[5 czerwca, 2010, HOTN]
Znajdowałam się na polanie. Byłam sama, wszyscy inni zdążyli już
pójść. Łagodny wiatr pieścił moje futro. Księżyc jasno świecił,
spowijając polanę srebrzystym blaskiem. Spojrzałam w niebo, podziwiając
gwiazdy układające się w przeróżne wzory.
Nagle gwałtowny podmuch wiatru sprawił, że prawie straciłam
równowagę. A zaraz potem znów się uspokoił, jakby nic się nie wydarzyło.
Spojrzałam zdezorientowana wokół siebie, spodziewając się napastnika.
Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że nienaturalne zjawisko było
wywołane przeze mnie. Tłumiące się we mnie emocje znalazły w końcu
ujście.
Chciałam wstać i odejść z tego miejsca, ale nogi odmówiły mi
posłuszeństwa. Pozostałam nieruchoma w tej samej pozycji, na pozór
całkowicie spokojna.
Siedziałam tak przez dwadzieścia minut, wpatrując się tępo w jeden
punkt. Zdałam sobie sprawę, że przepełnia mnie już tylko smutek i coś
jakby uczucie tęsknoty. Jednak gdzieś w głębi to wszystko nadal tkwiło.
Czekało cierpliwie, na odpowiedni moment, by się uwolnić, dając o sobie
znać tylko lekkim uciskiem.
Podniosłam gwałtownie głowę i spojrzałam przed siebie. Zaczęłam
mówić, do czego wcześniej nie byłam zdolna, będąc zbyt zszokowana tym co
usłyszałam. Adresata mych słów nie było w pobliżu, jednak wiedziałam,
że moje słowa do niego dotrą.
- Nie rozumiem Ciebie, ani Twoich czynów. – zaczęłam cichym, ale
wyraźnym głosem, powoli dobierając słowa – Odchodzisz, umywasz ręcę, a
mi każesz odbudować to co już nie istnieje. Spróbuję, ale nie oczekuj
zbyt wiele…
Zamilkłam, nie wiedząc co dalej ze sobą zrobić. Osunęłam się na
ziemię, przepełniona pustką. Z zagubionej stałam się jeszcze bardziej
zagubiona.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz