[?, nie publikowane]
Chciało mi się krzyczeć. Tak wiele różnych emocji naraz.
Tak wiele sprzecznych sobie myśli. Tyle do powiedzenia. Mimo to,
milczałam. Jak zawsze. Prawie co wieczór układałam niemal przemówienia,
wyobrażone rozmowy, sytuacje. Tyle słów i żadne z nich nigdy nie
zostanie wypowiedziane.
Niemy krzyk wyrwał się z mojego jestestwa rozdzierając wnętrzności na kawałki.
A jednak. Trwałam w milczeniu, tak było bezpieczniej.
Boli. Nie mogę. To zbyt wiele. Niedokończone myśli tłukły
mi się po głowie., mieszając się jedna z drugą. Za dużo, za dużo naraz.
Niech to się już skończy.
Odpowiedziałam z uśmiechem na przywitanie wilczycy.
Wolałabym w tej chwili zacisnąć na czymś swe kły i rozszarpać na
strzępy, ale na moim pysku malował się spokój. Milczałam. Tak jest
łatwiej.
Przed oczami miałam obraz mojego serca. Szwy skrywały dawno
zagojone rany, ale z kolejnych wciąż sączyła się krew. Nieprzerwany
strumień bólu zalewający moje ciało.
Siedziałam nieruchomo, bez żadnych zbędnych ruchów.
Bo po co? Fala gnała, ale to nic.
Przejdzie.
Jak zawsze.
Pustka.
Boli, ale jakby z oddali.
Myśli się uspokoiły, chociaż od czasu do czasu, któraś drgnęła
niespokojnie, jakby nie mogąc się doczekać kiedy znów zapanuje chaos.
Uczucia gdzieś zniknęły, ukryte głęboko, niedostępne.
Serce otrzymało upragniony urlop.
Wystarczy poczekać na falę ciepła, przebłysk słońca.
Kiedyś.
Kiedyś on nastąpi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz