środa, 20 grudnia 2017

Wybudzenie, wybawienie.


20 grudnia 2017
[22:20] Kwiatek: Szła. I szła, i szła, i szła. Nieprzerwanie od kilkunastu godzin, by koniec końców znów znaleźć się wśród znajomych jej lasów, pól czy gór. Nie wiedziała, dlaczego znów uciekła, dlaczego dziwne przeczucie podpowiedziało jej, że tak będzie lepiej. Posłuchała, bo czemu nie? Nie wywiązała się z obietnicy danej Tristanowi, że będzie go informowała, gdyby miała zamiar zniknąć na kilka dni. Zbyt nagle. Spontanicznie. Nie chciała. Szlajając się od dłuższego czasu gdzieś po lesie bez jakiegokolwiek celu, otulona zimnym powietrzem, posklejanym i uwalonym błotem sierścią, z zakrwawionym pyskiem, nie zorientowała się, gdzie jest. Nie chciała wiedzieć, gdzie jest. Potknęła się nagle. Z zaciekawieniem spojrzała w bok, gdy cienka warstewka śniegu osunęła się z czyjegoś cielska. Trąciła nosem, Lekko odchyliła pysk, by móc się przyjrzeć. Oddycha. Z cichym mruknięciem ułożyła się obok, uderzając ogonem o ziemię, by rozbić jedną z kulek na jej ogonie, uwalniając z niej powietrze, które nagle ociepliło się w szarawej kuli, w której przed chwilą panowała zimna temperatura. "Zamknęła" się w niej wraz z ledwo żyjącą istotą, grzejąc ją, co chwilę trącając łapą, z nadzieją, że się obudzi.
[22:34] Aldieb: Dryfowała. Nieprzytomna. Niewidząca. Nie będąc tu, ani tam. Szok, którego doznała tuż po powrocie z Krainy Śmierci obezwładnił ją na kilka dni. Brązowa sierść poprzecinana licznymi bliznami zlewała się ze zmarzniętą pod nią glebą. Zapach zmurszałej ziemi, którym tchnęło ciało samki, sprawiał, że była niczym kolejna obalona kłoda, pomijana przez resztę zwierzyny. Cieniutka warstwa mlecznobiałego puchu zebrała się na jej wychudzonej sylwetce. Dryfowała. Nieprzytomna. Było zimno. Ciemno. I samotnie. Płytki oddech zwalniał co raz bardziej. I zapewne znów by umarła. Po tak wielkich wysiłkach Leśnego Druida, po uratowaniu Stada, po przygodach, krukach i kamieniu, wszystkich tych wydarzeniach i zaledwie kilku dniach od zmartwychwstania - miała umrzeć. Jednak nie umarła. Została odnaleziona. Przez Kwiatka, zbawczynię. I ciepło znów wróciło do jej kończyn, serce mocniej zabiło, a dech głębszy się zrobił. A w jej łonie obce życie się tliło.
[22:50] Kwiatek: Nie wiedziała, ile dokładnie czasu minęło. Wpatrywała się ciągle w jeden punkt przed siebie, nie zajmując niczym konkretnym umysłu. Od czasu do czasu przeszło jej przez myśl to, kim jest owa istota obok niej. Otrzepała nagle łeb, zwracając go w stronę zwierzęcia. Śnieg wokół nich stopniał, sierść wyschła. Za ciepło dla niej. Trąciła delikatnie łopatkę nosem, jednak widząc, że zaczęła oddychać głębiej i w miarę stabilniej, podniosła się, stając nad nią z nisko pochylonym łbem. — Hej... — Wyszeptała, przechylając łeb na bok i delikatnie szturchając ją łapą z nadzieją, że może przez to się zbudzi. Przyglądała się, obserwowała, nie wiedząc nawet, czy po przebudzeniu jej nie zaatakuje. Nah.
[23:01] Aldieb: Wracała. Z odmętów. Z ciemności. Ze stanu nieważkości. Ktoś ją wołał, przyzywał. Nie była już sama. Odetchnęła znów głębiej, chłonąc przez nozdrza powietrze, jak życie. Słyszała czyjś głos, ciepło czuła i oddech na swej skórze. Tak ciężko było jednak powrócić. Po tylu dniach, latach niebycia. Powieki niby ciężkie kotary, siłą nie dało otworzyć. Łapy niby kłody, uszy niemrawe, nos suchy. I znów nie pamiętała. Jak żyć, jak ruszać, jak być. A jednak była. Życie jej tak rzekło. I wiedziała o tym. Musiała. Nie miała już wyboru. Z wysiłkiem wielkim, choć dla innych to igraszka, uniosła w końcu czarne rzęsy, powieki i spod plątaninyciemnych włosów na świat wyjrzało złoto pary oczu. Wróciła.
