sztorc, przypominając sobie powód mej pobudki. Czujnie nasłuchując, szybko wyłapałam dźwięki świadczące o gryzieniu, darciu i rozrywaniu ciała, a między nimi ciche piski. Wzdrygnęłam się z niesmakiem, pojmuąc, że podziemni padlinożercy zajmują się tym co zostało z truchła potwora.
Nie ociągając się dłużej ruszyłam w dalszą wędrówkę, przynajmniej tymczasowo nie musząc się martwić o krwiopijcze stwory. Z nowymi siłami biegłam równym truchtem przez korytarz, systematycznie stawiajac za sobą łapy. Odgłos moich kroków oraz spokojny oddech były jedynymi dźwiękaim, które od teraz towarzyszyły mi w podróży. Tylko co jakiś czas zatrzymywałam się na krótki postój. Minuty wydłużały się w godziny, sprawiając że znów traciłam poczucie czasu. Myśli chaotycznie przeskakiwały pomiędzy obawami i wspomnieniami. Podążałam dalej, z niecierpliwością wyczekując końca tunelu. Teraz, kiedy względnie odzyskałam fizyczne siły, zaczynałam się obawiać pułapek własnego umysłu. Niepokojące uczucie co raz bardziej zaczynało ciążyć mi na sercu. Wyciągało swe macki, sięgając co raz głebiej, rozsiewając swą truciznę. Starałam się go nie dopuszczać, pozbyć z umysłu, jednakże nie potrafiłam. Otaczająca mnie czerń nagle zdała mi się przytłaczająca swoją głębią. Poczułam się jak w klatce, zamknięta, bez szansy ucieczki. Mogłam tylko iść, bez żadnej nadziei, że znów ujrzę światło. Ta czerń, smolista, nieprzenikniona czerń, która nie została zrodzona ze skrzydeł Nocy, kryła w sobie drapieżcę. Cichy obserwator mógł się czaić wszędzie. Śledzić, ukrywać się w mroku, obserwować i tylko czekać na dogodny moment... Nieświadomie moje kroki się wydłużyły, jakby moje ciało chciało oddalić się od wyimaginowanej istoty. Niemal czułam przeszywający wzrok, wbity łakomie w moje plecy. Musiałam uciec, uciec jak najprędzej...
Jeszcze nie wyblakłe wspomnienia zaczęły przemykać mi przed oczami. Nieskazitelna biel, rażąca ślepia, czarne zjawy, zbierające się wokół, zacieśniające mroczny Krąg... Mój rzęzisty oddech ścigał się z szaleńczo bijącym sercem. Mięśnie naprężone do granic możliwości poruszały łapami w morderczym biegu, pchając mnie co raz szybciej, co raz prędzej, dalej. Obrazy, emocje i cierpienie... bolesna mieszanka oplotła mnie z siłą, korzystając z luk, które pojawiały się w słabnącym murze woli. Upiorne szepty goniły mnie, łaskocząc mroźnymi oddechami. Chciałam uciec, jak najdalej od ścigające mnie potwora, jednak nie mogłam, brakło mi sił.
Krzyknęłam, doprowadzona do absolutnej paniki, gdy zahaczyłam łapą o jeden z wystających korzeni. Przewaliłam się, lądując nieporadnie na ziemi. Zamarłam w bezruchu, łapczywie wciągając powietrze do płuc. Nasłuchiwałam. Nie wyczułam żadnej obecności, nie było nikogo w tunelu poza mną. Byłam sama. Podniosłam się i potrząsnęłam łbem. Z moich oczu ciekły łzy. Zacisnęłam szczęki, nakazując sobie spokój. Liczyłam do dwudziesty, po raz kolejny starając się wyrównać oddech. Wstydziłam się swojej reakcji, jednak kujące szpile strachu były wbite głębokoo i nie sądziłam by szybko się roztopiły.
Podniosłam uszy, wyczuwając niespodziewanie prąd świeżego powietrza. Zaczęłam węszyć, przeszukując ściany korytarza. Z trudem panowałam nad narastającym przypływem nadziei, które łatwo mogło się skończyć rozczarowaniem. Wsztrzymałam na moment oddech, kiedy wyczułam równą, kamienną powierzchnię oraz wypływający z jej obrzeży ciąg. Po chwili namysłu naparłam na blok całym ciałem, wkładając w to wszystkie siły. Nic się nie działo. Nie poddawałam się. Nie teraz, kiedy mogłam znaleźć wyjście. Powtórzyłam maewr i tym razem skała drgnęła. Popchnęłam jeszcze raz i nagle kamień puścił, wypadając z głośnym hukiem na zewnątrz. Oblizałam nerwowo pysk, po czym zagłębiłam się w wąski otwór.
Syknęłam wściekle, kiedy jaskrawe światło boleśnie mnie oślepiło Czułe źrenice, po tylu dniach ciemności nie były przygotowane na tak mocne bodźce. Zamknęłam ślepia, przez cały czas uważnie nasłuchując. Jedyne co słyszałam to trzask tańczących płomieni, który zdawał się być powielany echem. Poruszyłam się nieznacznie, czując dziwne napięcie, które nie opuszczało mojego ciała. Coś było nie tak. Uniosłam z wolna powieki i zamrugałam parę razy, aż w końcu otworzyłam szeroko oczy. Przede mną znajdowała się pionowa skalna ściana. Zza niej wydobywało się nikłe światło, które wcześniej wydawało mi się być rażącym blaskiem. Zmarszczyłam nos, rozumiejąc że podświadomość reaguje tak na dobiegający mnie zapach, który unosił się w całym pomieszczeniu. Po długiej wędrówce tunelem, moje zmysły zdawały się być otumanione, nie działały jak powinny, woni nie potrafiłam z początku zidentyfikować, choć wydawała się znajoma.
Krzyknęłam, doprowadzona do absolutnej paniki, gdy zahaczyłam łapą o jeden z wystających korzeni. Przewaliłam się, lądując nieporadnie na ziemi. Zamarłam w bezruchu, łapczywie wciągając powietrze do płuc. Nasłuchiwałam. Nie wyczułam żadnej obecności, nie było nikogo w tunelu poza mną. Byłam sama. Podniosłam się i potrząsnęłam łbem. Z moich oczu ciekły łzy. Zacisnęłam szczęki, nakazując sobie spokój. Liczyłam do dwudziesty, po raz kolejny starając się wyrównać oddech. Wstydziłam się swojej reakcji, jednak kujące szpile strachu były wbite głębokoo i nie sądziłam by szybko się roztopiły.
Podniosłam uszy, wyczuwając niespodziewanie prąd świeżego powietrza. Zaczęłam węszyć, przeszukując ściany korytarza. Z trudem panowałam nad narastającym przypływem nadziei, które łatwo mogło się skończyć rozczarowaniem. Wsztrzymałam na moment oddech, kiedy wyczułam równą, kamienną powierzchnię oraz wypływający z jej obrzeży ciąg. Po chwili namysłu naparłam na blok całym ciałem, wkładając w to wszystkie siły. Nic się nie działo. Nie poddawałam się. Nie teraz, kiedy mogłam znaleźć wyjście. Powtórzyłam maewr i tym razem skała drgnęła. Popchnęłam jeszcze raz i nagle kamień puścił, wypadając z głośnym hukiem na zewnątrz. Oblizałam nerwowo pysk, po czym zagłębiłam się w wąski otwór.
Syknęłam wściekle, kiedy jaskrawe światło boleśnie mnie oślepiło Czułe źrenice, po tylu dniach ciemności nie były przygotowane na tak mocne bodźce. Zamknęłam ślepia, przez cały czas uważnie nasłuchując. Jedyne co słyszałam to trzask tańczących płomieni, który zdawał się być powielany echem. Poruszyłam się nieznacznie, czując dziwne napięcie, które nie opuszczało mojego ciała. Coś było nie tak. Uniosłam z wolna powieki i zamrugałam parę razy, aż w końcu otworzyłam szeroko oczy. Przede mną znajdowała się pionowa skalna ściana. Zza niej wydobywało się nikłe światło, które wcześniej wydawało mi się być rażącym blaskiem. Zmarszczyłam nos, rozumiejąc że podświadomość reaguje tak na dobiegający mnie zapach, który unosił się w całym pomieszczeniu. Po długiej wędrówce tunelem, moje zmysły zdawały się być otumanione, nie działały jak powinny, woni nie potrafiłam z początku zidentyfikować, choć wydawała się znajoma.