[23:08] Kwiatek: Odetchnęła, widząc, jak z wolna otwiera ślepia. Trąciła delikatnie nosem jej pysk, jakoby dać znać, że nadal tu jest. Cofnęła się zaraz, by usiąść, potrząsając łbem na boki, ponownie wlepając w nią spojrzenie. Nie chciała jej pospieszać, nie było potrzeby. Czekała spokojnie, obserwując istotę obok, zaraz przechodząc z łapy na łapę.
[23:15] Aldieb: Świat ją oślepił. Przytłoczył. Wciąż nieoswojona. Rozmazane plamy, barwy i kształty. Tylko tyle z początku dojrzała. Czuła obecność. Wiedziała - nie jest sama. Nie bała się jednak, w sercu wiedząc, że obawiać się nie trzeba. Próbowała wstać. Nie mogła. Jej ciało ledwie drgnęło. Jak marmur, jak posąg, co magią ożywiony, biegać nieudolnie próbuje. Spojrzała znów. Czarne punkty źrenic zwęziły się znacznie, adoptowały na nowo do światła, kolorów i dojrzała rysy, poznała drzewa i krzewy i biel śniegu. I sylwetkę nieznaną, choć wyczuwaną. Musiała być jej wybawczynią.
[23:22] Kwiatek: Starała się delikatnie obniżyć temperaturę, pomału, ledwo wyczuwalnie, by mogła z wolna przyzwyczaić się do zimna. Gdyby od razu zaatakowała ją zimnym powietrzem, zapewne mogłaby jej coś zrobić. Przemieliła jęzorem w pysku, wyciągając ku niej łeb. Uniosła się również nieco, jak gdyby nie była pewna, czy pomóc jej ze wstaniem. — Już w porządku. Jestem. — Zapewniła, uśmiechając się delikatnie, gdy zauważyła jej spojrzenie. Nie chciała jej zostawiać. Nie, nie mogła. Będzie siedziała przy niej tyle, póki nie będzie wiedziała, że da sobie radę i nic jej nie jest.
[23:33] Aldieb: Z wolna wszystko wracało. Nerwy, impulsy i ciało. Mrożna ziemia i świeży powiew wiatru. Zapachy, woń gleby, lasu i zwierząt. Wymieszane. Znane i nieznane. Dźwięki i barwy, wszystko co raz żywsze, wyraźniejsze. Znów, czuła, wiedziała, była. Podniosła głowę, stać ją na tyle było. Ponownie głos usłyszała, tak ciepły i miękki, jak zefir letni, jak trawa zielona i sierść zmierzwiona. Przywiódł jej myśli wspomnienia - dom i rodzina. Jak u siebie się poczuła, w końcu, bezpieczna. Trzepnęła łbem, ostrożnie, lekko, zrzucając pasma długich włosów z oczu. Ślepiami znów powiodła ku białej waderze. Zawieszając na niej spojrzenie podźwignąć się znów próbowała. Zesztywniałe kończyny oporne były, słuchac się jej nie chciały, jednak zmusiła, przesunęła łapę jedną, drugą, napięła zastałe mięśnie. Chciała wstać, na pewnych nogach - udało się prawie, zahwiała się jednak, zadrżała, upadła.
[23:39] Tristan: Rozmowa z Upiorem wprawiła go w niezbyt przyjemny nastrój. Nalezał krótko do stada. A już jego uporządkowane, proste, dzikie życie.. Znikło. Pojawiły się w nim zasady. Ojciec. Hiacynt.. Ta ostatnia była największym.. Problemem? Nie, to złe słowo. Ale odpowiednie. Sprawiała problemy! Niczym małe, rozkapryszone dziecko. Obiecała mu coś. Nie dotrzymała słowa. Warknął cicho wytrącony z równowagi. Był zmęczony. Cały dzień spędził na bieganiu i próbie powrotu do swoich kiedyśniejszych ćwiczeń. Dlatego teraz biegł wolnym truchtem, oddychając ciężko. Gdy do jego nosa dotarł przyjemny, znany i pożądany przez niego zapach, od razu zmienił kierunek biegu. Oblizał pysk, przyspieszając. Długo nie zajęło mu dotarcie do wader. Zjawił się przy nich wtedy gdy ciemna próbowała wstać. Potrząsnął łbem, podchodząc do nich bliżej. Bez jakiegokolwiek słowa.
[23:42] Kwiatek: Nie pozwoliła jej na to. Gwałtownie postąpiła na przód, niemalże rzucając się pod nią. Jęknęła cicho, przygnieciona jej ciężarem, jednak mimo to odwróciła łeb, by jakoś na nią spojrzeć. — Wolno. Nie spiesz się tak. — Wymruczała, unosząc się delikatnie na łapach, pomagając jej nie tyle co stanąć o własnych siłach, ale i w jakiś sposób chcąc zapobiec jej kolejnemu upadkowi. Nie zauważyła Tristana - skupiła się na niej, jednak gdy tylko wyczuła jego zapach, przeklęła pod nosem ze świadomością, że ma najnormalniej w świecie przejebane.
[23:47] Arjuna: Ogoniasta musiała pobyć chwile sama dlatego trzymała się z dala chwilowo od polany. Dla niej ostatnio za dużo się działo, za dużo się wydarzyło niewyjaśnionych zdarzeń co do jej małego mózgu było za dużo, musiała to wszystko przemyśleć, poukładać. Nagle z niezamyślenia wyrwały ją znajome zapachy. - Aldieb. - Pomyślała, chyba jako ona jedyna nie podeszła do niej się przywitać? Chyba tak to można nazwać. Skierowała się w kierunku źródła zapachów., jeden z nich szczególnie mieszało jej w główce. Bowiem zmartwychwstanie samicy było dla niej czymś niepojętym. Wierzyła, że to jest możliwe, ale wiedziała iż nie ma nic za darmo. Dla równowagi będzie trzeba dać coś w zamian i tego się własnie obawiała najbardziej. Nawet nie spostrzegła się kiedy była już nie daleko swego celu podróży, była już całkiem widoczna. Bez słowa do nich podeszła bacznie bacznie obserwując leżącą Aldieb. - Matko, Al. - Podeszła do niej jeszcze bliżej i pomogła Hiacynt podtrzymywać samice.
[23:52] Aldieb: Opadła ciężko, z ulgą jednak przyjmując ciepłe ciało. Młoda wadera przyjęła jej ciężar o siebie nie dbając. Odetchnęła z głębią, z wdziecznością patrząc na białą. Powieki opadły, na chwilę tylko, w ciemności znów się zatapiając. Zbierała siły. Gdy wtem, znajomy głos usłyszała. Ślepia rozwarły się żwawo, dostrzegła skrzydlatą, ogoniastą, przyjaznych oczu malachit. Patrzyła, chciała powitać, a jednak nie mogła. Słowem od powrotu się wciąż nie odezwała. Podparta przez dwoje samic, w końcu stanęła na nogach własnych. Powiodła przez moment zamroczonym spojrzeniem. Chciała tak już być i działać, jak inni, jak żywi, jak ona niegdyś sama, ciało jednak posklejane, połatane, umysł tak samo, wciąż nie słuchały, buntując się, ociężałe, ospałe, nieznane.
[23:57] Kwiatek: Obserwowała. Gdy tylko stanęła o własnych siłach, odsunęła się nieco, nie będąc pewna, czy przy jakimkolwiek jej ruchu nie runie znów na ziemię. Stała w bezruchu, upewniając się, że jednak jest wszystko w porządku. Westchnęła ciężko, unosząc spojrzenie na Arjunę, której skinęła w podziękowaniu łbem. Cofnęła się znów, obniżając łeb. Zwróciła łeb ku czarnemu samcowi.
21 grudnia 2017
[00:00] Tristan: Przyglądał im się uważnie, nie reagując w żaden wyjątkowy sposób. Ani nie podbiegł, ani im nie pomógł. Poradziły sobei same. Chłodnym wzrokiem zmierzył sylwektę Hiacynt. - Jak Ty wyglądasz? - Syknął dość głośno, kładąc po sobie uszy. Potrząsnął łbem i prychnął zdenerwowany, odwracając pysk.