_____________________________________________________________________________
Wzięłam głęboki wdech i postąpiłam kilka kroków, wychodząc zza ciemnego głazu. Przede mną rozciągała się ogromna sala, oświetlona płonącymi paleniskami, ustawionymi w półkolu, wzdłuż gładko ociosanych skał. Tu zapach się nasilił, jednak szłam dalej,aż dotarłam na sam środek. Stanęłam na wytartej przez setki stworzeń posadzce,a następnie odwróciłam się twarzą w stronę miejsca, z którego wyszłam.
Wciągnęłam ze świstem powietrze, zszokowana widokiem,który się przede mną znalazł. Głaz, za którym znajdował się otwór, okazał się być posągiem, przedstawiającym kobietę o dzikich rysach oraz drapieżnym wyrazie twarzy. Odziana była skąpo, tak, że wyraźnie było widać zarysy mięśni jej ciała. W jednej ręce trzymała sztylet, z którego spływała jakaś ciecz, najprawdopodobniej krew. Na jej szyi widniał wisiorek, zakończony misternie zdobionym piórem. W samym jego sercu umiejscowiony był szlachetny kamień, rubin, w którego ciemnym kolorze, błyskały odbite płomyki ognia. Cały posąg był wykonany z nieznanego mi materiału. Ciemny, prawie czarny kryształ, błyszczał, wypolerowany przez mistrzów rzemieślników. Jego rozmiary były ogromne. Możliwe, że sięgał nawet dalej niż najwyższe widziane przeze mnie drzewo.
To co znajdowało się u stóp rzeźby wyjaśniało źródło woni, która wcześniej mnie zaskoczyła. Były to dwa wielkie baseny, w kształcie równych okręgów, zajmujących niemal połowę sali. Aż po brzegi wypełnione były rdzawą cieczą, o metalicznym zapachu – krwią. Do obu stóp posągu, które zanurzone były w szkarłatnym płynie, przymocowane były dwie pary żelaznych łańcuchów. Teraz spoczywały luźno, jednak bez trudu domyśliłam się, że służyły do tego by przytrzymywać osoby, skazane na ofiarę dla tego bóstwa.
Im dłużej wpatrywałam się w ten widok, tym coraz bardziej w moim jestestwie rodziło się niesmak i oburzenie. Nie mogłam zrozumieć jak można było pozwolić na tego rodzaju religię. Jednak wiedziałam jedno. Znajdowałam się w Mrocznym Sanktuarium.
Wciągnęłam ze świstem powietrze, zszokowana widokiem,który się przede mną znalazł. Głaz, za którym znajdował się otwór, okazał się być posągiem, przedstawiającym kobietę o dzikich rysach oraz drapieżnym wyrazie twarzy. Odziana była skąpo, tak, że wyraźnie było widać zarysy mięśni jej ciała. W jednej ręce trzymała sztylet, z którego spływała jakaś ciecz, najprawdopodobniej krew. Na jej szyi widniał wisiorek, zakończony misternie zdobionym piórem. W samym jego sercu umiejscowiony był szlachetny kamień, rubin, w którego ciemnym kolorze, błyskały odbite płomyki ognia. Cały posąg był wykonany z nieznanego mi materiału. Ciemny, prawie czarny kryształ, błyszczał, wypolerowany przez mistrzów rzemieślników. Jego rozmiary były ogromne. Możliwe, że sięgał nawet dalej niż najwyższe widziane przeze mnie drzewo.
To co znajdowało się u stóp rzeźby wyjaśniało źródło woni, która wcześniej mnie zaskoczyła. Były to dwa wielkie baseny, w kształcie równych okręgów, zajmujących niemal połowę sali. Aż po brzegi wypełnione były rdzawą cieczą, o metalicznym zapachu – krwią. Do obu stóp posągu, które zanurzone były w szkarłatnym płynie, przymocowane były dwie pary żelaznych łańcuchów. Teraz spoczywały luźno, jednak bez trudu domyśliłam się, że służyły do tego by przytrzymywać osoby, skazane na ofiarę dla tego bóstwa.
Im dłużej wpatrywałam się w ten widok, tym coraz bardziej w moim jestestwie rodziło się niesmak i oburzenie. Nie mogłam zrozumieć jak można było pozwolić na tego rodzaju religię. Jednak wiedziałam jedno. Znajdowałam się w Mrocznym Sanktuarium.