[00:04] Aldieb: Stanęła, wciąż chwiejnie, a jednak o siłach własnych. Powiodła spojrzeniem ku wilkorowi kruczemu. Nie znała, nie pamiętała, ale w głębi czuła, wiedziała - dzieckiem był Dzwonka, Tin, Przyjaciółki. Odetchnęła. Znów, smakując powietrze. Przyglądała się, patrzyła. Chłonęła ślipmi obrazy i świat, na nowo poznając, dostrzegając. Czekała.
[00:09] Arjuna: Gdy sytuacja została opanowała spojrzała na dwójkę nastolatków. - Witaj Hiacynt, Tristan. - Patrzała na nich chwile i kiełznała łbem na potwierdzenie swoich słów. - Al spokojnie, nie znam się na wskrzeszaniu, ale twoje ciało było długo nie użytkowane i potrzebuje czasu. Wspomóc cie trochę moją energią? - Pobawiła sobie skrzydło, bowiem ciało Al zaczęło się w nie wbijać
[00:12] Kwiatek: "Jak wyglądam?" - mruknęła w myślach, prostując się z wolna. Spojrzała po sobie - może i była trochę brudną, zakrwawiona, ale co się dziwić - na białym wszystko widać. Potrząsnęła łbem na boki. — Również się cieszę, że Cię widzę, tak, nic mi nie jest. — Odpowiedziała, wzdychając ciężko. Znów przemieliła jęzorem w pysku, podchodząc bliżej niego. Ukradkiem nadal obserwowała samice, tak, by na wszelki wypadek móc jej jeszcze w czymś pomóc. — Przepraszam. Wyjaśnię Ci później. — Wyszeptała, gdy tylko znalazła się na tyle blisko. Potarła chwilę nosem o jego szyję, niepewnie, nie wiedząc, czy na nią nie naskoczy.
[00:17] Tristan: - Gdyby coś Ci było już byś o tym mówiła, jak to biedna jesteś. - Prychnął, przyglądając się Ar i Aldieb. - Nie masz co mi wyjaśniać. - Potrząsnął głową, siadając. Nie zareagował na jej dotyk. Najwidoczniej pojawienie się tej wadery było wynikiem tego co działo się tu wcześniej. Odetchnął cicho, nie mając zamiaru pytać. Zapach bijący od samicy był charakterystyczny dla ziemi, czegoś co długo leżało. A po tym jak się zachowywała mógł stwierdzić, że dawno nie używała ciała. Może i ktoś się bawił w takie rzeczy. Skrzywił pysk do swoih własnyh myśli.
[00:19] Aldieb: Spojrzała na wilczycę, księżyca córkę, trzepnęła łbem. Nie, nie chciała. Niemrawo czuła, że mogło to szkodzić, pogorszyć. Życie w niej było, obce, nieznane. I ona sama była nieznana. Niby ta sama, a jednak inna. Czuła to, choć nazwać nie mogła. Jakby wśród tych łat i kawałków i szwów rwanych, czegoś brakło. Fragmenty zapomnianie. Jeszcze nie wiedziała. Czym były? Czego nie było? Czego w niej brakło? Spojrzała znów na skrzydlatą, na białą i samca czarnego. Myśli wciąż gnały. Mogła już mówić, wiedziała, a jednak się bała - przełamać barierę, odezwać się, potwierdzić, że jest tu, naprawdę, wróciła i żyje.
[00:25] Kwiatek: Zmrużyła ślepia, delikatnie unosząc łapę. Ochota uderzenia go odeszła tak szybko, jak się pojawiła. Ugryzła się w koniec języka, cofając się od niego. Stała chwilę w bezruchu, zaraz tylko przekręcając ślepiami. Ubiła koncowką ogona ziemię, przechodząc z łapy na łapę. "Uspokój się, głupia" - mruknęła do siebie w myslach, wzdychając ciężko. Oblizując jęzorem górną wargę, zwróciła łeb w stronę Al.
[00:32] Arjuna: Nie dostając potwierdzenia czy wilczyca chce jej pomocy po prostu jej nie dostała, na tyle ją wcześniej znała iż jakby naprawdę jej potrzebowała to by sama przyszła. Ale jak było teraz? Podtrzymywała dalej byłą przywódczynie pomogła jej usiąść, stwierdziła iż tak będzie lepiej. - Odpocznij, a potem spróbujesz jeszcze raz. - Posłała jej ciepły uśmiech. Następnie spojrzała na młodzież. - W jakim stanie ją znaleźliście? - Również usiadła będą w gotowości w razie czego przytrzymać Al jakby miała upaść.
[00:34] Tristan: - Uspokój się dzieciaku. - Mruknął wprost do ucha Hiacynt, wzdychając ciężko. - Co ja z Tobą mam..? - Mruknął jeszcze ciszej i pokręcił łbem. Zastrzygł uszami i spojrzał na Arjunę i drugą samicę. - Nic nie wiem. Kim ona jest? - Zapytał, przekrzywiając łeb nieznacznie w bok.
[00:38] Kwiatek: — Same kłopoty, wiem. — Odpowiedziała mu cicho, uparcie przyglądając sie Aleieb. Słysząc Arjunę, zwróciła ku niej spojrzenie, przechylając delikatnie łeb na bok. — Ledwo żywą. — Odpowiedziała bez chwili zastanowienia, zerkając szybko na Tristana, który, możnaby powiedzieć, wyjął jej to pytanie z ust. Sama chciałaby się dowiedzieć, kim jest samica, której bezinteresownie pomogła.
[00:43] Aldieb: "Kim ona jest?" Potoczyło się po jej umyśle jak echo dzwonu. Kim była? Pytanie godne uwagi. Złote ślepia spoczęły na dziecku Dzwonka. Patrzyła chwilę, sekundy mijały, wciąż myślała, wahała się, zastanawiała. Czy czas odpowiedni, czy zwlekać jeszcze. Potrząsnęła smukłym pyskiem. Dość już tego, tych myśli bezwiednych, błądzących i do nikąd prowadzących. Powstała, już pewniej i śmielej, odsuwając się od skrzydlatej, nie czując dłużej pomocy potrzeby. Postąpiła ostrożnie kilka kroków, patrząc wciąż uważnie, pomiędzy smolistym futrem i białym. W końcu z jej gardła wydobył się głos, cichy ochrypły, jednak z każdą sylabą pewniejszy. - Aldieb mnie zowią, czy też zwali niegdyś, Wiatrem Zachodnim, Panią Powietrza, Alphą i Matką - pod tymi i innymi określeniami wśród żywych uchodziłam. - Zamilkła na moment. Łeb przekrzywiła, kaskada kruczych włosów na pysk spłynęła. - Wy jesteście...? - Zaczęła, urwała, zaraz jednak dokończyła. - Bywalcami? Żyjecie tu, w Stadzie Nocy? Bo tutaj jesteśmy, prawda? - Ostatnie pytanie niepewnym było, choć wspomnienia miała i sprzed śmierci i snu ostatniego, wciąż bała się w pełni uwierzyć.(edytowane)
[00:54] Tristan: - Tristan. A to Hiacynt. - Wskazał łbem samicę obok siebie. - Tak, żyjemu tutaj. i tak, to jest HOTN. - Uśmiechnął się niewyraźnie, próbując postarać się o jakąś miłą minę na pysku. ALe odetchnął tylko. - Aldieb? - Mruknął, próbując przypomnieć sobie czy kiedykolwiek słyszał jej imię. Ale było ono mu kompletnie nieznane.
[00:59] Arjuna: Spojrzała na Tristana. - Aldieb była alfa przed Baru, jedna z zasłużonych członków HOTN. - Nawet jej nie przyszło do łba, że młodzież może jej nie znać, ale przecież to logiczne skoro zmarła jak byli jeszcze malutkimi szczeniakami. - Mam nadzieję, że mnie Aldieb pamiętasz. - W jej ślepiach widać było nadzieje
[01:06] Aldieb: Strzygnęła uchem, długim, poszarpanym. Odwróciła pysk na moment, zerkając za siebie. - Oczywiście, Arjuno, znam i pamiętam, nie martw się o to. - W jej spojrzeniu ciepło zagościło, wróciła oczyma ku dwójce młodzieży, spuściła głowę, z ukłonem niewielkim, z szacunkiem się witając. - Witajcie, Hiacynt, Tristanie. Raduje mnie Wasz widok. Was wszystkich. Dziękuję, że jesteście, zyjecie. Dziękuję za odnalezienie. - Nie speszyła ją postawa basiora, spoglądała nań raczej okiem matczynym, choć nie znała, syn przyjaciółki był jej rodziną.
[01:11] Kwiatek: "Aldieb?" - Spytała samą siebie, jakby chcąc się upewnić, że dobrze usłyszała. Słuchała wszystkiego, o czym mówili, a ciągłe powtarzanie jej imienia sprawiło, że im częściej je sobie powtarzała, tym bardziej znane jej się wydawało. Możliwe, że Ojciec opowiadał jej o stadzie, gdy była małą kulką. Potwierdziły to słowa Arjuny, przez co delikatnie pokiwała głową, spoglądając zaraz po wszystkich, jakby niepewnie. Zaraz znów zawiesiła spojrzenie na samicy przed nią, sama zaraz chyląc łeb z delikatnym uśmiechem. — Nie ma sprawy. — Odpowiedziała, prostując się. — Na pewno wszystko w porządku? — Spytała, nadal zamartwiając się jej stanem.
[01:14] Tristan: - Również witaj. - Ugiął łapy, kłaniając się jej. Z szacunku, skoro była kiedyśniejszą alphą. Ale była też samicą co dodatkowo kazało mu okazać jej szacunek. No, Kwiatek też kiedyś miała. Ale teraz bardziej go już tylko denerwowała. Przypomniał sobie o tym i spojrzał na białą wilczycę nieprzyjemnym wzrokiem prychając pod nosem.
[01:19] Aldieb: W końcu jej pysk wyraził uczucia, wargi drgnęły w uśmiechu ciepłym, wywołanym falami sympatii. Skinęła głową w odpowiedzi białej. - W porządku, na razie, o ile nazwać to tak można. - Powiodła spojrzeniem po ziemi, po śniegu, po kruczych piórach i truchłach, które choć przysypane puchem, wciąż walały się wszędzie wśród pni i krzewów i zasp. Pamiątka po wydarzeniach niedawnych. Część ciał rozszarpana, poroznoszona przez dziką zwierzynę. Strzały też widoczne, ze smoczego łuku wysłane, połamane. Odetchnęła głębiej, uśmiech zamierał. Wspomnienia wracały. Kamień. Światło. Głos kobiecy. Zadanie.
[01:25] Kwiatek: Pokiwała łbem z usmiechem. Mogła już być spokojna o to, że nic jej się nie stanie. Pomyślała przez chwilę, że przez pewien czas powinna ją poobserwować, by móc się przekonać o tym przekonać, lecz zrezygnowała. Nie mogłaby się skupić na reszcie. Westchnęła. Usiadła z delikatnie przechylonym łbem na bok.
[01:36] Arjuna: -Aldieb nawet nie wiesz ilu się ucieszyło na twój powrót - Wszyscy ci co znali, wszyscy ci co pamiętali. Ich serca radością się spowiły, gdyż przyjaciółka powstała z mogiły. Koniec płaczą, koniec lamentom, gdyż powróciła do nas ze śmierci odmętów(edytowane)
[02:02] Aldieb: Łeb znów przekrzywiła. Przymknęła ślepia. Słuchała słów pięknych, co z serca skrzydlatej się rodziły. Westchnęła, odetchnęła. Wciąż na nowo napawając się wonią ziemi i lasu, powietrza. Tak dobrze jej tu było. W domu. W puszczy wiekowej, wśród drzew znajomych, co niegdyś szemrały i opowieści jej przekazywały, a zefiry przemykały, zaczepiały. Tak dobrze jej tu było. Ale gdzie reszta? Gdzie jej rodzina, córka, przyjaciele? Taka wiele pytań miała, jednak strach ją przejął by pytać. Ile jej nie było, gdy w niebycie tkwiła? Co ją ominęło? Ile żyć wotów i śmierci i zdarzeń? Westchnęła, uniosła powieki, zerknęła na młodych, ciekawa, co oni by powiedzieli.
[02:04] Tristan: Widział minę Aldieb. Jej wzrok. - Masz pytania. Wiele. Zadaj je, nie przeciągaj chwili i nie duś ciekawości. - Mruknął cicho, potrząsając głową. Podniósł się i usiadł bliżej Hiacynt, znów spoglądając po jej ciele. Brudna, wyglądająca źle.. Odetchnął ciężko i oparł łeb na jej karku, przymykając na chwilę oczy. - Dzieciak. - Mruknął do niej i cofnął łeb z lekkim, szczerym uśmiechem na pysku.
[02:08] Kwiatek: — Oh, daj mi już spokój, wiem. — Jęknęła płaczliwie, odchylając łeb do tyłu, by zaraz zwrócić go w jego stronę. Zmrużyła ślepia tylko po to, by wysunąć koniec języka, uśmiechając się przy tym, wgeście zaczepki. Ponownie przeszła z łapy na łapę i mrugając kilkukrotnie, spojrzała na Aldieb, kiwając głową na potwierdzenie słów samca.(edytowane)
[02:12] Aldieb: Po słowach samca chaos myśli ją ogarnął, natłok imion i twarzy, wszystkie pyszczki znajomych, rodziny, miejsc i zdarzeń. Tak wiele pytań, niewiadomych, chciała poznać losy ich wszystkich, a jednak tylko jedno imię wyrwało się z jej gardzieli. - Fene...? - Na bezdechu rzekła, sama nie wiedząc o co pyta, czy córka żyje, czy zdrowa, czy wciąż tu mieszka, czy kocha, tęskni, nienawidzi, żałuje?
[02:16] Arjuna: Zamyślona Arjunę ściągnęła na ziemie zagubiona Aldieb. Spoglądała na nią ze zrozumieniem, sama wiedziała jak to jest nie wiedzieć czy własne młode jeszcze życie. - Spokojnie Aldieb, Fene żyje i ma się dobrze posłała jej uśmiech.
[02:29] Aldieb: Odetchnęła ciężko, jakby z ulgą, posyłając Arjunie uśmiech. - A reszta? Luna? Glola? Tin? Tiffany? Serek? Jenna? - Kolejne imiona pojawiały się na jej ustach, z trudem mijając tcyh, którzy zmarli. Nie wiedziała czego się spodziewać, oczekiwać. Czy ktokolwiek jeszcze z jej przyjaciół tu zaglądał?
[02:30] Tristan: - Tin? - Mruknął, spoglądając na nią. - Znasz ją? Bywa tu czasami. Rzadko ale bywa. - Mruknął, wzdychając cicho. - Reszty nie kojarzę i nie znam. - Pokręcił zaraz łbem.
[02:36] Aldieb: Zacisnęła powieki, choć się spodziewając, jak cios to przyjęła. Ale takie właśnie były losu koleje, matki natury prawa, młodzi przybywali, a Ci co dawniej żyli, zamierali. Pytanie, co ona tu robiła? Zadanie. Zadanie miała. Wciąż i wciąż głos kobiety do niej wracał. Natarczywie nieustępował. Czuła życie, które się w jej wnętrzu rozwijało i nie mogła pojąć, czym było, co tu robiło. Westchnęła, znów, raz kolejny. Tin. Myśl ta ją tknęła, choć wpierw imię pominęła. Tintirinka. Tineczka. Z nią musiała porazmawiać, po radę do przyjaciółki się udać. Spojrzała na Tristana, jej syna. - Znam Tin, owszem. - Jej głos już zmęczony się wydał, samka, wciąż słaba, z sił opadała. - Przyjaciółką moją, rodziną. Mówisz, że bywa. Nie stale? Co więc porabia?(edytowane)
[02:39] Tristan: - Nie wiem co porabia. Przychodzi i znika znów. - Pokręcił znów łbem. - Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Ale jeśli znó się zjawi.. Powiem Ci. I jej. Obiecuję. - Uchylił delikatnie łba przed samicą posyłając w jej stronę lekki uśmiech. Podniósł się jednak, strzygąc uszami. Słyszał jej głos, chciał móc zareagować jeśli będzie trzeba.
[02:43] Aldieb: - Dobrze. Cieszy mnie to. Niezmiernie. - Urywane już słowa jej były. Pragnęła jeszcze o tyle zapytać, historii posłuchać, tyle się dowiedzieć. Z całych sił próbowała, a jednak - zaniemogła. Powieki bezwiednie opadły, ciało runęło, tracąc kontakt, przytomność, znów w ciemności objęć się zanurzając. Runęła, bez sił, bezwładna.
[02:45] Tristan: Skoczył ku niej gdy tylko zauważył, że ta się chwieje. Podparł ją swym ciałem i powoli dopiero wtedy razem z nią się położył. Nie miał jej też zamiaru tu samej zostawiać. Spojrzał na Aldieb i podniósł się, podchodząc do Hiacynt. - No, to ciekawa noc przed nami. - Mruknął cicho do niej, kładąc się obok białek samicy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz